
Aleksandra Kozłowska: Co o tym sądzisz: z jednej strony Komitet ds. Światowego Dziedzictwa Kulturowego w Polsce nie ma wątpliwości, że "Stocznia Gdańska to nie tylko miejsce pracy i teren dla potencjalnych nowych inwestycji, lecz przede wszystkim dziedzictwo o wyjątkowej wartości w skali świata", z drugiej prezydent Adamowicz, który wpis stoczni na listę UNESCO widzi głównie przez pryzmat wielkich kosztów.
Grzegorz Klaman*: Byłoby niedobrze, gdyby to okazało się typowe dla tego miasta - przez całe lata nie dostrzegać swoich kluczowych terenów, skarbów, których nikt inny nie ma. Mówię tu o Wyspie Spichrzów, a przede wszystkim właśnie stoczni. Oby - mam nadzieję - dla prezydenta stocznia nie oznaczała głównie problemów: politycznych, finansowych, i nic po za tym. Stocznia ani razu nie została ujęta w planach rewitalizacji. Szkoda, że dopiero, gdy przyjedzie tu ktoś ze świata albo chociaż z głębi Polski, jak ci panowie z Komitetu ds. Dziedzictwa, i zachwyci się tą przestrzenią, zauważy jej niesamowity potencjał - wtedy dopiero nasze władze się aktywizują.
Całe lata niestety zostały zmarnowane przez kompletny brak zainteresowania stocznią. A tymczasem każdy, dosłownie każdy, kto zjawia się tu z zewnątrz, przeciera oczy: w centrum miasta macie tak niesamowity industrialny teren, fantastycznie zachowaną Stocznię Cesarską...
Mówisz o braku zainteresowania, a prezydent przecież walczy o budowę Europejskiego Centrum Solidarności.
- Owszem, ale to wszystko trochę za mało; no może jeszcze Droga do Wolności. Nie widzi się jednak całości - że stocznia otwiera nas na wodę, że każde inne miasto na naszym miejscu, tak jak to zrobił Londyn, Rotterdam czy Hamburg, wykorzystałoby ten water front. Ale Gdańsk po prostu nie stawia na nowatorstwo, na architektoniczny eksperyment. Widać to choćby w Głównym Mieście, gdzie wciąż powstają stylizacje - budynki udające kamieniczki. Wystarczy porównać nasz Hilton z wrocławskim - tam mamy oszałamiający, śmiały pomysł, u nas jak zwykle zlepek kamieniczek. Nie mówię, że odbudowa starówki to coś złego - były wobec tego miejsca pomysły tak brutalne jak komunistyczne bloki, ale nie można wciąż trzymać się jednego, dziś już archaicznego pomysłu. Na dodatek, w naszym wydaniu nieoryginalnego.
No właśnie. A Stocznia Gdańska, jak też podkreślają to w swoim raporcie członkowie Komitetu ds. Dziedzictwa Kulturowego, to teren w pełni autentyczny, z zachowanymi XIX-wiecznymi halami Stoczni Cesarskiej, brukiem, torami.
- Dokładnie. Dlatego uważam, że wpis na listę UNESCO tylko pomoże stoczni, nie zrobi z niej skansenu. Stocznia Cesarska, unikat na skalę europejską, będąc zabytkiem, nie stanie się kulą u nogi. Ale trzeba zaprosić tam dobrych architektów, a nie brakuje ich nawet na naszej Politechnice, żeby zrobili z tych hal lofty, sklepy, galerie, knajpki. Wtedy to miejsce będzie żyło.
Większy problem stanowi Nowa Wałowa, według członków Komitetu przygotowany projekt "spowoduje całkowite przestrzenne i funkcjonalne rozcięcie terenu, co stoi w sprzeczności z warunkiem integralności, który musi spełniać miejsce Światowego Dziedzictwa".
- Zgadzam się z tym, niestety. W takim kształcie, biegnąc na półtorametrowej wysokości nasypie, Nowa Wałowa to przykład bardzo brutalnej interwencji w ten teren. Sala BHP poniżej ulicy? Czy ktoś to sobie w ogóle wyobraża? Ale przecież można było to wcześniej zauważyć. Wyspa kilka razy organizowała warsztaty na temat Młodego Miasta z udziałem architektów, projektantów. Za każdym razem zapraszaliśmy przedstawicieli miasta i prezydenta. Zbyt eksponuje się kwestie kosztów i innych problemów. A ze stadionem na Euro albo autostradą nie ma problemów? Tu prawdziwym problemem jest chyba brak konkretnej wizji ze strony Gdańska. A skoro mowa o pieniądzach - trzeba być ślepym, żeby nie dostrzec turystycznego potencjału stoczni. Bo co tak naprawdę wybierze turysta: odbudowane kamieniczki czy oryginalną Stocznię Gdańską, miejsce, gdzie rodziła się historia?
* Grzegorz Klaman - rzeźbiarz, twórca instalacji, często działa w przestrzeni publicznej. Jest profesorem gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych, na postoczniowym terenie (Młode Miasto) razem z Anetą Szyłak prowadzi Instytut Sztuki Wyspa
Aleksandra Kozłowska{jathumbnail off}
