Ministrowi skarbu nie udało się sprzedać Stoczni Gdynia Katarczykom. W pustym od wielu tygodni zakładzie budowa statków nie ruszy jeszcze przez wiele miesięcy. Nie wiadomo nawet, czy jakiś statek tam jeszcze powstanie. Minister skarbu liczy się z utratą stanowiska, a kilka tysięcy stoczniowców nie wie, jaka czeka ich przyszłość. Wiązali ją ze stocznią, teraz zostali zmuszeni do rewizji swoich planów.
-Myślę, że sprzedaż stoczni Katarczykom to była jakaś wielka lipa, a naprawdę rząd nic nie zrobił - mówi rozczarowana Katarzyna Kolińska, która osiem lat przepracowała w stoczni jako operator urządzeń dźwignicowych. - Chciałabym wrócić do stoczni, do tych samych ludzi, do tej atmosfery. Bardzo lubiłam moją pracę, była ciekawa, ale szczerze mówiąc, nie liczę na to, że kiedyś będę mogła pracować w stoczni. Pani Katarzyna zastanawia się jeszcze, co będzie dalej z jej zakładem.
Inni nie mają złudzeń. - To koniec stoczni i kompletna porażka tego rządu -uważa Jarosław Baliński (w stoczni pracował 7,5 roku). -Przyszłości ze stocznią nie wiążę, szukam innej pracy, raczej w kraju niż za granicą.
Stoczniowcy kończą, a niektórzy dopiero zaczynają kursy i szkolenia, jakie zaoferowała im ustawa kompensacyjna.
- Skończyłem kurs prawa jazdy na samochody ciężarowe, we wrześniu planuję zacząć kolejny, jeśli znajdą się fundusze w ramach programu szkoleń i przekwalifikowań - mówi Dariusz Furman, kowal z 24-letnim stoczniowym stażem. -Trzeba szukać alternatywy. Wydaje mi się, że nawet rok to za mało, żeby stocznia znów ruszyła, jeśli w ogóle przetrwa do tego czasu. Szkoda tego wszystkiego. Ze stocznią byłem przecież związany od szkoły zawodowej, a to kilkadziesiąt lat życia. Nowej pracy Furman będzie szukał w kraju, jak najbliżej miejsca zamieszkania. Nawet gdyby chciał wyjechać za granicę, żona by go nie puściła.
Po nieudanej sprzedaży stoczni Agencja Rozwoju Przemysłu przygotowuje się do przejęcia wadium wpłaconego przez niedoszłego inwestora. To 8 mln euro, czyli ponad 30 mln zł. ARP będzie domagać się także odszkodowań.
- Katarczycy chyba trochę "zagrali" z rządem, tak mi się wydaje - sądzi Furman. - Obiecali, że kupią stocznie, ale jak już podpisali umowę na dostawy gazu ziemnego, to zmienili zdanie. Utrata wadium to dla nich pestka, przy tym co zarobią na gazie.
Niektórzy stoczniowcy nadziei na powrót do stoczni wypatrują w Komisji Europejskiej. Minister Grad poprosił już Brukselę o dodatkowy czas na sprzedaż stoczni i przeprowadzenie kolejnego przetargu.
- Człowiek liczy, że ktoś kupi stocznię - mówi Jan Myszka, który w stoczni przepracował 22 lata. - Zobaczymy, co powie Komisja Europejska, czy zgodzi się na drugi przetarg.
Pan Jan, jak twierdzi, na razie się nie denerwuje. Ma zajęcie.
- Postanowiłem wyremontować i odnowić dom, także mam na głowie malowanie i inne prace, na nadmiar czasu nie narzekam - mówi. - Po remoncie najprawdopodobniej pójdę na szkolenia, które mi zaoferują. Czekam na telefon.
W poniedziałek fundusz Stichting Particulier Fonds Greenrights nie zapłacił prawie 400 mln zł za większość majątku stoczni w Gdyni i Szczecinie. Minister skarbu tłumaczył, że inwestor miał dobre chęci ale zderzył się z rzeczywistością, kryzysem w branży morskiej. Przyszłość stoczni leży teraz w rękach KE. Jeśli nie wyrazi zgody na kolejny przetarg, stocznie zostaną postawione w stan upadłości. Przejmie je syndyk i sprzeda ich majątek w celu spłaty stoczniowych długów.
Stoczniowe związki zawodowe zapowiadają podjęcie akcji protestacyjnej. Stoczniowcy uważają jednak, że jest już za późno na pikiety.
-To nic nie da-kończy Jarosław Bałiński.
5300 - tylu stoczniowców straciło pracę w Gdyni. Zdecydowana większość przystąpiła do programu zwolnień grupowych, odpraw i odszkodowań. Kilkuset skorzystało już ze szkoleń, 200 zrezygnowało z programu, znalazło inną pracę lub założyło własne firmy.
3000 - zatrudnienie w Gdyni tylu stoczniowców deklarowała spółka Polskie Stocznie, która miała przejąć stoczniowy majątek. Ftonieważ jej właściciel nie wywiązał się z przetargu, z deklaracji nic nie wyszło. W Szczecinie miało być zatrudnionych około 2000 pracowników.
500 mln -tyle złotych ostatecznie może kosztować program zwolnień monitorowanych dla stoczniowców. Składają się na to m.in. odszkodowania za utratę pracy w wysokości od 20 do 60 tys. zł oraz sześciomiesięczne świadczenia w wysokości niecałych 2 tys. zł brutto.
{jathumbnail off}
-Myślę, że sprzedaż stoczni Katarczykom to była jakaś wielka lipa, a naprawdę rząd nic nie zrobił - mówi rozczarowana Katarzyna Kolińska, która osiem lat przepracowała w stoczni jako operator urządzeń dźwignicowych. - Chciałabym wrócić do stoczni, do tych samych ludzi, do tej atmosfery. Bardzo lubiłam moją pracę, była ciekawa, ale szczerze mówiąc, nie liczę na to, że kiedyś będę mogła pracować w stoczni. Pani Katarzyna zastanawia się jeszcze, co będzie dalej z jej zakładem.
Inni nie mają złudzeń. - To koniec stoczni i kompletna porażka tego rządu -uważa Jarosław Baliński (w stoczni pracował 7,5 roku). -Przyszłości ze stocznią nie wiążę, szukam innej pracy, raczej w kraju niż za granicą.
Stoczniowcy kończą, a niektórzy dopiero zaczynają kursy i szkolenia, jakie zaoferowała im ustawa kompensacyjna.
- Skończyłem kurs prawa jazdy na samochody ciężarowe, we wrześniu planuję zacząć kolejny, jeśli znajdą się fundusze w ramach programu szkoleń i przekwalifikowań - mówi Dariusz Furman, kowal z 24-letnim stoczniowym stażem. -Trzeba szukać alternatywy. Wydaje mi się, że nawet rok to za mało, żeby stocznia znów ruszyła, jeśli w ogóle przetrwa do tego czasu. Szkoda tego wszystkiego. Ze stocznią byłem przecież związany od szkoły zawodowej, a to kilkadziesiąt lat życia. Nowej pracy Furman będzie szukał w kraju, jak najbliżej miejsca zamieszkania. Nawet gdyby chciał wyjechać za granicę, żona by go nie puściła.
Po nieudanej sprzedaży stoczni Agencja Rozwoju Przemysłu przygotowuje się do przejęcia wadium wpłaconego przez niedoszłego inwestora. To 8 mln euro, czyli ponad 30 mln zł. ARP będzie domagać się także odszkodowań.
- Katarczycy chyba trochę "zagrali" z rządem, tak mi się wydaje - sądzi Furman. - Obiecali, że kupią stocznie, ale jak już podpisali umowę na dostawy gazu ziemnego, to zmienili zdanie. Utrata wadium to dla nich pestka, przy tym co zarobią na gazie.
Niektórzy stoczniowcy nadziei na powrót do stoczni wypatrują w Komisji Europejskiej. Minister Grad poprosił już Brukselę o dodatkowy czas na sprzedaż stoczni i przeprowadzenie kolejnego przetargu.
- Człowiek liczy, że ktoś kupi stocznię - mówi Jan Myszka, który w stoczni przepracował 22 lata. - Zobaczymy, co powie Komisja Europejska, czy zgodzi się na drugi przetarg.
Pan Jan, jak twierdzi, na razie się nie denerwuje. Ma zajęcie.
- Postanowiłem wyremontować i odnowić dom, także mam na głowie malowanie i inne prace, na nadmiar czasu nie narzekam - mówi. - Po remoncie najprawdopodobniej pójdę na szkolenia, które mi zaoferują. Czekam na telefon.
W poniedziałek fundusz Stichting Particulier Fonds Greenrights nie zapłacił prawie 400 mln zł za większość majątku stoczni w Gdyni i Szczecinie. Minister skarbu tłumaczył, że inwestor miał dobre chęci ale zderzył się z rzeczywistością, kryzysem w branży morskiej. Przyszłość stoczni leży teraz w rękach KE. Jeśli nie wyrazi zgody na kolejny przetarg, stocznie zostaną postawione w stan upadłości. Przejmie je syndyk i sprzeda ich majątek w celu spłaty stoczniowych długów.
Stoczniowe związki zawodowe zapowiadają podjęcie akcji protestacyjnej. Stoczniowcy uważają jednak, że jest już za późno na pikiety.
-To nic nie da-kończy Jarosław Bałiński.
5300 - tylu stoczniowców straciło pracę w Gdyni. Zdecydowana większość przystąpiła do programu zwolnień grupowych, odpraw i odszkodowań. Kilkuset skorzystało już ze szkoleń, 200 zrezygnowało z programu, znalazło inną pracę lub założyło własne firmy.
3000 - zatrudnienie w Gdyni tylu stoczniowców deklarowała spółka Polskie Stocznie, która miała przejąć stoczniowy majątek. Ftonieważ jej właściciel nie wywiązał się z przetargu, z deklaracji nic nie wyszło. W Szczecinie miało być zatrudnionych około 2000 pracowników.
500 mln -tyle złotych ostatecznie może kosztować program zwolnień monitorowanych dla stoczniowców. Składają się na to m.in. odszkodowania za utratę pracy w wysokości od 20 do 60 tys. zł oraz sześciomiesięczne świadczenia w wysokości niecałych 2 tys. zł brutto.
Jacek Klein
