Inne

Co więcej, podkreślić trzeba, że ludzie przybywali do Gdyni głównie z Pomorza (46,2 procent), co tłumaczy fakt, że do dzisiaj jest to gród z najliczniejszą społecznością kaszubską w Polsce. Przybysze pochodzili głównie ze wsi. Jedna piąta przyjezdnych (21,6 procent) przyjechała z wielkopolskich miast, a zaledwie 1 procent stanowili przybysze z Kresów Wschodnich.

Była to ludność słabo wykształcona, biedna, nierzadko element przestępczy. Głównie przyjeżdżali do Gdyni w poszukiwaniu pracy, najczęściej najprostszej, fizycznej. Nie brakowało wśród nich także zwyczajnych cwaniaków, którzy chcieli się szybko wzbogacić cudzym kosztem. Jednym z przejawów źle rozumianej „przedsiębiorczości” pierwszych gdynian był handel gruntami. Mechanizm był prosty. Ziemię kupowano od miejscowych za np. 21 groszy za metr kwadratowy, a potem sprzedawano państwu pod budowę portu za 150 zł! Według niektórych szacunków, tylko na sprzedaży 500 hektarów terenów budowlanych w Gdyni spekulanci zarobili pół miliarda złotych, które “wyciągnęli” przecież od własnego państwa. Mało to było patriotyczne.

I choć większość ludzi przyjeżdżających do Gdyni za chlebem miała czyste intencje na miejscu przeżywała rozczarowanie przeradzające się później we frustrację, którą wykorzystywały różne skrajne organizacje werbując wśród nich swoich członków i wykorzystując, np. do akcji strajkowych, do których dochodziło w mieście co jakiś czas. Szczególny pod tym względem był rok 1936, kiedy do strajku przystąpiło 3 tysiące robotników, a w starciach z policją, w wyniku odniesionych ran, zginął jednen człowiek.

Skąd takie reakcje? Wbrew obiegowej opinii, w Gdyni było tak samo trudno o pracę jak gdzie indziej. Co więcej - bezrobocie przybrało tutaj rozmiar klęski społecznej pogłębionej kryzysem gospodarczym lat dwudziestych. Wiosną 1929 roku bezrobocie sięgało 20 procent. Kiedy Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowych ogłosiła, że potrzebuje 250 robotników w zaledwie kilka godzin, odpowiedziało na nie około 2 tysięcy osób! Doszło nawet do tego, że aby ograniczyć napływ bezrobotnych do Gdyni, Ministserstwo Pracy i Opieki Społecznej zwróciło się z pismem do wszystkich województw w kraju, aby powstrzymać fale przyjezdnych. Od 1930 roku prowadzono też w mieście akcję przymusowego odsyłania bezrobotnych do ich miejsc zamieszkania.

Dwa światy

Przedwojenna Gdynia to były dwa różne, żyjące obok siebie, nieraz przy tej samej ulicy, światy. Z jednej strony była bogata mniejszość (wśród, których dużą grupę stanowili letnicy), z drugiej biedna większość, której spora część żyła na skraju nędzy. Bogata mniejszość żyła w willach na Kamiennej Górze czy Orłowie, biedna większość dosłownie gdzie popadnie.

Wspomnieliśmy już o „dzikich” osiedlach baraków. Ale nie było to jedyne negatywne zjawisko w mieście związane z mieszkalnictwem. Kolejne to wynajmowanie miejsc tylko do spania. Oblicza się, że dotyczyło jednej trzeciej wszystkich mieszkańców Gdyni. W 1938 roku Komitet Rozbudowy Miasta dokonał analizy, z której wynikało, że aby zaspokoić potrzeby mieszkaniowe mieszkańców Gdyni należałoby natychmiast wybudować 6 tysięcy mieszkań jedno i dwuizbowych oraz 3 tysiące mieszkań trzyizbowych.

Mieszkań do stałego zamieszkania, można powiedzieć, nie ma w Gdyni zupełnie. Robotnicy gnieżdżą się w brudnych, drogo opłacanych norach. Jacyś przedsiębiorcy prywatni pobudowali mizernie sklecone budki lub blaszanki, które przynoszą im za miejsce do spania tygodniowo 5 zł. Miejsce to wygląda w ten sposób: izba o ścianach z dziurawej blachy i wpół rozwalonym kominie bez blachy, gdzie więc nic zagrzać ani ugotować nie można. Niesłychanie brudno, w zimie zimno, w lecie zbyt gorąco. Izba zastawiona cała łóżkami, w rogu mikroskopijna miedniczka, oto wszystko” - donosił w styczniu 1929 roku miesięcznik „Morze”.

1 1 1
Waluta Kupno Sprzedaż
USD 3.6182 3.6912
EUR 4.2232 4.3086
CHF 4.5137 4.6049
GBP 4.8868 4.9856

Newsletter