Służba ta wymagała szaleńczej niemal odwagi, niesamowitego szczęścia i wielkiego sprytu. Tego ostatniego szczególnie mu nie brakowało. Aby ułatwić sobie zadanie, Leski wpadł bowiem na szatański w swej przewrotności pomysł. Postanowił zamienić się w niemieckiego generała, a nawet dwóch. Najpierw “(...) zostałem gen. Juliusem von Hallmannem, o długim, pięknie brzmiącym tytule funkcyjnym (cytuję z pamięci): General Bevollmächtigter für Verkehrs-und Festungswesen der Süd-Ost-Front Ukraine (Generał Pełnomocnik ds. Sieci Komunikacyjnej i Fortyfikacji Frontu Południowo-Wschodniego na Ukrainie). W tym charakterze funkcjonowałem w czasie moich wyjazdów na zachód Europy aż do wiosny 1943 r.” - wspomina. A potem jeszcze: (...) narodził się nowy dostojnik, również od razu w stopniu generalskim – Karl Leopold Jansen. Od von Hallmanna różnił się posiadaniem wąsów, znacznie dalej – teraz już za pomocą chemii – posuniętą siwizną, wieloma innymi drobiazgami oraz – w miarę moich umiejętności – postawą. (...) Zmiany wyglądu były na pewno dostateczne do załatwienia formalności w Kommandanturze, w której – w młynie interesów i to widzianych najwyżej w przelocie – na pewno nie istniało prawdopodobieństwo rozpoznania.”
Brawurową działalność Leskiego przerwało Powstanie Warszawskie. “Bradl”, bo taki był jego podziemny pseudonim, wziął w nim udział jako dowódca kompanii batalionu “Miłosz” walczącego w śródmieściu. Za męstwo został odznaczony krzyżem Virtuti Militari i trzykrotnie Krzyżem Walecznych.
Po kapitulacji Powstania nie zerwał z AK. Został szefem Sztabu Obszaru Zachodniego, którego demobilizacją zajął się w Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj. Leski zdawał sobie sprawę z beznadziejności położenia polskiego podziemia zbrojnego pod nową, tym razem sowiecką, okupacją. Dlatego już wiosną 1945 roku, a więc zanim jeszcze ostatecznie zakończyła się wojna, postanawił zaangażować się w dobrze sobie znaną działalność okrętową.
Wyruszył do Gdańska. Tak to wspomina:“Zimowa ofensywa radziecka szła szybko naprzód, zbliżał się również front z zachodu. Koniec wojny, a zarazem i wszelkiej konspiracji wydawał się niedaleki. Będąc w tym czasie ciągle jeszcze (do chwili demobilizacji jednostek naszego Obszaru) związany z tym terenem, nie mogłem myśleć o powrocie do Warszawy i do zagadnień organizacji komunikacji. Ucieszyłem się, że nadarza mi się okazja choćby tymczasowego włączenia się do prac przy odbudowie i uruchamianiu przemysłu okrętowego. Miałem przecież w tym kierunku i potrzebne podstawy teoretycznie, i – co było u nas wtedy wielką rzadkością – za sobą kilkuletnią pracę w doskonałych warsztatach stoczniowych.”
Wynalazca z przeszłością
Do nowych zadań Leski przystąpił z wielką pasją. Najpilniejszym zadaniem było przejęcie stoczni od Sowietów. Nie było łatwo. “W kilka dni po podpisaniu protokołu przejęcia stoczni zostałem zaalarmowany, że jakaś jednostka marynarki radzieckiej zabiera się do ładowania naszych zapasów walcówki. Interwencje naszej straży stoczniowej nie pomogły i ładowanie trwało dalej. Ostatecznie sprawę na naszą korzyść przeważyły posiłki wezwanego na pomoc, stacjonującego we Wrzeszczu, pułku piechoty WP, który obronił nasze skarby” - pisze w swojej książce.
Kolejnym zadaniem było odpowiednie zorganizowanie pracy w stoczniach co nie było proste, bo zgłaszali się do tego ludzie nieraz bardzo przypadkowi. Bywało, że Leski musiał osobiście interweniować, aby pokazać jak coś powinno zostać zrobione. “Tu muszę się pochwalić - wspomina - Kiedyś któryś spawacz wykorzystując sytuację powiedział, że nie może położyć szwu w rzeczywiście niewygodnym położeniu – nad głową. W okresie mojej pracy przed wojną nauczyłem się nieźle spawać (początki tej umiejętności wyniosłem jeszcze z uczelni). Po stoczni chodziłem z reguły w kombinezonie roboczym. Wziąłem więc od niego ramkę osłonową i elektrodę, i chociaż z trudem, i dość koślawo, ale szew położyłem. Od tego momentu nigdy się nie zdarzało, żeby jakiś pracownik tłumaczył się niemożnością wykonania operacji leżącej w zakresie jego specjalności, a ja byłem wszędzie uprzejmie pozdrawiany nawet przez ludzi, których bezpośrednio nie poznawałem.”.
Niestety, nie dane było Leskiemu dłużej pracować w przemyśle okrętowym. Został aresztowany i w tzw. procesie pierwszego Zarządu Głównego organizacji Wolność i Niezawisłość, skazany na 12 lat więzienia. Kara została skrócona przez prezydenta Bieruta o połowę, ale już w więzieniu został ponownie skazany, tym razem na 10 lat. Na wolność wyszedł w 1955 roku, by po październiku 1956 roku zostać zrehabilitowanym.
Do normalnego życia powrócił z tą samą energią co zwykle. Najpierw jako redaktor naukowy w Państwowych Wydawnictwach Technicznych, potem w latach 1957- 62 w Zjednoczeniu Przemysłu Okrętowego. W 1962 roku podjął pracę w Ośrodku Informacji Naukowej Polskiej Akademii Nauk, aby potem przerzucić się wyłącznie na pracę naukową przy okazji doktoryzując się. W sumie Leski jest autorem ponad 150 różnego rodzaju prac naukowych i kilku patentów. Działalność racjonalizatorska stanowiła zresztą relizację jego młodzieńczych marzeń.
Kazimierz Leski przeszedł na emeryturę pod koniec lat siedemdziesiątych. Spisane w tym okresie wspomnienia ukazały się już pod koniec PRL-u. Leskiemu dane było dożyć wolnej Polski. Zmarł w 2000 roku, w wieku 88 lat.
W uwagach do drugiego wydania swojej książki w 1995 roku napisał: “ (...) z goryczą muszę niestety stwierdzić, że nie o taką Polskę, jaką mamy obecnie, walczyliśmy, nie o Polskę rozgrywek partyjnych, egoistycznych celów indywidualnych i grupowych, walk o fotele i stołki, paszkwili, podejmowania zadań bez kwalifikacji potrzebnych do ich realizacji, bez poczucia odpowiedzialności, obarczania własnymi błędami i winami innych, obojętności i apatii tych, którzy uważają, że niczego nie potrafią zmienić. (...) I to musi być zmienione. I my to potrafimy. Pokazały to lata międzywojenne, okupacja, rok 1945, 1956, zryw „Solidarności”. Tylko że najlepiej to robimy, gdy walczymy przeciw czemuś. A żeby istnieć tak jak powinniśmy, trzeba pracować dobrze na co dzień bez wielkich słów, systematycznie. I wtedy rzeczywiście potrafimy wszystko zmienić. Bez niszczenia społeczeństwa i poszczególnych ludzi, bez przelewu krwi i bez więzień. Tylko trzeba „zechcieć chcieć”. Wszędzie, na każdym szczeblu społeczności.”. Te słowa ciągle czekają na realizację.
Tomasz Falba
Fot. Oficyna Wydawnicza Finna
- «« Poprzedni artykuł
- Następny artykuł
