Stoczniowe żurawie, które konserwator chce wpisać na listę zabytków, sprawdzają się nie tylko jako konstrukcje przemysłowe. Trzech młodych architektów z Gdańska wie, co zrobić, by stały się atrakcją turystyczną
Trudno właściwie, żeby było inaczej, bo dwóch autorów projektu - Filip Kozarski i Maciej Ryniewicz ze studia Lowbudget - od kilku lat rezyduje na postoczniowym terenie. Wcześniej w Kolonii Artystów, dziś w Modelarni obok Instytutu Sztuki Wyspa. Stoczniowy klimat mają więc we krwi. Razem z Michałem Roethelem, kolegą ze studiów, już trzy lata temu wpadli na pomysł wykorzystania stoczniowych żurawi jako głównego elementu gigantycznej instalacji świetlnej. Dziś, sprowokowani dyskusją toczącą się wokół dźwigów, które pomorski konserwator Marian Kwapiński chce wpisać w rejestr zabytków, przedstawiają sposób, jak mogą uatrakcyjnić miasto.
- Teren stoczni właściwie wciąż jest niedostępny, większość gdańszczan nigdy tam nie była - mówi Filip Kozarski. - Większość z nas nie zdaje sobie też sprawy z faktu, że stoczniowe dźwigi widoczne są nie tylko z Gradowej Góry czy Biskupiej Górki. Doskonale je widać także z peronu SKM we Wrzeszczu, z przystanku autobusowego koło Manhattanu, z dworca PKP w Gdańsku. Takich punktów jest co najmniej kilkanaście. Postanowiliśmy je wykorzystać, by - dosłownie i w przenośni - przybliżyć mieszkańcom dźwigi. - Oczywistym rozwiązaniem wydała nam się ich nocna iluminacja - dodaje Maciej Ryniewicz. - Ale czy to nie za mało? Wymyśliliśmy więc interaktywny system instalacji świetlnej, która daje obserwatorom możliwość wpłynięcia na nocną panoramę miasta. Nasz projekt zakłada rozmieszczenie we wspomnianych kluczowych punktach lunet skierowanych na dźwigi. Luneta byłaby bezpośrednio połączona z systemem oświetleniowym żurawi. Człowiek uruchamiający lunetę - np. poprzez wrzucenie złotówki, jak na sopockim molo - jednocześnie uruchamiałby oświetlenie dźwigu. I mógłby "z bliska" oglądać efekt swego dzieła.
- Można tak opracować program oświetlenia, by losowo zmieniał jego barwę - tłumaczy Michał Roethel. - Nawet korzystając kolejny raz z tej samej lunety, nie wiedzielibyśmy, jaki kolor tym razem zapalimy. Takie niewymagające wielkich nakładów rozwiązania stosuje się w wielu europejskich miastach. I to w ogóle standard, że nieużywane poprzemysłowe obiekty, jak właśnie dźwigi, pozostawia się w krajobrazie dzielnicy. Zarówno ze względów historycznych, jak i widowiskowych. My też nie umiemy sobie wyobrazić Gdańska bez stoczniowych żurawi. Mamy nadzieję, że ta zaproponowana przez nas prosta zabawa uświadomi mieszkańcom, jak ważną rolę pełnią one w panoramie miasta. I pokaże, jak blisko nam do terenów stoczni, które niedługo staną się nową dzielnicą Gdańska.
Aleksandra Kozłowska{jathumbnail off}
Stocznie, Statki
Pstryk! Zapal światło na dźwigu
22 stycznia 2009 |
