Stocznie, Statki
Przyczyną obecnej sytuacji Gryfii jest przede wszystkim decyzja właściciela: wstrzymanie realizacji programu głębokiej restrukturyzacji - twierdzi były prezes remontówki Edward Stachoń.

Rozmowa z dr inż. Edwardem Stachoniem, byłym prezesem Szczecińskiej Stoczni Remontowej Gryfia S.A.

- Gryfia będzie miała około 20 mln zł straty za ubiegły rok. Ten wynik po części obciąża też pana...

- Niezupełnie. Stocznię objąłem w 2004 roku, mocno zadłużoną i ze stratami, brakiem zleceń i złą opinią u armatorów. Odzyskała swoją pozycję rynkową i mimo bardzo trudnego sektora w którym działała, dawała sobie radę przez ostatnich siedem lat generując zysk, łącznie z ostatnim okresem 10 miesięcy 2010 roku, do czasu mojego odejścia ze Gryfii.

Stocznia także nigdy nie korzystała z pomocy publicznej. Zły wynik roku 2010 jest po części konsekwencją zablokowania restrukturyzacji, bez której firma nie jest w stanie remontować bądź budować statki w sposób rentowny.

- Widzi pan inne przyczyny.

- Trudna sytuacja stoczni wynika też z bardzo ostrej konkurencji na rynku remontów statków, nadpodaży usług w rejonie morza Bałtyckiego i trwającego od 2008 roku kryzysu na rynku frachtowym. W tym czasie wiele zagranicznych stoczni remontowych i budowlanych upadło. W kraju padły stocznie budowlane, a takie jak Gdańska Stocznia Remontowa czy Stocznia Marynarki Wojennej w Gdyni popadły w duże tarapaty.
Szczecińska stocznia remontowa całkiem dobrze dawała sobie radę.

- Ale już sobie tak dobrze nie radzi.

- Powtórzę, główną przyczyną dzisiejszej trudnej sytuacji jest przede wszystkim decyzja właściciela: wstrzymanie realizacji programu głębokiej restrukturyzacji.

- Na czym miała polegać ta restrukturyzacja?

- Największym wyzwaniem stoczni jest wykonanie remontu w możliwie najniższej cenie przy zachowaniu terminu i jakości. Program pokazywał, jak obniżyć koszty funkcjonowania stoczni, zmienić organizację, zagospodarować zbędną infrastrukturę i tereny nie związane z działalnością remontową stoczni, obniżyć koszty wynikające z funkcjonowania na wyspie.

- Jak dużo można było zaoszczędzić?

- Działalność na wyspie to m.in. koszty dowozu pracowników, materiałów, utrzymania straży pożarnej, służb ratowniczych, taboru pływającego wraz z obsługą. Rocznie to ok. 6 mln zł. Co obniża rentowność produkcji o 3-5 procent. Aż 2/3 powierzchni stoczni, ok. 30 ha stanowią tereny nie związane z produkcją. Podatki, ochrona tych terenów, koszty związane z logistyką prac remontowych uwarunkowaną położeniem doków powodują obniżenie rentowności o następne 3 procent.

W sumie rentowność prac remontowych na wejściu niższa jest o około 10-12 proc. Stąd wynikają ceny usług mało atrakcyjne dla armatorów.

- Była diagnoza, program, dlaczego więc nie wprowadził pan zmian?

- Już w grudniu 2009 roku przedstawiłem program głębokiej restrukturyzacją, którą chciałem wdrażać od maja ub.r. Został zaakceptowany przez Radę Nadzorczą i przedstawicieli związków zawodowych.

Zmniejszyliśmy zatrudnienie, zmieniliśmy Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy ograniczając szereg uprawnień pracowniczych. Wyodrębniliśmy i przygotowaliśmy grunty pod potencjalnych inwestorów. Tyle mogliśmy czekając na zgodę do działań. Ale w październiku, właściciel (Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych MARS należący do Agencji Rozwoju Przemysłu -dop. P.J.) mimo wcześniejszej akceptacji zablokował restrukturyzację.

- Nowy zarząd ma pomysł na stocznię, a nowy prezes przekonuje, że odbuduje pozycję szczecińskiej remontówki.

- Plany, o których słyszę, to wersje naszych wcześniejszych propozycji. Nasz program przecież obejmował m.in. zagospodarowanie zbędnego majątku, zwiększenie efektywności wydziałów produkcyjnych bez potrzeby zwolnień grupowych, restrukturyzację zatrudnienia.


Rozmawiał: Piotr Jasina{jathumbnail off}
1 1 1
Waluta Kupno Sprzedaż
USD 3.6182 3.6912
EUR 4.2232 4.3086
CHF 4.5137 4.6049
GBP 4.8868 4.9856

Newsletter