Inne

Druga część wspomnień Ieneusza Karaśkiewicza, który w roku 1991, jako jeden z pierwszych Polaków brał udział regatach Sydney-Hobart. Kolejny odcinek opublikujemy 24 grudnia br., a ostatni przypadnie 26 grudnia br., gdy jachty ponownie wyruszą w morderczy wyścig.

Bardzo trudno jest mi oddać słowami ogrom szczęścia, jaki odczułem po otrzymaniu wiadomości, że popłynę do Hobart. Była to z pewnością jedna z najszczęśliwszych chwil w moim życiu. Wpadłem w ekstazę i przez następne 24 godziny chodziłem z głową w chmurach - rozmarzony i niezbyt przytomny.

Czytaj także:

W przededniu Sydney-Hobart 2018 - wspomnienia polskiego uczestnika cz. 1

Następnego dnia, w pierwszy dzień  Bożego Narodzenia, zadzwoniłem do Petera. Po wzajemnym złożeniu sobie życzeń, spisał moje dane, wymagane do zarejestrowania u organizatorów regat, tj.: imię, nazwisko, wagę, adres, telefon osoby do poinformowania w razie mojego zatonięcia i tym podobne duperele. Umówiliśmy się na następny dzień - dzień startu do regat - w CYC o godz. 9.

Resztę dnia spędziłem na przygotowaniach, głównie pakowaniu rzeczy, które zamierzałem zabrać do Hobart. Sądząc, że na całym południowym Pacyfiku jest równie gorąco jak w Sydney, zapakowałem jedynie bardzo lekką odzież. Za ten brak doświadczenia przyszło mi później zapłacić swoją cenę.

Zauważyłem, że wszyscy, którym tylko nadmieniłem, że płynę do Hobart, okazywali mi nieukrywany szacunek, szczególnie Australijczycy. Dziwiło mnie to trochę, bo owszem, regaty mają swoją markę, ale co roku startuje w nich ok. 500-700 uczestników, a ja raptem jestem jednym z nich, na pewno nie najważniejszym, a bardzo prawdopodobne, że jednym z najmniej ważnych. Skąd ten nadmiar podziwu i szacunku? Gdybym nie był tak rozanielony, musiałoby mnie to zastanowić. Ale jak już wspomniałem, nadmiar szczęścia sparaliżował mój mózg.

Nie wiedziałem, bo i skąd, że regaty te ukończy znacznie mniej jachtów, niż w nich wystartuje. I muszą być ku temu jakieś istotne powody. Wydawało mi się w mojej naiwności, że regaty Sydney-Hobart będą czymś w rodzaju zawodów klubowych, w których uczestniczyłem kilka dni wcześniej. No, może troszeczkę trudniejsze, bo wiadomo, cały czas na oceanie, ale w sumie i tak będzie to coś w stylu niedzielnego spacerku, dla mnie,  odświętnego. Póki co, naprawdę nic nie było w stanie zakłócić mojego szczęścia i błogiej nieświadomości tego, co mnie czeka.

Drugi dzień świąt był bardzo gorący - temperatura ok. 35 stopni C, z błękitnym niebem bez żadnej chmurki. Ok. 8 rano zarzuciłem torbę na ramię i udałem się do CYC. Był tam już ogromny tłum ludzi; uczestników regat i żegnających ich rodzin i znajomych, mrowie dziennikarzy, kamer, nagich ciał modelek pozujących do zdjęć reklamowych z faworytami regat, różnej maści sprzedawców, gapiów, itp. Na podium grała orkiestra jazzowa.

Po odszukaniu Petera, udaliśmy się szalupą na jacht, który był zacumowany prrzy boi. Następnych kilka godzin spędziliśmy na rozlokowaniu prowiantu, drobnych naprawach i ogólnym przygotowaniu do regat. Około południa, po ukończeniu wszystkich prac, zeszliśmy na dół do kajuty, by odmówić modlitwę. Prowadził ję Peter - skiper jachtu. Następnie postawiliśmy żagle, odcumowaliśmy od boi i wzięliśmy kurs na pozycję startową do regat, która usytuowana była na środku Zatoki Sydnejskiej.

Podział funkcji na jachcie był następujący: Peter - skiper i sternik, Paul - nawigator, Noel Beer i ja - sternicy, Noel Dauar, A i B - załoganci. Sternicy mieli zmieniać się co 4 godziny, także np.: ja miałem stać za sterem 4 godziny, a następne 8 odpoczywać lub wykonywać jakieś inne prace. Od czasu do czasu za sterem miał stawać również Paul - nawigator. Było nas więc 7 członków załogi, z czego jedynie Paul uczestniczył już kiedyś w tych regatach, Peter miał wiele lat doświadczenia w żeglarstwie przybrzeżnym, Noel Beer - kilka lat również w żeglarstwie przybrzeżnym, pozostali - bez doświadczenia oceanicznego, jedynie na małych łódkach lub tak jak załoganci A i B - wcale.

W regatach miało wziąć udział ok. 100 jachtów. Tylko 5 z nich miało naprawdę się liczyć w walce o zwycięstwo. Były to bardzo drogie maszyny regatowe, fundowane przez superbogatych sponsorów, specjalnie budowane na te wyścigi, posiadające załogi złożone z samych zawodowców, przygotowujących się przez wiele miesięcy - 24 godziny na dobę - specjalnie do tych regat. Następne 20 jachtów, to były również bardzo dobre i drogie łódki, z mieszanymi zawodowo-amatorskimi załogami. Pozostała grupa to sami amatorzy, którzy w czasie regat, co prawda walczą o jak najlepsze miejsce, ale jako, że nie mają szans na zwycięstwo, ważniejsze dla nich jest samo uczestnictwo i ukończenie regat.

Catriona McDonald należała do trzeciej grupy. Była drugim, co do “starości” jachtem,  uczestniczącym w tych regatach i jednym z dwóch drewnianych. Naszym celem było dopłynięcie do Hobart całym i zdrowym oraz zajęcie możliwie jak najlepszego miejsca.

Zatoka Sydnejska, w czasie startu do regat zatłoczona jest wszystkim, co tylko jest w stanie utrzymać się na wodzie - począwszy od jachtów i motorówek bardzo bogatych ludzi, pełne pięknych i prawie nagich kobiet, gdzie trwa zabawa i co chwila strzelają korki od szampana, a skończywszy na malutkich żaglówkach mieczowych i wiosłówkach zwykłych ludzi. W powietrzu krążyło wiele helikopterów stacji TV prowadzących bezpośrednią transmisję z regat, a brzegi zatoki wypełnione były tłumem ludzi.

Punktualnie o g. 13.00 wystartowaliśmy. Wiał północny wiatr z siłą 3-4 stopni w skali Beauforta. Początkowo płynęliśmy na północny-wschód, do wyjścia z Zatoki Sydnejskiej, a potem zrobiliśmy zwrot i pożeglowaliśmy na południe, w kierunku Hobart.

Warunki żeglowe mieliśmy wprost idealne - pełny wiatr z umiarkowaną siłą. Na tym kursie z  wiatrem (tj. pełnym) Catriona zachowywała się całkiem znośnie. Ze względu na ogrom powierzchni żagla, mogła osiągnąć prędkość podobną do znacznie lżejszych, ale również z mniejszą powierzchnią żagla, jachtów plastykowych. Umożliwiło nam to trzymanie się przez pewien czas w głównej grupie jachtów. Po ok. godzinie grupa ta zaczęła topnieć - co chwilę jakiś jacht odjeżdżał w bok lub nas po prostu wyprzedzał. Peter postawił mnie za sterem, sam zajął się żaglami, a reszcie załogi polecił udać się na spoczynek. Wkrótce wszyscy, z wyjątkiem nas dwóch, pozasypiali.

Peter postawił wszystkie możliwe żagle, jakie Catriona mogła tylko unieść. Wiatr nieco się wzmógł i nasz jacht sunął naprawdę doskonale. Osiągnął prędkość ok. 11 węzłów. Staruszka płynęła - zdawałoby się - jak motorówka.

Późnym popołudniem, ok. g. 16.00, zaczęliśmy doganiać jeden z jachtów, który wcześniej nas wyprzedził. Wiatr wiał teraz z siłą ok. 5 stopni w skali Beauforta, ciągle z kierunku północnego. Dystans dzielący nas od tego jachtu kurczył się dosłownie w oczach. Udzielił mi się duch walki - chciałem go dogonić za wszelką cenę i jednocześnie pokazać Peterowi, na co mnie stać. Po ok. godzinie w końcu mi się to udało i wyprzedziłem ten jacht. Obudzona przez Petera reszta załogi zgotowała mi prawdziwą owację. Następnie wykonano mi zdjęcie na tle naszego pierwszego “skalpu” - zostawionego za rufę jachtu. Pierwszego i... ostatniego.

Niepostrzeżenie dla samego siebie, zacząłem rosnąć we własnych oczach. Poczułem smak triumfu. Sama jego sceneria - przepiękny dzień, niebieskie niebo bez najmniejszego śladu chmurki, temperatura powietrza zbliżona do temperatury ciała (ok. 35 C), błękitny, lekko pofalowany ocean, przepiękny jacht, na tym jachcie ja, za jego sterem i zwyciężający – co prawda w drobnej potyczce, ale zawsze - w czołowych regatach świata. O czymże więcej mogłem wówczas marzyć? To mogło przyprawić o zawrót głowy.

Poczułem się swego rodzaju bohaterem - co prawda małym i bardzo lokalnym, ale nawet takim przyjemnie jest być! A przecież zabawa dopiero się zaczęła i wszystko jeszcze miało być przed nami. Myślałem wtedy “Boże, jak to wszystko łatwo przychodzi. Żadnego wysiłku, aż niewiarygodne”. Zaczęła się we mnie utrwalać myśl, że wszystko, co mnie spotyka i ma jeszcze spotkać wynika z jakiejś mojej osobistej, nazwijmy to, “wielkości”. Bylem w euforii i czułem się jak półbóg.

Nie minęło jednak kilkanaście godzin, a te miraże zniknęły bezpowrotnie i ponownie przekonałem się, że za wszystko w życiu trzeba płacić. Chwile dzieliły mnie od próby, w której to ocean miał doprowadzić mnie do ostatecznej bariery wytrzymałości fizycznej i psychicznej, przy której to barierze obojętnieje się na śmierć i oczekuje się jej, jako opcji wcale nie tak strasznej. Może nawet po cichu, gorąco się jej pragnie, jako kresu męki.

O zmroku Peter zmienił mnie za sterem i polecił mi udać się na spoczynek, samemu zostając z dwoma załogantami na pokładzie na noc. Poszedłem spać do forpiku (przedziału dziobowego), który jednocześnie służył za magazynek żeglarski, jako że miał luk w pokładzie w okolicach masztu głównego i bardzo wygodnie było wrzucać do niego żagle wprost z pokładu. Ułożywszy się miedzy żaglami, rozmarzony, zasnąłem ok. g. 23.00.

Tymczasem Catriona na pełnym północnym wietrze, pod pełnymi żaglami, całą mocą pruła w ciemnościach prosto w kierunku paszczy potwora – Cieśniny Bassa.

Ireneusz Karaśkiewicz

Fot.: Archiwum prywatne Autora

Cdn.

Na zdjęciu poniżej: Za sterem - trzeciego dnia.

1 1 1