Z kpt. ż.w. Markiem Błusiem, publicystą morskim, rozmawia Jacek Klein.
W ubiegłym roku nastąpił koniec stoczni w Gdyni i Szczecinie, dwóch największych w kraju. Jakie wnioski na przyszłość powinniśmy z tego wyciągnąć?
To było nieuniknione. Nie widzę perspektyw dla branży stoczniowej. Jeżeli mamy do czynienia z trwającym od lat globalnym procesem przesuwania ciężaru produkcji stoczniowej z kontynentu na kontynent, to jest on nie do powstrzymania. Dzisiaj jesteśmy świadkami trzeciej fazy tego procesu, który został zapoczątkowany w latach 60. ubiegłego wieku w Japonii. Proszę spojrzeć co działo się w latach 80. w Wlk. Brytanii, Belgii czy Szwecji. Były próby walki, częściowej nacjonalizacji czy dotowania produkcji. W końcu wszyscy sobie zdali sprawę, że ta walka nie ma szans powodzenia. Obecnie w takiej sytuacji jest więcej europejskich państw, w tym Polska, w której podobnie jak np. we wschodnich Niemczech przemysł stoczniowy był oparty na rynku zbytu w Związku Radzieckim.
Co takiego zaszło, że europejski przemysł stoczniowy nie jest w stanie sprostać konkurencji?
Korea Południowa przełamała ostatnie bariery technologiczne, dodatkowo na rynku pojawił się jeszcze większy gracz - Chiny. Nastąpiło tąpnięcie w konkurencyjności stoczniowej Europy. My byliśmy najsłabsi, dlatego nas uderzyło to najmocniej. Gdynia i Szczecin zostały dosłownie starte z powierzchni Ziemi.
Gdynia i Szczecin to jednak nie wszystko. Są jeszcze inne zakłady, jak chociażby Gdańska Stocznia "Remontowa".
To zupełnie inna branża. Sądzę, że remontowanie statków ma potencjał na długie lata, ponieważ jest przemysłem lokalnym. Nikt, kto pływa po Bałtyku czy Morzu Północnym, nie będzie wysyłał statków do stoczni w Azji.
Działa też wiele mniejszych prywatnych firm, jak Maritim czy Crist. Dzisiaj radzą sobie całkiem dobrze.
To nie są stocznie, jakie mamy na myśli, mówiąc Gdynia czy Szczecin. Są to głównie poddostawcy sekcji i bloków. W naszym regionie wzrośnie popyt na usługi outsourcingowe w zakresie konstrukcji stalowych i elementów statków i/lub jednostek dla górnictwa morskiego. Być może pozostała nam taka rola na stoczniowej arenie, ale i w tym segmencie rynku powinniśmy nie zapominać o konkurencji. Produkcję kończy duńska stocznia Odense, największa w Europie. Po jej upadku bez odbiorcy zostaną dwie stocznie, litewska Baltija i estońska Loksa. Stocznia -Odense zainwestowała swego czasu duże pieniądze w ich modernizację. Obie stocznie są podobnymi "producentami sekcji i bloków" jak gdańskie firmy. Oprócz poddostawców w Europie co najwyżej pozostanie przemysł niszowy, wytwarzający specjalistyczne statki, powiązany z przemysłem naftowym czy energetycznym.
Stocznia Gdańsk ma w planach rozpoczęcie produkcji elementów do siłowni wiatrowych.
Niewykluczone, że ma szansę na powodzenie i utrzymanie się na rynku. Stocznia powinna pospieszyć się jednak z podpisaniem umów i rozpoczęciem produkcji, ponieważ inni, jak firmy litewskie, już na nim funkcjonują.
Jacek Klein{jathumbnail off}
Stocznie, Statki
Europejskie stocznie przegrały konkurencję z Azją
15 czerwca 2010 |
Źródło:
