- Wracając do rejsu, okazuje się, że nie do końca był on samotny…
- Chodzi panu o misia Albatrosa? To prezent od matki chrzestnej i towarzyszył mi przez cały rejs. Albatrosem nazwałam go na równiku. Z tym, że nie za bardzo mogłam się do niego przytulić, bo był zafoliowany, żeby nie zamókł.
- Czy obecność misia dodawała pani otuchy?
- Oczywiście. Nawet chciałam go zagonić do roboty, ale się nie dało.
- Rozmawiała z nim pani?
- A jakże! Ale przede wszystkim rozmawiałam z jachtem. Jacht jest żywą istotą!
- Płakała pani w czasie rejsu? Chociażby ze złości?
- Nie. Jak są trudne sytuacje, nie ma czasu na rozczulanie.
- A co pani poczuła po zakończeniu rejsu?
- Że mi się wolność skończyła. Bo tylko na morzu nic mnie nie może zatrzymać. Byłam sama i decydowałam. Gdyby decyzja była zła – mogłabym się utopić. Ale to ja o tym decydowałam. Nigdzie nie zaznałam takiej wolności jak na morzu. Szkoda mi było, że skończył się ten horyzont przede mną. To był dla mnie piękny czas.
- Skoro żal było pani tej wolności, to dlaczego nie popłynęła pani po raz drugi? Tak zrobił na przykład Krzysztof Baranowski. Może w drugą stronę, inną trasą?
- Drugi raz nie byłabym pierwsza. A poza tym – trzeba było zarobić na emeryturę. Musiałam wrócić do pracy.
- A nie czuje się pani bohaterką jednego rejsu? Tak między innymi panią nazwał w rozmowie z nami kpt. Andrzej Urbańczyk. Nie tęskniła pani do tej utraconej wolności?
- Ja tę wolność czuję w czasie każdego swego rejsu! Gdy się rzuca cumy, to już jest wolność. Nie trzeba płynąć aż na ocean!
- Bo wydawało się nam, że po tak spektakularnym sukcesie organizacja kolejnego rejsu nie nastręczałaby wielkich trudności. Nie otwierały się przed panią wszystkie drzwi?
- Nie. Po rejsie było bardzo krucho z pieniędzmi. Więc trzeba było zarabiać. A ja miałam kłopoty z tym, żeby znaleźć pracę.
- Nie mogła pani wrócić do Stoczni Gdańskiej!?
- Nie za bardzo tam na mnie czekano. Dowiedziałam się też, że Solidarność mnie sobie w stoczni nie życzy. Nie wiem, dlaczego, nie pytałam. W efekcie dostałam pracę w Stoczni Radunia. I to tylko dzięki temu, że jednym z dyrektorów był mój kolega, który powiedział, że to wstyd, żebym ja chodziła od drzwi do drzwi w poszukiwaniu pracy. Potem ze stoczni przeniosłam się do Centrum Techniki Okrętowej.
- Można wręcz zaryzykować tezę, że ów niezwykły rejs zrujnował pani karierę zawodową!
- Tak właśnie uważam.
- Wychodzi na to, że po rejsie ani przez władze państwowe nie była pani specjalnie hołubiona, ani Solidarność pani nie polubiła.
- Nie i wcale się tego nie wstydzę. Kiedy tutaj wszyscy dostawali amoku z okazji solidarnościowych strajków, my akurat na oceanie zmagaliśmy się z huraganem. A właściwie z jego groźbą, bo szczęśliwie nas ominął.
