Stocznie, Statki
W grudniu w „Naszym MORZU”

Stoczni w Gdyni i Szczecinie już nie ma. Zostały koty. Jeśli im nie pomożemy, mogą nie przeżyć zimy. Jako pierwsze na ratunek ruszyły wolontariuszki Pomorskiego Kociego Domu Tymczasowego (PKDT). To jednak ciągle mało.

koty

Według władz upadłej Stoczni Gdynia, na jej terenie (70 ha) bezdomnych kotów jest od osiemdziesięciu do stu. Wolontariuszki z PKDT, trójmiejskiej organizacji niosącej pomoc bezdomnym kotom twierdzą, że co najmniej trzysta.
- Kotów jest kilkaset. Sto to minimum, co najmniej tyle widzimy, kiedy idziemy przez stocznię i je karmimy - mówi Agnieszka Marczak z PKDT. - Mieszkają w kanałach, albo jak jest ładna pogoda, wychodzą na karmienie. Wtedy są ich tutaj całe gromady.

Technologia pomocy

Janusz Bugajewski, starszy technolog, który przepracował w stoczni 30 lat, czyli ponad połowę życia, wspomina: - Stoczniowcy do kotów odnosili się jak do współtowarzyszy. Szatnie, przewody, kable były przez nie chronione przed szczurami.

Pamięta, jak w latach 80. ubiegłego wieku zobaczył, że stoczniową ulicą maszerują trzy szczury. - Nic sobie ze mnie nie robiły. Kotów wówczas było jakoś mniej. Ale potem zrobiło się ich dużo. I od tamtej pory żadnego szczura już nie spotkałem.

Stoczniowcy jedli w stołówce zupę, a wkładki regeneracyjne wynosili kotom. Jeszcze teraz, niedaleko miejsca, gdzie do niedawna była jedna z zakładowych jadłodajni, mieszka duża grupa tych czworonogów.

- Kotami zaopiekowałem się trzy lata temu. Zaczęło się od pewnej bidnej kotki i jej brata, które leżały przytulone do siebie, brudne - opowiada Janusz Bugajewski. - Żal mi się ich zrobiło, zabrałem je do biura, odkarmiłem. Kotek sobie poszedł, a kotka została i cieszy się dobrym zdrowiem.

Od tego czasu technolog Bugajewski zaczął dokarmiać i leczyć też inne koty. Gdy w czerwcu stocznia się opróżniła, widział coraz więcej martwych i chorych kotów.

- Woziłem je do weterynarza, jednego, drugiego, trzeciego. Kilku nie udało się uratować. Pomyślałem, rany boskie, nie poradzę sobie sam. Pisałem do władz miasta, do posłów.

Odezwał się poseł Prawa i Sprawiedliwości Zbigniew Kozak. Napisał interpelację, żeby rząd jakoś pomógł tym kotom, by jakaś organizacja się nimi zajęła, żeby tę populację uratować. Sprawę potraktowano jako niepoważną.

O kotach dowiedziały się jednak działaczki Pomorskiego Kociego Domu Tymczasowego. Kinga Hyzińska wspomina: - Pierwszy dzień to był szok, znaleźliśmy kota, któremu gnił pyszczek, oczy miał wydłubane. Może zrobiły to mewy, może lisy, które tu grasują. Trzeba było go uśpić, strasznie się męczył.

Maja Klownowska, współzałożyciela PKDT: - Na początku mieliśmy problemy z wejściem na teren stoczni. W końcu, nie czekając na urzędników, sami postaraliśmy się o przepustki, najpierw pięć, potem więcej. Władze stoczni poszły nam na rękę. Teraz nie ma z tym kłopotu.

- Od tamtej pory łapiemy zwierzęta do leczenia i sterylizacji, podajemy antybiotyki, karmimy - mówi Agnieszka Marczak z PKDT. - Nie bylibyśmy w stanie działać sami, pozyskujemy wolontariuszy. Znaleźliśmy też weterynarzy, którzy sterylizują je po cenach preferencyjnych. Najgorzej jest, gdy widzi zwierzęta ewidentnie skrzywdzone przez ludzi.

- Ludzie rzucali w nie śrubami, niektóre mają poprzetrącane łapy, są bez ogonów, tragedia - mówi.

Jeden z weterynarzy, Paweł Łukuć z Gdyni Redłowa opowiada, że stoczniowe koty są w różnym stanie: - Najczęściej mają koci katar, często przewlekły, powodem są zakażenia bakteryjne. Jest trochę ciężkich przypadków, okaleczeń spowodowanych tym, że one się między sobą biją. Większość jest dzikich, nie nadających się do adopcji, trzeba je wypuścić tam, skąd zostały zabrane. A część to takie kociaki – miziaki, które jak najbardziej mogłyby zostać przygarnięte. Leczymy wszystkie, sterylizujemy. Trzeba to robić, bo inaczej za rok będziemy mieli dwa razy tyle kotów i to będzie tragedia.

Ciepła kompensacja

Od połowy października koci problem stał się głośny. Ukazały się materiały w prasie, w telewizji i internecie. Maja Klonowska mówi, że odzew o pomoc dla bezdomnych zwierząt był „zaskakująco ogromny”.

- Dziennie pięć, dziesięć maili z propozycjami pomocy, albo chociażby z zapewnieniem, że trzymają za nas kciuki - mówi. - Na „kocie konto” do połowy listopada wpłynęło 20 tysięcy złotych.

Agnieszka Marczak: - Wchodzę do sklepu zoologicznego, a tam stoi wielka skrzynia z karmą oklejona naszymi ulotkami. Można się popłakać. Wcześniej nikt nie wiedział, że się coś takiego dzieje, trzeba było to pokazać, nagłośnić.

Ludzie przywożą karmę do stoczni, pomagają również w inny sposób. Dyrektor oddziału Pomorskiego Zakładu Spółki PKP Cargo, Krzysztof Duszczyk, po przeczytaniu ulotki z prośbą o pomoc, sam zgłosił się do PKDT z propozycją, że jego pracownicy zrobią domki dla kotów.

- Nie mamy doświadczenia w robieniu budek, tyle co zobaczyliśmy w internecie - mówi Henryk Adamowicz, naczelnik działu utrzymania wagonów. - Ale postanowiliśmy pomóc. Dzisiaj (18 listopada) stawiamy pięć budek. Jeżeli koty je zaakceptują, zbudujemy kolejne.

Pełnomocnik Zarządcy Kompensacji Stoczni Gdynia SA Zygmunt Faruga oraz członek Zarządu Stoczni Gdynia SA Piotr Paszkowski, wystosowali specjalne oświadczenie, w którym m.in. piszą, że „nadużyciem jest stwierdzenie mówiące o pozostających bez opieki i cierpiących z głodu kotach”.

Umożliwiamy bez ograniczeń wejście na teren stoczni różnym organizacjom (...), które wyraziły ochotę włączenia się w akcję pomocy kotom, jak również zobowiązaliśmy się do codziennego rozkładania pożywienia w miejscach, gdzie występuje ich najliczniejsza grupa. W najbliższym czasie przygotujemy na sezon zimowy ogrzewane pomieszczenia, w którym koty będą mogły schronić się przed mrozem i śnieżycą.”

Czy zwierzęta będą chciały się tam przenieść, to zupełnie odrębna sprawa.

- One nie przeniosą się nawet na drugą stronę ulicy, bo tam jest inna grupa, która ich nie zaakceptuje - powątpiewają wolontariuszki. - Ale widać, że stocznia się stara.

Walczą i płacą

Wiele zwierząt urodziło się tutaj już po zamknięciu stoczni. Są dzikie, nie ma szansy, że się przystosują do domowego życia. Trzeba je wyłapać, wyleczyć, wysterylizować i wypuścić z powrotem na tren, który znają.

- Każdej sterylizowanej kotce nacinamy ucho, żeby uniknąć pomyłki następnym razem - mówi Agnieszka Marczak. - Te koty nie nadają się, by je stąd wyprowadzić. Tutaj się urodziły i tutaj będą żyć. Musimy im to ułatwić. Za każdym razem wyłapujemy kilka zwierząt do sterylizacji. Koty już się do nas przyzwyczaiły, wybiegną na nasz widok. Nie możemy, niestety przyjeżdżać codziennie.

Nie chcą zwierząt oddawać do schroniska, bo to śmierć dla kota. Chcą, by te bardziej ufne znalazły dom. Na razie kilka zaledwie znalazło opiekunów.

Marlena Pindras z Rumi, jedna z około dziesięciu wolontariuszek, które przyjeżdżają do gdyńskiej stoczni, mówi, że nie mogła patrzeć na to, co się tutaj dzieje z kotami.

- W tym tygodniu jestem codziennie. Jak widziałam te koty, ich nieszczęście, to potem w domu siedziałam i płakałam - opowiada. - Jestem nowicjuszką w tych sprawach, ale nie sprawia mi żadnego problemu przyjechać, złapać kilka kotów, zawieść do weterynarzy. Robimy to z własnej woli. A przecież są organizacje dotowane przez miasto, które powinny się tym zajmować. Ale jakoś nie bardzo się starają, żeby tutaj dotrzeć. A my mamy zbyt mało ludzi do pomocy.

- Nieprawda - odpowiada Joanna Grajter, rzecznik prasowy Urzędu Miasta w Gdyni, deklarująca się jako wielbicielka zwierząt. - Stoczniowymi kotami zajmują się także wolontariusze Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami - Oddział Gdynia.

- Tak - mówi Bugajewski. - Tylko, że te panie nie potrafią sobie załatwić przepustek, słabo się starają. Ale to prawda, że w zeszłym tygodniu po raz pierwszy przyjechał tu Urząd Miasta, przywieźli cztery worki karmy, antybiotyki.

W akcję dokarmiania kotów zaangażowani są także stoczniowi ochroniarze i inni ludzie, którzy pracują na terenie zakładu.

- System jest taki, że z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami przychodzi karma, my ją rozwozimy po stoczni, rozkładamy w ustalonych miejscach. Każdy kto ma chęć ją roznosi. Taka samopomoc - opowiada Bugajewski. Dodaje, że gdy przyjdą mrozy, może być ciężko, bo większość kanałów, które dostarczały ciepło do stoczniowych pomieszczeń, i w których mieszkają zwierzęta, już nie grzeje: - W tej chwili tylko jedna nitka ma parę i tam jest ciepło. Ale inne są wyłączone. Chore koty mogą nie przetrzymać tych warunków.

Janusz Bugajewski nie może się nachwalić członkiń PKDT. - Te panie od prawie dwóch miesięcy odławiają koty, szukają domów zastępczych, tymczasowych. Nieważne, czy mróz, czy wieje, czy pada. Łapią koty, zawożą do weterynarzy, potem je przywożą, część trzymają w domach. Własnymi samochodami, za własną benzynę. One walczą.

Klonowska: - Chcielibyśmy, żeby na tym terenie były zdrowe, dokarmiane koty.

Marczak: - Będziemy to robiły do skutku, dopóki będziemy mogły tu wchodzić.

Ludzie sobie poradzą

Podobne problemy ze stoczniowymi kotami są w Szczecinie. Tam, by ratować zwierzęta przy Stowarzyszeniu Zwierzęcy Telefon Zaufania powstał Komitet Pomocy Kotom Pracującym w Stoczni.

Jan Bączyk, który w szczecińskiej stoczni przepracował 43 lata wywalczył, żeby codziennie na teren zakładu mogły wchodzić trzy osoby - koci wolontariusze. Ich zadaniem, tak jak w Gdyni, jest karmienie i wyłapywanie zwierząt, by poddać je sterylizacji i leczeniu.

Na początku wszystko szło pomyślnie. Zgłosiło się wiele osób do pomocy, mieszkańcy miasta z własnej woli dokarmiali zwierzęta. A teraz? Teresa Piątkiewicz ze Stowarzyszenia Zwierzęcy Telefon Zaufania, mówi krótko: Teraz jest tragedia!

- Kotów jest więcej niż szacowaliśmy, zaczęły wychodzić z kanałów nowe, młode, które teraz się urodziły. Obliczamy, że w tej chwili jest ich około tysiąca. Jest ciężko, zima może być tragiczna.

Jak mówi, to, że pomagają mieszkańcy miasta, a szkoły zbierają karmę, to za mało. Potrzeba pieniędzy na sterylizację, ludzi, którzy by koty wyłapywali.

- Na naszym koncie są tylko dwa tysiące złotych. Nie mamy też „rodzin zastępczych” dla kotów, które nadają się do adopcji. Trzy osoby mogące wchodzić na teren, to za mało. Kierownictwo stoczni zajęte jest ludźmi, nie ma głowy do zwierząt. Ludzie jakoś sobie w końcu poradzą, ale koty bez naszej pomocy, nie przetrwają.

Czesław Romanowski, Tomasz Falba
Fot: Łukasz Głowala


Cały czas zbierane są pieniądze na pomoc dla stoczniowych kotów.

Gdynia:
Fundacja Międzynarodowy Ruch na rzecz Zwierząt - Viva!
ul. Kopernika 6/8, 00-367 Warszawa
nr konta: 81 1370 1109 0000 1706 4838 7309
w tytule wpłaty należy podać: "PKDT - koty stoczniowe"

Szczecin:
Stowarzyszenie Społeczno-Ekologiczne "Zwierzęcy Telefon Zaufania"
Ojca Beyzyma 5/2, 70-391 Szczecin
nr konta: 85 9396 0007 0017 0934 2000 0001
{jathumbnail off}
1 1 1
Waluta Kupno Sprzedaż
USD 3.6182 3.6912
EUR 4.2232 4.3086
CHF 4.5137 4.6049
GBP 4.8868 4.9856

Newsletter