Każdy może upubliczniać swoje myśli, każdy może pisać listy do dowolnych osób i instytucji. Co nie oznacza, że każdy powinien.
Przykładem rodzącym takie wątpliwości jest list, jaki stowarzyszenie - mieniące się obrońcami stoczni w Szczecinie - wysłało do katarskiego inwestora, który ma kupić majątek likwidowanej stoczni. Bo zwykły list już spowodował perturbacje - kolejne badania i sprawdzanie sytuacji stoczni. W zasadzie może to i dobrze. W praktyce jednak sytuacja ze Szczecina jest dramatyczna.
Po pierwsze, czemu ten list powstał tak późno. Sprawa wychodzi na jaw na etapie finalizowania wynegocjowanej transakcji. Skoro zdaniem autorów, proceder prania brudnych pieniędzy trwał w stoczni od 2002 roku, to czemu alarmują dopiero dzisiaj. Wcześniej nie byli pewni? A może inne tajemnicze przeszkody nie pozwalały nagłośnić sprawy.
Po drugie, nie rozumiem, czemu taki list trafia do inwestora. Skoro ktoś wie o przestępstwie popełnionym w firmie na terenie naszego kraju, powinien pisać raczej do prokuratury w Szczecinie. Do wyboru ma jeszcze ABW, CBŚ, CBA, policję. Można nawet zaryzykować korespondencję z urzędem skarbowym i Strażą Graniczną. No, ale obrońcy stoczni (?) mają większy rozmach - list musi mieć oddźwięk międzynarodowy. O tym jak takie wystąpienie może wpływać na przyszłość inwestycji w Polsce, raczej nie pomyśleli.
Po trzecie, jaki jest cel akcji? Ostrzeżenie inwestora? Czy wywołanie niepotrzebnego zamieszania? Osobiście o inwestora się nie martwię. Stosowne zapisy zabezpieczające jego interesy wynegocjują prawnicy. Dlatego jedynym celem akcji wydaje się medialne zamieszanie wokół stoczni.
Po czwarte, dziwi jakość argumentacji. Jako koronny przykład "dziwnych działań" podaje się sprzedawanie statków po "zaniżonych" cenach. Fakt, dziwna to była sytuacja. Ale wytłumaczalna w sposób prosty. Do lata 2008 mieliśmy do czynienia z bezprecedensowym umacnianiem się złotego, zwłaszcza wobec dolara. A kontrakty na statki zawierano głównie w amerykańskiej walucie. Polskie stocznie przez to traciły. Kontraktując statek liczyły, że za dolara dostaną np. 3,8 zł, a realnie dostawały np. 2,5 zł. Tragedia gospodarcza. Ale nie spisek, nie pranie pieniędzy. To co dziwi to "tylko" fakt, że zarządzający nie zabezpieczali się odpowiednio przed ryzykiem kursowym.
Dlatego list do inwestora traktuję jako przykład awantury politycznej. I to awantury bardzo groźnej - bo narażającej na szwank nasze interesy gospodarcze, powstanie miejsc pracy.
Nie mam wątpliwości, że katarski inwestor nie jest idealny. Nie ma doświadczenia w branży, będzie zapewne dość biernym inwestorem finansowym. To nie zagwarantuje poprawy sytuacji polskich stoczni, pilnie potrzebujących zmian w organizacji pracy. Ale inwestor, i to wiarygodny finansowo, jest. W dobie kryzysu to wielki sukces. Dlatego nie narażajmy transakcji na ryzyko, pisząc specyficzne listy. Nawet jeśli każdy ma prawo je pisać.
Artur Kiełbasiński{jathumbnail off}
Stocznie, Statki
Dziwaczny list stoczniowców
23 lipca 2009 |
Źródło:
