Z kapitanem Wiktorem Miszeniowem, dowódcą „Siedowa”, największego szkolnego żaglowca świata, rozmawia Małgorzata Wójtowicz
Czy mógłby Pan krótko przybliżyć czytelnikom „Trybuny” historię zlotu żaglowców i regat?
– Jak to zwykle bywa, wszystko zaczęło się bardzo prozaicznie. Ponad pół wieku temu, w 1956 r., miało miejsce pierwsze spotkanie starych kapitanów i ich żaglowców. Wzięło w nim udział zaledwie kilka jednostek, jednak to wystarczyło, by ruszyli do współzawodnictwa. Pierwsza trasa prowadziła na szerokie morze z angielskiego portu Falmouth. W taki sposób rozpoczęły się systematyczne spotkania i wyścigi. Początkowo spotykano się co dwa lata, następnie, gdy okazało się, że liczba uczestniczących w regatach jednostek wciąż rośnie, zaczęto organizować spotkania żeglarzy co roku, za każdym razem w innym porcie, w najróżniejszych rejonach świata. Dzisiaj organizacją zlotu i regat zajmują się profesjonaliści, a uczestniczy w nich nierzadko grubo ponad sto żaglowców, pływających czasami pod najdziwniejszymi banderami.
Od kiedy „Siedow” bierze udział w regatach?
– Od ponad 20 lat, a dokładniej od 1986 r. Nie chcę przez to powiedzieć, że uczestniczymy w nich co roku. Zdarza się, że czasami opuszczamy zlot, jednak staramy się być na nim systematycznie. Dzisiaj jesteśmy w Gdyni, rok temu, kiedy polskim portem na trasie był Szczecin, byliśmy w Szczecinie.
Jak wyglądają pobyty w innych, niż polskie, portach?
– Gospodarze wszystkich miast, do których zawijamy zawsze bardzo się starają. Jednak zawinięcia do polskich portów, takich jak Gdynia, czy Szczecin, należą do najprzyjemniejszych. I nie mówię tego wyłącznie z kurtuazji. Macie w Polsce naprawdę wspaniałą słowiańską atmosferę. Polacy jako naród są do nas bardzo przyjaźnie nastawieni. Twierdzę tak na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń, a o ile się orientuję, członkowie załogi w pełni podzielają tę opinię. W innych portach też jest przyjemnie, interesująco. Każdy ma swój specyficzny klimat i narodowy charakter.
Jak Pan widzi i ocenia te rokroczne spotkania międzynarodowych załóg i oczywiście spotkania z olbrzymią liczbą zainteresowanych żaglowcami, marynarskim życiem i przygodami turystów?
– Mimo że mam za sobą wiele lat spędzonych na morzu, nasze spotkania zawsze podnoszą adrenalinę. Jednoczą, dają poczucie siły i jakąś taką czystość spojrzenia na świat, który niestety staje się coraz bardziej brutalny. We mnie osobiście wyzwalają chęć do życia i pozwalają przypomnieć sobie, że na całym świecie są jeszcze ludzie, na których można polegać.
„Siedow” nie jest nową jednostką, nie ma takiego wyposażenia, jak obecnie budowane statki szkolne. Jak się na nim pływa?
– Właśnie w tym tkwi cały urok starych żaglowców i prawdziwego pływania. Nie mają na pokładzie nowoczesnych urządzeń wspomagających i właśnie dzięki temu są – moim zdaniem – naprawdę niezawodne. Każdego członka załogi czeka co prawda ciężka praca, jednak „Siedow” zapewnia załodze całkowitą niezawodność i bezpieczeństwo. Daje większą pewność. Tu wszystko zależy wyłącznie od sprawnej pracy człowieka, natomiast ślepa wiara w technikę nierzadko prowadzi do katastrof.
Ile osób liczy stała załoga „Siedowa”?
– 56, jednak na pokładzie mamy także na ogół 99 kadetów z jednej z pięciu uczelni. Szkolimy młodzież studiującą rybołówstwo w Murmańsku, Astrachaniu, Sankt Petersburgu, Archangielsku i Ejsku.
W piątkowy wieczór spotkało Was nieprzyjemne zdarzenie, podczas którego spaliły się dwa żagle.
– Na pokład żaglowca upadła raca, od której zajął się ogniem najpierw jeden żagiel, od niego następny. Jutro wyjdziemy w morze bez dwóch żagli. Na miejscu nie wystarczy nam czasu, by wciągnąć na reje nowe, zapasowe. W tej sytuacji bardzo ładnie zachowały się władze Gdyni, które zobowiązały się uszyć nam nowe żagle bezpłatnie.
Dziękuję za rozmowę. Życzę stopy wody pod kilem i pomyślnych wiatrów.{jathumbnail off}
Inne
Stare Żaglowce uczą kochać morze
07 lipca 2009 |
