Inne

- Czyli bezpieczniej jest panu robić łódki pod indywidualne zamówienie, niż formę, z której powstałaby seria.

- Tak, to jest główna różnica. Jeżeli ktoś jest pewny, że zrobiona przez pana forma sprzeda się przynajmniej w granicach opłacalności, czyli w kilkunastu egzemplarzach, to w porządku. Ja wolę swoją robotę.

- Czyli nie była to jakaś szczególna miłość do strugania w drewnie, a po prostu pragmatyzm?

- Nie, w drewnie dłubać lubię, ale nie był to główny powód. Trzeba do tematu podchodzić komercyjnie.

- A jak to się stało, że buduje pan repliki? Dla reklamy?

- Wszystko zaczęło się od Centralnego Muzeum Morskiego. Ale też i szybko zaczęła ta współpraca zgrzytać, bo jak mówiłem, nie lubię współpracować w instytucjami. Pierwsza, bardzo fajna replika, to był barkas z Zalewu Wiślanego…

- Tola.

- Tak. Musiałem zbudować nową Tolę, bo poprzednia zgniła, jak najszybciej, bez żadnych prób stateczności. Powiedziałem, że najpierw chcę trochę na niej popływać, sprawdzić ją. Odpowiedzieli, że nie, że musi być zaraz. To powiedziałem: nie. Rok później zgodzili się na moje warunki – zrobiłem Tolę, popływałem na niej na Zalewie Wiślanym i dopiero im oddałem. Ale nie była to współpraca, z której byłem zadowolony. Potem była łódź św. Wojciecha…

- ...Sanctus Adalbertus. A kolejna to Jomsborg, replika łodzi wikingów z VII wieku na 28 wioseł, na zlecenie prywatne.

- Tak, to ciekawa historia, bo „wikingowie”, którzy łódź zamówili, chwalili się, że wyżywają się w walce, a pływanie to w sumie nic ciekawego. Ja im na to, że w ich walce na miecze prawdziwości nie ma za grosz, bo prawdziwy wiking walił mieczem, żeby zabić, a oni walą, żeby zrobić hałas. Jedynym powiewem prawdziwego życia wikingów jest właśnie żegluga łodzią. Długo im ta łódź później służyła.

- A wcześniej zagrała w „Starej Baśni” Jerzego Hoffmana. Teraz znajduje się w Muzeum Wikingów na Lofotach. Z kolei Tola jest dzisiaj elementem ekspozycji Muzeum Rybołówstwa w Helu. Natomiast Sanctus Adalbertus, łódż wybudowana z okazji obchodów 1000-lecia Gdańska i wykorzystana w filmie „Ogniem i mieczem”, gdzie zagrała kozacką czajkę, stoi przed Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu. To dobrze, że łodzie trafiły do muzeów? Nie lepiej, żeby pływały jako żywa lekcja historii?

- Łatwiej taką łódź wybudować, niż zorganizować prawidłowe użytkowanie. Za komuny dawano dość duże pieniądze, żeby młodzież, harcerze, sobie na takich łódkach pływali, dzięki czemu nasza armia miała potem przeszkolonych poborowych. A teraz? Nie ma nacisku, by takiego Adalbertusa dać drużynie harcerskiej, bo ona potem będzie wyciągała rękę po gwoździe, żagle, smary…

- Ale czy panu nie żal, że część pańskich jednostek zamiast pływać stoi i w gruncie rzeczy nikt o nie nie dba?

- No trochę żal.

- A na jakim etapie jest budowa parowcaXiąże Xawery nawiązującego nazwą do pierwszego polskiego parowca z lat trzydziestych XIX wieku? To chyba pańskie ukochane dzieło? Połączenie stali i drewna.

- Jest już skończony, stoi sobie przy wjeździe do Chałup. Miałem do niego wstawić silnik parowy, ale się nie udało, bo w sprawie budowy silnika byłem bardziej opóźniony niż w budowie kadłuba. Ostatecznie wstawiłem do niego diesla, dzięki czemu jest szybszy i będzie miał mniej awarii. Silniki parowe są bardzo awaryjne...

- A po co pan go zbudował?

- Dla własnej przyjemności.

- Żeby wszyscy widzieli, że Celarek płynie? To dosyć wyróżniająca się jednostka.

- Może jest w tym pewna chęć wyróżnienia się, nie przeczę. Podobała mi się taka właśnie łódka, to ją zbudowałem.

- Jak pan się przygotowuje do budowy replik? To jednostki historyczne – jak pan wynajduje ich plany?

- Nie, proszę tak nie mówić – to nie są jednostki historyczne.

- Jak to? A łódź wikingów?

- Projekt łodzi wikingów opierał się na statku z Gokstad, miałem więc dość dokładne rysunki. Moim problemem było ich przeskalowanie, bo statek z Gokstad miał 23 metry, a ten miał mieć około szesnastu. Trzeba było pokombinować z rozstawem wręg, żeby ławy pasowały i wioślarze mogli swobodnie wiosłować.

- Czyli podszedł pan do sprawy technicznie i nie czytał kronik wikingów, ani nie pojechał do muzeum wikingów w Oslo?

- No nie.

- A jest pan przecież autorem książki „Kaszubskie łodzie” o łodziach dawnych kaszubskich rybaków. Czyli jednak jest w panu fascynacja tradycją.

- Ale przecież „Kaszubskie łodzie” to techniczna książeczka, która mówi nie o szumie fal i romantyzmie żeglowania starymi łodziami. Nie odżegnuję się od tego, że lubię dłubać w drewnie. Ale nie jest tak, że gdy podejmuję się zrobić łódź wikingów, to wyobrażam sobie, iż jestem Leifem Erikssonem, tylko na obliczeniu, ile kubików drewna muszę dostarczyć. Inaczej nie da się do tego podejść. Muszę klientowi powiedzieć konkretnie co, jak i za ile.

- No dobrze, ale zbierając materiały do „Kaszubskich łodzi” wykonał pan czysto historyczną pracę.

- No tak – chodziłem po rybakach, pytałem, rozmawiałem.

- Dla kogo pan to pisał? Kogo dzisiaj interesuje ta tematyka?

- Trochę dla pieniędzy. Ale większą wartość, jeżeli chodzi o umowę z wydawnictwem, miał fakt, że były wyznaczone terminy, których musiałem dopełnić. Bo jak robiłem coś dla siebie, choćby Xięcia Xawerego, to robiłem to latami. Wydawnictwo wyznaczyło termin i to się liczyło, bo honorarium wystarczyło mi na zakup maszyny do pisania w Pewexie. No więc trochę dla pieniędzy, a też trochę, żeby zachować pamięć o tych kaszubskich łodziach. Nie odżegnuję się całkowicie od morskiego romantyzmu. A propos – mam materiały do książki o łodziach Zalewu Wiślanego. Brakuje mi wydawnictwa, które by to wydało.

1 1 1
Waluta Kupno Sprzedaż
USD 3.6182 3.6912
EUR 4.2232 4.3086
CHF 4.5137 4.6049
GBP 4.8868 4.9856

Newsletter