Inne

Regaty Sydney–Hobart to jeden z najbardziej znanych i najtrudniejszych wyścigów żeglarskich. Start odbywa się w Sydney, 26 grudnia, drugiego dnia świąt, natomiast meta jest w Hobart na Tasmanii. Żeglarze mają do pokonania 630 mil morskich (1167 km). Tak będzie i tym razem...

Wyścig inauguracyjny odbył się w 1945 roku; od tamtej pory regaty rozrastały się, by stać się jednym z trzech najważniejszych wyścigów oceanicznych, na który ściągają jednostki ze wszystkich zakątków globu.

Cieśnina Bassa i wody południowego Pacyfiku znane są ze sztormowych wiatrów i wielkich fal, co czyni ten akwen bardzo trudnym nawigacyjnie. Pomimo, że rozgrywane są w środku australijskiego lata, sztormy często czynią regaty Sydney–Hobart bardzo wymagającymi dla załóg. Często zdarza się także, że znaczna liczba jachtów wycofuje się z regat.

Najtragiczniejszą kartą w ich historii był rok 1998, kiedy to układ bardzo niskiego ciśnienia, który utworzył się nad południowo–wschodnią Australią nałożył się na przeciwne prądy morskie. Zimne powietrze znad Antarktydy spotkało się z gorącym frontem wdzierającym się Cieśniną Bassa na Morze Tasmana. Zaowocowało to bardzo silnym sztormem z wiatrem wiejącym w porywach do 70 węzłów (130 km/h) oraz kilkunastometrowymi, prawie pionowymi falami. Spośród 115 startujących wtedy jachtów wycofało się 66, a pięć zatonęło. Jednostki wojskowe podjęły 50 rozbitków, 6 osób zginęło.

W roku 1991, jednym z pierwszych Polaków, który wziął w nich udział był Ireneusz Karaśkiewicz, wówczas świeżo przybyły do Australii emigrant z Polski. Swoje przeżycia przelał wówczas na papier i zgodził się je teraz opublikować. Tę historię prześledzimy w 4 odcinkach. Ostatni przypadnie 26 grudnia br., gdy jachty ponownie wyruszą w morderczy wyścig.

Red.

...

Cofnijmy się do roku 1991...

Wszystko zaczęło się dosyć przypadkowo. Na początku grudnia skończyłem właśnie kurs języka angielskiego i rozpocząłem długie, dwumiesięczne wakacje. O pracy w ogóle jeszcze w owym czasie nie myślałem z powodów: po pierwsze - jej braku, a po drugie - mojej słabej jeszcze wówczas znajomości języka angielskiego. Jedyne, co mi przychodziło do głowy to “gdzieś się wyrwać”, obojętnie gdzie, najlepiej gdziekolwiek.

Jednym z pomysłów było zaangażowanie się, jako tzw. “deckhand”, (tj. chłopiec pokładowy) na niedzielne pływania na jachcie. W Australii jest to dosyć popularny sposób żeglowania dla tych, niemających żaglówki. Dodać muszę, że żeglarstwo w Australii jest całkowicie sprywatyzowane, tzn. żeglują tylko ci, których stać na posiadanie jachtu. Pozostali mogą tylko liczyć na litość tych pierwszych - jeżeli oczywiście chcą pływać.

W praktyce realizacja mojego pomysłu wyglądała następująco; napisałem krótki list opisujący, kim jestem, moje doświadczenie żeglarskie z Polski (10 sezonów żeglarskich, w tym 7 jako instruktor żeglarski plus kilka wojaży po Bałtyku), wyraziłem gorące pragnienie żeglowania i podałem swój numer telefonu. Następnie, zrobiłem 20 odbitek tego listu i wysłałem je do 20 największych klubów żeglarskich w Sydney. Byłem absolutnie pewien, że od następnego dnia telefony z ofertami będą się urywały.

Niestety, ani tego dnia, ani przez następnych pięć, nikt nie zadzwonił. Po tygodniu oczekiwania na telefon zacząłem tracić nadzieję, że cokolwiek z tego będzie, a po dwóch zapomniałem w ogóle o całej akcji i zacząłem obmyślać plan jakby tu inaczej spędzić wakacje. Pod koniec jednak trzeciego tygodnia - pamiętam, było to w środę wieczorem - właściciel pensjonatu, w którym wówczas mieszkałem powiedział mi, że pod moją nieobecność w ciągu dnia dzwonił ktoś do mnie w sprawie żeglowania. Początkowo zignorowałem tę wiadomość, ale następnego dnia, ten ktoś znowu zadzwonił. Tym razem w mojej obecności.

Na imię miał Peter Lhuede i był właścicielem jachtu Catriona McDonald. Dalsza rozmowa wyglądała następująco: - Czy w dalszym ciągu chcesz żeglować? - Tak, chcę. - Potrzebuję członka załogi na regaty klubowe jutro rano. - Jestem gotów. - Start do regat odbędzie się w południe, ale zbiórka załogi odbędzie się już o 9 rano. - Ok. - W czasie regat wyjdziemy na ocean, planowane ich zakończenie - we wczesnych godzinach porannych, w sobotę. - Perfect. - Jacht zacumowany jest w CYC (Cruising Yacht Club) w Double Bay. - Ok. - No to, do jutra. - Do jutra.

Następnego dnia tj. w piątek rano udałem się pod wskazany adres. Bez trudu odnalazłem jacht. Był to drewniany dwumasztowy jol koloru białego, długości 44 stóp, dosyć stary (rok budowy - 1956). Miał bardzo ładną sylwetkę, w stylu jachtów z końca  XIX stulecia i w ogóle prezentował się bardzo okazale. Stał przycumowany prawą burtą do pomostu.

Zapukałem nieśmiało w pokład. Z luku magazynka żeglarskiego wyłoniła się zarośnięta i kudłata głowa kogoś, kto zdawało się, tylko w dużym przybliżeniu przypomina homo sapiens. Przedstawił się - nazywa się Noel Green (później - na skutek jego zamiłowania do picia piwa nazwaliśmy go Noel Beer) i jest sternikiem na tym jachcie. Poza tym, był na potwornym kacu i oddech miał taki, że lepiej nie podchodź. Po chwili zjawiła się reszta załogi. Byli to: Peter Lhuede - skipper i właściciel jachtu, Paul O’Connell - nawigator (ogromny grubas z brodą), Noel Dauar - załogant i jeszcze trzech chłopaków, których imion już dzisiaj nie pamiętam. Nazwijmy ich załoganci A, B i C.

Po krótkim przedstawieniu się, Peter porozdzielał nas do różnych prac. Po upływie ok. 1,5 godziny odbiliśmy od pomostu i zmierzaliśmy ku linii startu, która usytuowana była na środku Zatoki Sydnejskiej. Peter postawił mnie za sterem. Zwróciłem uwagę na to, że bardzo uważnie przygląda się się wszystkiemu, co robię i jak się zachowuję. “Pewnie gej" - pomyślałem.

Nie wiedziałem jeszcze wtedy kilku rzeczy. Po pierwsze, że te klubowe regaty, na które Peter mnie zaprosił, były tylko dla jachtów startujących w regatach Sydney-Hobart i stanowiły swoistą próbę generalną przed prawdziwym wyścigiem, który miał rozpocząć się za kilka dni. Po drugie, że Catriona McDonald popłynie do Hobart. No i wreszcie po trzecie, że Peter chciał wymienić jednego z członków załogi - chłopaka, który dostawał bardzo silnej choroby morskiej już przy lekkim kiwaniu jachtu i w związku z tym był zupełnie nieprzydatny na pokładzie. A poza tym, Peterowi brakowało jednego więcej sternika do kompletu. Stojąc za sterem i mylnie posądzając Petera o skłonności homoseksualne, nie przeczuwałem, że jestem po prostu testowany ze swoich umiejętności żeglarskich.

Regaty Sydney-Hobart są najważniejszym w Australii i jednym z trzech najważniejszych na świecie wyścigów żeglarskich (inne to: Admiral’s Cup i America’s Cup). Zjeżdża się na nie prawie cała śmietanka światowego żeglarstwa i dokładnie cała australijska. Trasa Sydney-Hobart jest co prawda krótka - 1040 km w linii prostej - ale jej znaczenie, polega na czym innym. Wiedzie ona przez Bass Strait - cieśninę położną pomiędzy Tasmanią i Australią. To prawdziwe piekło lub co najmniej jego przedsionek. Cieśnina ta jest jednym z najbardziej burzliwych rejonów wodnych świata. Taka dysza między dwoma blisko położonymi lądami, na drodze silnego strumienia powietrza. Panuje tam prawie cały czas sztorm z silnym lub bardzo silnym wiatrem i towarzyszącymi wysokimi falami. Deszcz pada prawie nieustannie, z bardzo krótkimi przerwami. Mapa tego rejonu gęsto poznaczona jest wrakami zatopionych żaglowców i statków. Wyprawa w to miejsce małą żaglówką jest prawdziwą próbą sprzętu i ludzi.

Stojąc za sterem poczyniłem pierwsze spostrzeżenia na temat jachtu. Otóż mimo że piękny, stylowy i doskonale chodzący na pełnym wietrze, posiadał jednak również istotne wady. Po pierwsze, samo to,  że był z drewna świadczyło o tym, że był przynajmniej 2-3 razy cięższy od plastikowych jachtów tej samej wielkości, co od razu dramatycznie odbijało się na szybkości - wyprzedzali nas z łatwością prawie wszyscy. Po drugie, złącze pokładu z nadbudówką i sam pokład był nieszczelny - kiedy go fala zalewała, woda szczelinami przedostawała się do środka kadłuba. W czasie jednodobowych regat, wada ta była nieistotna. Miała jednak potencjał koszmaru. Mając doświadczenie z drewnianych jachtów na lodowatym Bałtyku, coś o tym wiedziałem. I po trzecie wreszci, jacht bardzo “tępo” chodził do wiatru.

Parę słów objaśnienia mojego żargonu żeglarskiego, którym będę posługiwał się w czasie dalszego opisu. Pierwsze z wyrażeń to - “tępe” i “ostre” chodzenie do wiatru. Żeglując pod wiatr, jacht nie płynie bezpośrednio pod wiatr, ale pod pewnym do niego kątem. Im lepszy jacht - tzn. kształt żagli i kształt podwodnej części kadłuba - tym jacht ostrzejszy kąt może osiągnąć między swoim kursem i kierunkiem wiatru. Czyli, jacht chodzi “ostrzej” do wiatru. Inne wyrażenie to - jacht płynący na “pełnym” wietrze. Oznacza to jacht, mający kurs równoległy do kierunku wiatru, który wieje dokładnie w rufę.

Same regaty pozostały właściwie bez historii. Dzień był słoneczny, było bardzo gorąco i wiała lekka bryza. Wystartowaliśmy w kierunku wschodnim, potem wyjście na ocean i żegluga na południowy-wschód w kierunku boi, którą osiągnęliśmy tuż przed zmrokiem, zwrot i powrót do portu. Zacumowaliśmy na boi nieopodal CYC ok. czwartej nad ranem. Większość czasu podczas regat spędziłem za sterem. Zajęliśmy, już nie pamiętam, które miejsce, zresztą, to nieistotne. Na zakończenie tych regat Peter zaprosił mnie na niedzielne relaksowe żeglowanie po Zatoce Sydnejskiej, a następnie odwiózł szalupą na brzeg.

W czasie niedzielnego pływania, Peter po raz pierwszy nadmienił, że płynie do Hobart. Dodał również, że ma już skompletowaną załogę, ale może zaistnieć sytuacja, w której jednego członka załogi będzie musiał wymienić. Czy w związku z tym byłbym gotów z nim popłynąć? Byłem tak zszokowany, że ledwo wydukałem: “Taaak”. Peter zobowiązał się poinformować mnie o swojej decyzji najpóźniej w wieczór wigilijny Bożego Narodzenia (start do regat odbywa się w drugi dzień świąt – Boxing Day).

Po pływaniu udaliśmy się całą załogą na piwo do klubu jachtowego, gdzie chłopcy - przy braku jakiegokolwiek sprzeciwu z mojej strony - upili mnie do nieprzytomności (straciłem film). Pamiętam jedynie, że obudziłem się o trzeciej nad ranem na stacji metra, ok. 50 km od dzielnicy, w której mieszkałem, bez grosza przy duszy. Pierwszą poranną kolejką wróciłem na gapę do mojego pensjonatu. Pamiętając o tym, że Peter obiecał powiadomić mnie w Wigilię Bożego Narodzenia o swojej decyzji, postanowiłem nie robić sobie żadnych złudzeń i w ogóle jak najszybciej o wszystkim zapomnieć. No i wyleczyć się z kaca.

Na Wigilię zaproszony byłem do znajomych. Umówiłem się więc ze swoim kolegą z pensjonatu, w którym razem mieszkaliśmy, że w razie, gdyby ktoś do mnie dzwonił, odebrał wiadomość i przekazał mi ją telefonicznie na numer moich znajomych. Oczywiście, całą siłą woli starałem się  “nie robić sobie żadnych złudzeń”.

Wigilię wspominam bardzo ciepło, zresztą tak właśnie było - ok. 35 stopni C (jak zwykle w Sydney o tej porze roku). Zaproszony byłem do moich przyjaciół Eli i Freda Krzywickich. Była tam również Eli mama, jakaś dziewczyna - studentka, jeszcze jedna Eli koleżanka, no i ja. Było bardzo “staropolsko”. Po kolacji słuchaliśmy polskich kolęd i było tak błogo, że całkowicie zapomniałem o przeżyciach ostatnich dni. Co jakiś czas Ela wychodziła odebrać telefon - to znajomi Eli i Freda składali im życzenia. W pewnym momencie Ela podeszła do mnie i powiedziała, że ktoś do mnie dzwoni. Jeżeli serce może się zatrzymać na jakiś czas to moje na pewno to zrobiło. Podniosłem słuchawkę. Był to mój kolega. “Going to Hobart” - to wszystko, co powiedział, a ja w tym momencie oszalałem z radości.

Ireneusz Karaśkiewicz

Cdn.

Zdjęcia z archiwum autora.

Poniżej: Trasa regat Sydney-Hobart. Ilustr.: Wikipedia

1 1 1 1