
- W związku z decyzją o sprzedaży Stoczni Gdynia musimy do końca maja zabezpieczyć dokumenty, które mają ogromną wartość historyczną - tłumaczy Piotr Wierzbicki, dyrektor gdańskiego Archiwum Państwowego. - Z tego powodu rzuciłem wszystkie ręce na "gdyński pokład".
Wśród pierwszych pracowników gdyńskiej stoczni byli m.in. repatrianci z Kresów Wschodnich, którzy mają prawo występować z roszczeniami o prześladowania w czasie wojny. W ich teczkach mogą znajdować się dokumenty uzasadniające owe roszczenia. - Czeka nas potężna kwerenda - wzdycha dyr. Wierzbicki.
Równocześnie, choć już nieco spokojniej, toczy się praca nad archiwami Stoczni Gdańsk. Pierwsze materiały z kolebki Solidarności trafiły do archiwum pod koniec lat osiemdziesiątych ub. wieku.
- Zasoby archiwalne liczymy w metrach bieżących półek, na których składamy materiały - tłumaczy Joanna Obin, kierująca oddziałem opracowania akt wytworzonych po 1945 r. - Pozyskane przez nas do tej pory z gdańskiej stoczni dokumenty zajmują ok. 45 metrów. Szczególnie cenne są tysiące fotografii, dokumentujących m.in. zniszczenia stoczni po 1945 r., a także uwieczniających wodowania jednostek, wizyty zagranicznych delegacji, codzienną pracę. Dysponujemy zdjęciami ze strajków i momentu podpisania Porozumień Sierpniowych, mamy też album z przedwojennymi fotografiami Stoczni Gdańsk.
Z jednej strony trwa walka o uratowanie dokumentów, z drugiej pojawia się pytanie, gdzie je umieścić. Archiwiści przewidują, że stoczniowe materiały zajmą nie metry, ale kilometry półek.
- Wszystkie nasze zasoby zajmują ponad 12 km bieżących - mówi dyr. Wierzbicki. - Zapadła wprawdzie decyzja o rozbudowie od tego roku naszej siedziby, ale ze względu na oszczędności wymuszone przez kryzys projekt zamrożono. Na półkach pozostało miejsce na połowę stoczniowych archiwaliów.
Dorota Abramowicz{jathumbnail off}
