
Fot. Damian Kramski / AG
Pływanie kajakiem kojarzy się głównie z dzikimi rzekami lub jeziorami. Jednak niezapomnianych wrażeń dostarczyć może już wycieczka kajakiem po rzekach i kanałach Gdańska. Od tygodnia także z przewodnikiem. W każdy wtorek i czwartek wraz z członkiem Klubu Kajakowego Żabi Kruk możemy się wybrać w niezapomniany trzygodzinny rejs, podczas którego dowiemy się wszystkiego o faunie i florze Motławy oraz historii Gdańska. Wczoraj postanowiliśmy wcielić się w rolę turystów i wraz z przewodnikiem Przemkiem Siudemem poznać Gdańsk od strony wody.
Ani wielkie doświadczenie, ani wielkie mięśnie nie są tu potrzebne. Wystarczy pełnoletność (albo opieka dorosłego) i trochę ciekawości: jak wygląda Gdańsk z perspektywy łabędzia? Motława to spokojna rzeka, przepływ kajakiem proponowaną przez klub Żabi Kruk trasą to czysta przyjemność.
Kapok, wiosło w dłoń i ruszamy. Starą Motławą płyniemy w stronę Długiego Pobrzeża. Po drodze rzędy podniszczonych spichlerzy, wśród nich wyróżnia się odnowiony Błękitny Baranek. Parę minut i jesteśmy pod Krowim Mostem, stąd widać już Żurawia, a po drugiej stronie - "Sołdka".
Uważnie słuchamy Przemka: - Z wody widać masę rzeczy niedostępnych dla ludzi na lądzie, np. spójrzcie na te detale na ścianie spichlerza: rzeźbioną głowę byka i flagę z herbem Gdańska - pokazuje przewodnik.
Machamy dzielnie dalej i wkrótce mijamy Wyspę Spichrzów, zatłoczoną o tej porze marinę i Ołowiankę, gdzie swoją siedzibę ma Centralne Muzeum Morskie i Polska Filharmonia Bałtycka.
- Zdarza się, że melomani wypożyczają u nas kajaki i koncertów słuchają z wody, zupełnie jakby byli w pierwszym rzędzie. Nie zapominają przy tym o wyjściowych strojach - mówi Przemek.
Chwilę potem dopływamy do Polskiego Haka, skąd świetnie widać Stocznię Gdańską i port, do którego wpłynąć można tylko z pozwoleniem kapitanatu. Skręcając w prawo w Martwą Wisłę mijamy wielkie kadłuby statków i pracujących przy nich stoczniowców. Hałas i charakterystyczny zapach smarów dopełniają industrialnego klimatu. Kawałek dalej, zaraz za mostem Siennickim ponownie skręcamy w prawo i wpływamy do innego świata.
Miejsko-przemysłowy pejzaż zastępuje zielone uroczysko: pola wodnych lilii i grążeli, stada kaczek z małymi, łabędzie. Niby jesteśmy w środku miasta, ale poza mostami nic nam o tym nie przypomina. Leniwie płynąca, przejrzysta woda, a w niej falujące moczarki i długie łodygi lilii. Po drodze spotykamy nawet nurka - amatora. Nie ma też wszechobecnych na Motławie i kanałach na Głównym Mieście śmieci. W końcu docieramy do ziemnych bastionów (m.in. Tur, Wilk i Wyskok), które dawniej chroniły Gdańsk przed wrogami.
- W tym roku odbędzie się tu festiwal FETA. Nasz klub na czas festiwalu stanie się przystanią ulicznych teatrów - mówi Siudem. - O, teraz patrzcie, przed nami "dziewice", kamienne obronne wieże nie do zdobycia, a obok nich XVII-wieczna Kamienna Śluza, najciekawszy zabytek hydrotechniczny Gdańska. To dzięki niej obrońcy miasta mogli zalać tereny otaczające miasto i nie dopuścić tu wrogów.
Po niecałych trzech godzinach jesteśmy z powrotem przy nabrzeżu klubu. Ramiona trochę bolą, skóra lekko piecze od słońca i w brzuchu burczy z głodu, ale czujemy się jak po powrocie z wakacji. A to chyba najważniejsze.
Aleksandra Kozłowska, Michał Jamroż
{jathumbnail off}
