Liderzy "Solidarności" Stoczni Gdańsk zapowiedzieli, że zakłócą uroczystości 4 czerwca - 20. rocznicy pierwszych demokratycznych wyborów w tzw. obozie państw socjalistycznych. Słowem, powód do dumy Polacy mają. Do Gdańska zaproszono zagranicznych gości: premierów, ministrów, setki dziennikarzy. Godzi się podnosić rękę na takie święto? Nie bardzo, ale jeśli są chętni, czemu nie? Wszak mamy wolny kraj. Nie każdemu musi się podobać Polska, która z tamtego przełomu politycznego wyrosła. Jeśli premier Tusk rzeczywiście odwoła z tego powodu uroczystości w Gdańsku - okaże słabość (w czwartek premier ma oficjalnie poinformować, że przenosi uroczystości do Krakowa). Pozwoli, by krzykliwa mniejszość dyktowała warunki. Tak wiem, jest obawa, że dojdzie do bijatyki. Że stoczniowcy z łomami i petardami pójdą na oddziały policji (albo odwrotnie). I że spełni się w ten sposób wizja Jarosława Kaczyńskiego: lider PiS ze swoimi kolegami stoi tam, gdzie stała pierwsza "Solidarność", a cała reszta tam, gdzie stało ZOMO. Rzecz w tym, że to głupie i nieuprawnione porównanie. Może ktoś wreszcie odważy się powiedzieć, że coś jest nie tak. Że dziś bycie liderem "S" Stoczni Gdańsk nie ma nic wspólnego ze szlachetnym buntem sierpnia 1980 r. i cierpieniami stanu wojennego. Rządzi nowe pokolenie działaczy, którzy prowadzą dobrze prosperujący interes. Wysokie pensje, przywileje, zagraniczne wycieczki, służbowe samochody. Bardziej niż ktokolwiek przypominają dziś cwaniaków z zakładowej PZPR, których w 1980 r. robotnicy gotowi byli wozić na taczkach. Lider stoczniowej "S" Roman Gałęzewski całkiem niedawno był przewodniczącym Rady Nadzorczej gdańskiej stoczni. Prezesem zakładu był zaś działacz PiS Andrzej Jaworski, który - jak się okazuje - tylko w roku 2008 wziął za swoje usługi kwotę 333 tys. zł brutto. Ci ludzie mogli być zbawcami stoczni, ale jakoś nie dali rady - i to w czasach, gdy rządził PiS. Zarzuty, że za problemy ekonomiczne zakładu odpowiada rząd Tuska, są szczytem cynizmu. Reszta to już czysta socjotechnika. Gałęzewski wysyła ubranych w niebieskie stroje i kaski bojówkarzy, którzy za swój "spontaniczny sprzeciw" są opłacani ze związkowych pieniędzy. Na ich czele idzie zastępca Gałęzewskiego, Karol Guzikiewicz - niczym wcielenie sejmikowych pieniaczy z XVIII w. Może powinien występować w kontuszu?
Ale to tylko jedna strona medalu. Dlaczego tak trudno pokazać prawdę o Stoczni Gdańsk? Bo ci zaprzyjaźnieni z dostatnim życiem i poczuciem władzy związkowcy, choć jadą na plecach robotników, dają im przynajmniej szczątkowe poczucie bezpieczeństwa. Żaden rząd przez dwadzieścia lat wolnej Polski niczego lepszego nie zaproponował. Bo i pewno nie ma nic lepszego do zaproponowania. Niech więc nikogo nie dziwi, że ten teatr trwa.
Felieton Romana Daszczyńskiego{jathumbnail off}
Inne
Na związkowcu czapka gore
07 maja 2009 |
