Łatwo nawoływać do ratowania Stoczni Szczecińskiej Nowa bez oglądania się na Unię Europejską. Trudniej znaleźć racjonalną odpowiedź na pytanie: czy ma to sens? - pyta Andrzej Kraśnicki jr z "Gazety Wyborczej"
18 kwietnia nowy arcybiskup metropolita szczecińsko-kamieński Andrzej Dzięga w swoim pierwszym liście do wiernych (dotyczącym bieżących spraw w diecezji) ostro i zdecydowanie opowiedział się za ratowaniem Stoczni Szczecińskiej Nowa. Metropolita w czytelny sposób wskazał politykom, że powinni przeciwstawić się Brukseli. Rządzący "nie mogą się już zasłaniać tzw. przymusem wykonywania unijnych dyrektyw, gdyż na pierwszym miejscu przyjęli obowiązek troski właśnie o polską gospodarkę i sytuację polskiego społeczeństwa, nie zaś o korzyści materialne całej Unii Europejskiej. Tak czynią w swoich krajach rządy innych państw europejskich".
W maju - ostatnim według specjalnej ustawy stoczniowej miesiącu działalności Stoczni Szczecińskiej Nowa - nieraz jeszcze pewnie usłyszymy podobne wezwania do ratowania zakładu. Już się nawet zaczęło. Senator Krzysztof Zaremba otwarcie domagający się od premiera właśnie "ratowania" stoczni i wzburzony brakiem reakcji, porzucił partię (chociaż ta miała wobec niego podobne zamiary).
Pewne jest też to, że dziś niezwykle łatwo jest znaleźć argumenty za domaganiem się rewizji polityki wobec polskich stoczni. Jest potężny kryzys. I, ot, chociażby pomoc rządów Francji i Niemiec dla branży motoryzacyjnej. Pierwszemu mocarstwu można też wytknąć nieoglądanie się na dobro całej Unii. Potężne cło na tanie banany z Ameryki Południowej sprawiło, że dziś obywatele unii jedzą dwa razy droższe banany z francuskich departamentów zamorskich.
Gdyby Unia złagodniała
Spotkałem się z różnymi argumentami na temat tego, czy w imię stoczni powinniśmy iść na wojnę z Unią Europejską, czy też nie. Od górnolotnych, mówiących o pewnej odpowiedzialności za Unię i zasady, które przyjęliśmy, po brzmiące dla niektórych obrazoburczo: czy polską racją stanu są aby tylko stocznie?
Zanim ktoś spróbuje rozprawić się z tymi tezami, spróbujmy jednak odpowiedzieć na dużo prostsze pytanie: co by się stało, gdyby Bruksela nagle złagodniała i dała nam wolną rękę, zgadzając się na przedłużenie bytu stoczni jeszcze o rok (jak chce np. Zaremba czy też związkowcy), tak by odbudować jej potęgę.
Odpowiedź nie jest specjalnie skomplikowana. Skarb państwa poprzez należącą do niego Agencję Rozwoju Przemysłu musiałby wpompować tylko w szczeciński zakład kilkaset milionów złotych: na pensje, na zakup materiałów, na dołożenie do nierentownych kontraktów, na utrzymanie w ruchu zdekapitalizowanego majątku i nieuchronnie także jego modernizację.
ARP, czyli zły gospodarz
Stocznia pod kroplówką ARP jest od wielu miesięcy i wszyscy widzą, jak to działa: banki nawet nie myślą o kredytowaniu produkcji, kontrahenci nie ufają stoczni, domagając się zabójczych na dłuższą metę stuprocentowych przedpłat. Zakładowi odcinane było już ciepło, dostawa gazów technicznych, brakowało na czas materiałów i stoczniowcy zamiast budować, zamiatali stoczniowe place.
Miarą możliwości państwowego interwencjonizmu jest niedokończony, opuszczony, rdzewiejący kontenerowiec stojący przy stoczniowym nabrzeżu. ARP nie znalazła funduszy na jego dokończenie. Już zresztą widać, że ta skarbonka bez dna, z której utrzymywano stocznie, sama ostatecznie ma kłopoty. Przejęcie przez nią dwudziestu spółek skarbu państwa (w tym stoczni remontowej Gryfia) to nic innego jak ratowanie samej ARP.
Nie wolno też zapomnieć o tym, że stoczni tak naprawdę kończą się kontrakty. Z budowy dwóch promów dla PŻM czterech tysięcy ludzi się nie utrzyma.
Sami zniszczyliśmy stocznię
Wypominanie w tej sytuacji, że gdzieś tam na Zachodzie wspiera się jakąś branżę, jest nieuczciwe. Stocznia nie padła ofiarą kryzysu rodem z Wall Street. Sami ją załatwiliśmy. Najpierw przeganiając prywatnych właścicieli, potem zapominając w negocjacjach przed przystąpieniem do UE o wywalczeniu okresu przejściowego (to uchroniłoby nas przed całą aferą z pomocą publiczną).
Wreszcie to nie urzędnicy z Brukseli, ale wyznaczeni przez państwo ludzie dobili zakład nierentownymi kontraktami. Późniejsze nieporadne działania mające to wszystko odkręcić ciągną się do dziś. Efektem jest totalnie zdekapitalizowany majątek, ogromny przerost zatrudnienia (przed pierwszymi zwolnieniami) w stosunku do produkcji, emigracja najlepszych kadr do stoczni poza granicami Polski. Odpowiedzialność polityczna rozkłada się tu mniej więcej sprawiedliwie po równo na SLD, PiS i PO.
Andrzej Kraśnicki jr
Czytaj więcej w "Gazecie Wyborczej"{jathumbnail off}
Stocznie, Statki
Stocznię trzeba sprzedać, nie reanimować
27 kwietnia 2009 |
