Stocznie, Statki

Stocznia Flensburger Schiffbau-Gesellschaft (FSG) złożyła w ostatni piątek (24 kwietnia br.) wniosek o ogłoszenie kontrolowanej upadłości (self-administered insolvency). Potwierdził to sąd okręgowy we Flensburgu. Zarząd stoczni poinformował o tym radę zakładową dzień wcześniej.

Większość pracowników od miesięcy pracowało w zredukowanym wymiarze czasu, a 19 marca, w związku z pandemią koronawirusa, została we flensburskiej stoczni zawieszona produkcja.

"Celem kontrolowanej upadłości jest restrukturyzacja i kontynuacja działalności przedsiębiorstwa pod własnym zarządem" - powiedział rzecznik stoczni.

Zarząd stoczni będzie miał jednak do dyspozycji zarządcę (administratora) z zewnątrz.

FSG była już od dłuższego czasu "pod kreską". Portfel zamówień był pełny i w stoczni nie brakowało pracy, ale zanotowała ona straty liczone w setkach milionach euro. Koszty budowy dużych promów pasażersko-samochodowych najwyraźniej przewyższyły wynegocjowane ceny.

Prom dla armatora irlandzkiego został zbudowany ze znaczną stratą, drugi dla Francji jest dość zaawansowany w budowie, ale produkcja jest zawieszona. Wiadomo już jednak, że nawet przy najlepszym rozwoju sytuacji dla stoczni statek ten, Honfleur, nie zostanie przekazany do końca tego roku. Miał być gotowy minionego lata. Jeżeli zostanie przekazany - jak się teraz planuje - na wiosnę przyszłego roku, to będzie opóźniony w stosunku do terminy kontraktowego o ponad 18 miesięcy.

Ostatnio zostały anulowane dwa kontrakty na prawie pół miliarda euro; o czym już informowaliśmy na łamach Portalu Morskiego - "przejęła" je stocznia fińska RMC. Kontrolowana upadłość teraz pomóc w wycofaniu się z kolejnego kontraktu na duży prom (dla Irish Continental Group / Irish Ferries).

W ubiegłym roku stocznia we Flensburgu była już na skraju bankructwa. Inwestor finansowy Lars Windhorst przejął firmę, która zatrudnia około 670 pracowników etatowych. Windhorst nie był gotowy złożyć oficjalnego oświadczenia dla mediów przy okazji ujawnienia złożenia do sądu wniosku o upadłość. Teraz plan restrukturyzacji ma być przedmiotem analizy i ewentualnego zatwierdzenia przez wszystkie kluczowe zainteresowane podmioty.

Natomiast w ostatnią niedzielę, na spotkaniu z pracownikami, dyrektor zarządzający stoczni Martin Hammer i inwestor Lars Windhorst ujawnili, że istnieją dla stoczni perspektywy budowy promów towarowych (statkó ro-ro, jak przekazany niedawno Liekut), ale tylko pod warunkiem otrzymania od banków pożyczek i gwarancji mimo obecnej sytuacji z panującą pandemią.

Zamówienia w stoczni FSG na kolejne statki ro-ro dopuszcza wcześniejszy jej właściciel - norweska grupa Siem, która w zeszłym roku sprzedała większościowe udziały w stoczni Windhorstowi i jego Tennor Holding.

Windhorst jest ponoć również gotów zainwestować dodatkowe miliony w stocznię, jednak "pieniądze te nie powinny być przeznaczane na finansowanie zamówień generujących straty". Ale Windhorst oczekuje także gwarancji rządowych. Rząd czeka jednak na razie na szczegóły planu restrukturyzacyjnego. Hammer wyraził nadzieję, że stocznia wznowi produkcję w czerwcu.

Nie tylko FSG ma kłopoty. Innego rodzaju problemów doświadcza radząca sobie dotąd dobrze stocznia Meyer Werft wyspecjalizowana w budowie wycieczkowców.

Jej zarząd jest w sporze sądowym z radą pracowniczą w sprawie - podyktowanego środkami ostrożności związanymi z epidemią koronawirusa - zmniejszonego wymiaru godzin pracy i towarzyszących temu cięciach płac. Pracownicy etatowi (jest ich 3600, według innych źródeł 4300) zarzucają też m.in. zarządowi, że pod przykryciem tych działań reorganizujących pracę, kierownictwo stoczni chce ich kosztem zatrudnić jeszcze więcej niż dotychczas tańszych pracowników tymczasowych, w tym migrantów zarobkowych m.in. z Polski i Rumunii.

Stałych pracowników razi też, że zostali poddani "epidemicznemu" reżimowi i niewygodom (m.in. zamknięto szatnie, muszą przychodzić do pracy w ubraniach roboczych), które mają służyć ograniczeniu transmisji wirusa, co pozostaje w jaskrawym kontraście z "tłumami pracowników tymczasowych i zatrudnianych przez podwykonawców". Pracownicy etatowi stoczni Meyer Werft domagają się zmniejszenia liczby pracowników "zewnętrznych".

Już przed wybuchem epidemii nie najlepiej szło na rynku i finansowo także niektórym innym stoczniom niemieckim. Dotyczy to również tych skupionych na produkcji dla marynarki wojennej. Głośna była np. sprawa utraty przez nie ważnego, dużego zamówienia na okręty dla niemieckiej marynarki. By zminimalizować straty i wzmocnić pozycję rynkową oraz wykorzystać efekt synergii wobec rosnącej konkurencji globalnej w Niemczech myśli się o dalszej konsilidacji w przemyśle okrętowym. Prowadzone są tam ponoć od początki roku, na razie "za zamkniętymi drzwiami", negocjacje mające na celu doprowadzenie do połączenia stoczni ThyssenKrupp Marine Systems, German Naval Yards Kiel i Lürssen.

Jak to bywało niejednokrotnie w przeszłości (nierzadko na wielką skalę), tak i teraz, w okresie strat ponoszonych przez przemysł za sprawą "zamknięcia gospodarki" z podowu epidemii, stocznie niemieckie mogą liczyć na pomoc finansową ze strony państwa.

Niemiecka, prywatna grupa stoczniowa MV Werften (należąca w dodatku do kapitału zagranicznego), która korzystała już wcześniej z wielomilionowych dotacji od rządu landowego na inwestycje w potencjał produkcyjny, ma teraz otrzymać pomoc państwa w wysokości 50 mln euro. Stocznie grupy w Wismarze, Rostocku-Warnemünde i Stralsundzie we wschodnich Niemczech skoncentrowały się na budowie statków wycieczkowych i zostały dotknięte załamaniem na rynku w tym sektorze oraz zakłóceniami w łańcuchach dostaw w kryzysie koronawirusowym.

"Rząd kraju związkowego (landu) Meklemburgia-Pomorze Przednie planuje udzielić MV Werften pomocy w wysokości 50 mln euro" - powiedział minister gospodarki landu Harry Glawe.

Nie zadecydowano jednak jeszcze - jak wynika z wypowiedzi Harrego Glawe - czy pomoc będzie miała formę gwarancji, czy też bezpośredniej pożyczki.

Zamkięcia, przestoje lub spowolnienia produkcji w wielu ze stoczni niemieckich mogą mieć bezpośredni wpływ na sytuację w niejednym z polskich przedsiębiorstw budujących sekcje, bloki lub częściowo wyposażone kadłuby. Takie firmy jak Montex Shipyard, Marine Projects, Stocznia Wisła, Stocznia Gdańsk, Holm Construction, Crist i inne zaangażowane były w ostatnich latach w podwykonawstwo na rzecz stoczni FSG, Meyer Werft, MV Werften i innych.

Nawet jeżeli nie dojdzie do sytuacji, w której np. ogłaszająca upadłość stocznia niemiecka nie zapłaci za jakąś pracę wykonaną przez stocznię polską, to i tak polskim firmom grozi choćby - w razie problemów w Niemczech - zmniejszenie bazy klientów i ilości zlecanych prac czy naciski cenowe ze strony zleceniodawców niemieckich.

PBS

+7 Zaczęło się.
To jest straszna wiadomość: pociągnie to serię upadłości kooperantów.

Bardzo niedobry początek tygodnia.
28 kwiecień 2020 : 06:07 Hector Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś
+5 Miska ryżu
"ogłaszająca upadłość stocznia niemiecka nie zapłaci za jakąś pracę wykonaną przez stocznię polską, to i tak polskim firmom grozi choćby - w razie problemów w Niemczech - zmniejszenie bazy klientów i ilości zlecanych prac czy naciski cenowe ze strony zleceniodawców niemieckich"
Nie będzie tak źle. Stawki dla podwykonawców spadną ale na pewno nie osiągną poziomu ze stoczni rodzimych Januszy geszeftó lub Politruków czyli miski ryżu, zarabianej z narażeniem zdrowia w warunkach koronawirusa, wydawanej za rok albo i wcale. Podwykonawcy dadzą sobie radę.
28 kwiecień 2020 : 10:03 Obserwator Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś
+5 c.d.
Gdzieś Ci podwykonawcy muszą przecież zarabiać, żeby mieć kasę na kredytowanie czy utrzymywanie firm powyższych, co by im na zapłacenie wypłaty co miesiąc starczyło, PUCHARY i ogłupiającą propagandę "sukcesu". Pytanie ? Po czym rozróżnić przedsiębiorcę lub Dyrektora firmy od Janusza geszeftó lub Politruka ? Proste. Po terminowości płacenia zobowiązań co jest wynikiem nie prowadzenia firmy na tzw. dumpingową zakładkę poniżej kosztów urządzeń i materiału kupowanego w kraju podwykonawcy. A to jest niestety, skrajny szczyt intelektualny Januszy geszeftó i Politruków. Resztę ma zagłuszyć propaganda i Puchary.
28 kwiecień 2020 : 10:04 Obserwator Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś
+5 Nie będzie tak źle???
Powiedz to tym, co teraz zostali z tymi nieodebranymi sekcjami na placach, albo byli w trakcie spawania... I którzy teraz będą dochodzić od Niemca kasy, z powodu "siły wyższej"...
28 kwiecień 2020 : 12:11 Ha Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś
+8 Taka prawda
Na pewno wyjdą na tym lepiej niż pracując u naszych "czympionów" narodowych kontraktowania za michę ryżu. Na pewno dostali też jakieś zaliczki. Nie są to aż takie gamonie. Wierzę, że sobie jakoś poradzą skoro tyle lat radzili sobie ze sponsorowaniem i kredytowaniem naszych "czympionów". Gdyby nie Niemcy, Norwegia, Holandia, Francja, Finlandia, Dania i inne, a tylko nasze stoczniowe "czympiony" narodowe były, to większość podwykonawców dawno wyhuśtała by się za długi, tak jak ich odpowiednicy budujący autostrady. "Czympiony" wypłaciły by im może wartość sznura. :-). Przez takie działania i takich ludzie zawsze ktoś kto chce normalnie założyć firmę i prowadzić biznes wychodzi na idiotę. Dobrze się mają tylko cwaniaki i krętacze. Taka prawda, niestety. Jeżeli klepanie taśmowe kadłubów, gdzie któryś z rzędu jest kilkadziesiąt procent do tyłu jest ważniejsze niż bogate rządowe zlecenie, które ma się w poważaniu, to co się dziwić.
28 kwiecień 2020 : 12:43 Obserwator Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś
+6 Flensburg
O trudnej sytuacji w budownictwie okrętowym na świecie mówi się od dawna. Przypadek Flensburga nie jest niczym szczególnym.
Upadł Rostock, Wismar i Warnemunde oraz kilka pomniejszych. Na świecie doszło do kilku poważnych przetasowań.
Polskę podzielono na dobrą prywatną i państwową. Czytelne ,ale mało prawdziwe. Nie można nawet podyskutować
bo komuś zależy na ukrywaniu danych.Wielkie osiągnięcia naszych stoczni to mit.
Sea Europe ostatnio podał, ze rynek europejski był wart 91 mld E, w tym nowe budowy 9.5 mld E, flota 10.8 mld E a
cała produkcja towarzysząca 60 mld E !!! Gdy Crist przekazywał moduły siłowni dla wycieczkowców we Francji obudziła się nadzieja, ale to już było.
Kleven "odleciał' do Fincantieri a Montex przez rok zwodował jeden mały kuter. Chciałbym oglądać polskie sukcesy,
ale spawając kadłuby furory się nie zrobi. "Ratownik" to nie przypadek.
28 kwiecień 2020 : 16:25 Mieczyslaw Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś
-5 d
i bardzo dobrze szkopom!
29 kwiecień 2020 : 02:10 wasiak Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś
0 Zgadza się
niech plajtują
02 maj 2020 : 04:51 Heveliusz Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś
1 1 1 1

Newsletter