1 sierpnia 1951 roku na pokładzie ORP Żuraw wybuchł bunt, w wyniku którego uprowadzony okręt dopłynął do Ystad w Szwecji – dwunastu marynarzy dostało tam azyl polityczny. Pozostali członkowie załogi, którzy postanowili wrócić do Gdyni, trafili z wieloletnimi wyrokami do krajowych więzień.
„Pod koniec lipca 1951 r. załoga ORP Żuraw otrzymała rozkaz przygotowania wspólnych polsko-radzieckich manewrów morskich, które miały odbyć się w pobliżu Ustki i Kołobrzegu. Marynarze Żurawia mieli między innymi ustawić tarcze strzelnicze, a w razie potrzeby pogłębić tory podejściowe do portów” – napisał Wojciech Sobecki na portalu infomare.pl (2021).
„1 sierpnia 1951 roku około godziny 19. do kabiny, w której odbywało się spotkanie oficerów, weszli marynarze Henryk Barańczak, Wojciech Pierścionek i Jerzy Czarniecki. Wszyscy byli uzbrojeni w broń, którą wcześniej Barańczak ukradł z okrętowego magazynu broni. Marynarze poinformowali oficerów, że okręt zmienia kurs i płynie do Szwecji. Dowódców okrętu zamknięto w mesie. Marynarze mieli ułatwioną sytuację, ponieważ oficerowie nie mieli przy sobie pistoletów. Ich broń znajdowała się w sztabowym magazynie Marynarki Wojennej w Gdyni. Gdyby było inaczej, na statku prawdopodobnie doszłoby do rozlewu krwi” – przypomniał Sobecki.
Przywódcą buntu był starszy marynarz Henryk Barańczak. Z relacji jego brata – Czesława – wynika, że 23-latek, który na ochotnika zgłosił się do służby wojskowej, nie mógł się pogodzić ze stalinowską rzeczywistością w Polsce i polityczną indoktrynacją.
„Podczas jednej z politycznych pogadanek na okręcie zapytał prowadzącego wykład oficera, dlaczego po powrocie do kraju aresztowani zostają żołnierze, którzy służyli w armii gen. Władysława Andersa. Takich pytań nie wolno było wówczas zadawać” – napisał Sobecki.
Bunt na ORP Żuraw przypadł na szczyt stalinizmu w Polsce.
„Trzy pierwsze lata po zakończeniu II wojny światowej to ogólny entuzjazm ludzi, którzy cieszyli się z zakończenia wojny i generalnie chcieli odrobić czas stracony. Młodzi intensywnie uczyli się, zakładali rodziny i prywatne inicjatywy. Kwitł handel, drobna wytwórczość i rzemiosło” – napisał Edward Stępień w artykule „Bunt na ORP Żuraw i procesy jego marynarzy” („Rocznik Kołobrzeski”, 2021).
„W tym czasie komunistyczne władze mając znikome poparcie społeczne tolerowały takie zachowania, a nawet nie stwarzano żadnych przeszkód w praktykach religijnych. Marynarka Wojenna notowała okres intensywnego rozwoju” - przypomniał.
Ówczesny dowódca ORP Żuraw porucznik marynarki Arkadiusz Ignatowicz czas wojny spędził w polskiej marynarce wojennej podporządkowanej Wielkiej Brytanii służąc m.in. na ORP: Kujawiak, Błyskawica i Ślązak. W 1946 r. Do Polski wrócił w 1946 roku - czekała na niego żona i dzieci.
„Przywiózł odznaczenia wojenne: Krzyż Walecznych, Medal Morski z trzema okuciami oraz alianckimi ‘Gwiazdami’ za bitwy o Atlantyk, Włochy Niemcy i Francję. Tak jak i inni oficerowie przedwojennej Marynarki Wojennej chciał służyć dla Polski i nie przypuszczał jak dalej rozwinie się sytuacja” – ocenił Stępień.
A sytuacja rozwijała się fatalnie, także w sferach dalekich od ideologii. Służba wojskowa w marynarce wojennej odradzającej się pod komunistycznymi rządami nie miała nic z romantyzmu za to wiele z sowieckimi realiami.
„Racje żywnościowe były niewystarczające dla młodych mężczyzn, którzy odczuwali niedostatek żywności, a nie mogli go sobie uzupełnić z powodu niskiego żołdu. Na początku 1951 r. było już wiadomo, że służba wojskowa w Marynarce Wojennej zostanie przedłużona do 3 lat, a marynarze byli niepewni, czy zostaną objęci tym nowym obowiązkiem. Nastroje wśród marynarzy były złe” – przypomniał Stępień.
2 sierpnia 1951 r. około godziny 6 rano ORP Żuraw dotarł do portu w Ystad.
„Na pokład okrętu wszedł oficer szwedzkiej policji, cywil oraz mieszkająca w Szwecji Polka, pełniąca rolę tłumaczki. O azyl w Szwecji poprosiło 12 osób z 30 osobowej załogi. Polska komunistyczna dyplomacja długo zabiegała o wydanie zbiegów władzom PRL jako pospolitych przestępców. Na szczęście bezskutecznie. W grupie uciekinierów było 11 marynarzy i 1 podoficer. Żaden z oficerów nie zdecydował się na pozostanie w Szwecji” – napisał Wojciech Sobecki.
Ucieczka Żurawia była porażką dla władz PRL. Po raz pierwszy duży okręt przedarł się na Zachód. ORP Żuraw był jednym z najnowocześniejszych ówczesnych polskich okrętów – zbudowany został w 1938 roku Gdyni jako trałowiec, podczas wojny Niemcy dozbroili okręt i zmienili nazwę na Oxhöft, po wojnie wrócił z Lubeki do Polski i jako Żuraw został przystosowany do wykonywania zadań hydrograficznych, a „załoga wyróżniała się w służbie i była wielokrotnie chwalona przez przełożonych”.
„W 1948 roku Żurawia wizytował marszałek Polski, Michał Rola-Żymierski” – przypomniał Sobecki.
Osiemnastu członków załogi Żurawia z kompletem oficerów, zdecydowała się na powrót do Gdyni. 3 sierpnia ok. godz. 10 okręt przycumował w porcie.
„Na pokład weszli oficerowie Informacji oraz Prokuratury Marynarki Wojennej z szefem kmdr Leonidem Azarkiewiczem. Przez kilkanaście godzin trwały przesłuchania marynarzy i oficerów. Następnego dnia na pokładzie ORP Żuraw toczyła się normalna służba” – napisał Edward Stępień.
„Tymczasem na najwyższych szczeblach władzy toczyła się dyskusja i spory co należy zrobić z marynarzami, którzy powrócili do kraju. Bolesław Bierut i Edward Ochab domagali się wymierzenia surowych kar. Członkowie Komisji Głównego Zarządu Politycznego WP Michał Jekiel i płk Zygmunt Blum postanowili, aby osądzić członków załogi pozostałych w Szwecji oraz oficerów, a pozostałą załogę ukarać dyscyplinarnie. Jeszcze łagodniejsze wnioski sformułował Przedstawiciel Naczelnej Prokuratury Wojskowej Kazimierz Graf, który uważał, że należy zaocznie osądzić jedynie uciekinierów” - dodał.
„Po czterech dniach wszyscy członkowie załogi trafiają do aresztu Okręgowego Zarządu Informacji Marynarki Wojennej. Traktowani są nie jak bohaterowie, którzy nie ulegli kapitalistycznej propagandzie i wybrali powrót do ukochanej ojczyzny, ale jak zdrajcy, którzy dopuścili do porwania okrętu. 15 sierpnia wszyscy zostają przewiezieni do więzienia przy ul. Kurkowej w Gdańsku i tam, jak pospolici kryminaliści, czekają na proces. Proces rozpoczyna się 1 września. W charakterystycznym dla stalinowskiego terroru pokazowym procesie oficerowie sądzeni są w sali gimnastycznej Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni. Sala jest spora i nie została wybrana przypadkowo. Publiczność stanowi bowiem około 300 oficerów Marynarki Wojennej” – napisał Wojciech Sobecki.
„To, co odbywa się w sali gimnastycznej, trudno nawet nazwać procesem. Oskarżeni pozbawieni są prawa do obrony, nie mają prawa składać żadnych wyjaśnień, mogą tylko odpowiadać ‘tak’ lub ‘nie’ na zadawane przez oskarżycieli pytania” – podkreślił.
„Po 16 godzinach procesu zapadają haniebne wyroki. Dowódca okrętu, Arkadiusz Ignatowicz, ‘za oddanie nieprzyjacielowi okrętu bez walki’, zostaje skazany na 15 lat więzienia. Kmdr ppor. Jerzy Iwanow, szef Biura Hydrograficznego Marynarki Wojennej, który również uczestniczył w feralnym rejsie, ‘za tchórzostwo w obliczu nieprzyjaciela’ dostaje wyrok 15 lat pozbawienia wolności. Za to samo, ppor. Zygmunt Bogumił, oficer polityczny na Żurawiu, usłyszał wyrok 12 lat więzienia. Pozostali otrzymują wyroki od 5 do 10 lat. Dwunastu uciekinierów, którzy pozostali w Szwecji, zostaje zaocznie skazanych na karę śmierci” – przypomniał.
Skazani odsiadywali wyroki w więzieniach w Gdańsku i Sztumie, część została przewieziona do obozów pracy na Śląsku, gdzie w ramach „resocjalizacji” pracowali w kopalniach. Wszyscy wyszli na wolność po na mocy amnestii z 1956 roku, ale ich kariery zawodowe były praktycznie przekreślone.
Szykanowani w pracy, pozbawieni możliwości awansu, byli stale inwigilowani, nawet rodziny podlegały represjom. Szczegółowe i wstrząsające informacje o traktowaniu przez komunistyczne władze członków załogi Żurawia - a także ich rodzin - obszernie przypomniał Edward Stępień w przywołanym wyżej artykule.
„O uciekinierach, którzy pozostali w Szwecji, wiadomo niewiele. Ośmiu wyemigrowało do USA i Kanady. Przywódca buntu, Henryk Barańczak, osiadł w Nowym Jorku, gdzie założył niewielką firmę budowlaną, ożenił się z Amerykanką polskiego pochodzenia i doczekał dwójki dzieci” – napisał Wojciech Sobecki.
„Pewnego dnia z żoną zamienili się samochodami. W tym dniu pod jego samochodem wybuchła bomba. Żona wujka doznała sporego uszczerbku na zdrowiu. Od tego czasu ciężko chorowała. Wujek, jak się dowiedział, co się stało, przyszedł do domu, wszystkim się przyjrzał tak, jakby chciał ich dobrze zapamiętać, a potem wyszedł i rodzina już go więcej nie widziała” – opowiadała bratanica Henryka Barańczaka, Aleksandra Halka Zbigniewowi Mareckiemu, autorowi artykułu pt. „Uprowadził okręt i zniszczył życie wielu ludziom” („Nowiny24”, 2017).
„Dlatego nie wiadomo, czy gdzieś umarł pod innym nazwiskiem, czy też komunistyczne służby specjalne go wytropiły i zlikwidowały” – dodała.
„Okoliczności dowodzą, że buntownicy nie zdawali sobie sprawy z wszystkich konsekwencji sowieckiego wymiaru tzw. sprawiedliwości, który stosował barbarzyńską, nieznaną europejskiej kulturze zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Zapewne nie obejmowali swoją świadomością, że władze dopadną ich najbliższych – rodziców i rodzeństwo i będą ich prześladować przez długie lata aresztując i zsyłając bez wyroków do obozów pracy przymusowej oraz ustawicznie inwigilować i obrzydzać codzienne życie” – napisał Edward Stępień.
„Odnotować należy niefrasobliwość, łatwowierność i brak rozeznania marynarzy i oficerów, którzy postanowili powrócić do kraju. Większość w swojej naiwności sądziła, że za uratowanie okrętu przed internowaniem, przyprowadzenie go do macierzystego portu spotkają ich pochwały i nagrody” - dodał.
„Gdyby zdawali sobie sprawę w jakim ustroju żyją i jak sowieci definiują zdradę, a w konsekwencji, że zostaną aresztowani, poddani okrutnemu śledztwu i skazani na wieloletnie więzienie – to zapewne większość podjęłaby inną decyzję i zostaliby w Szwecji” – podkreślił.
„Rozkazem dowódcy Marynarki Wojennej ORP Żuraw został uznany za zhańbiony i pozbawiony nazwy. Okręt otrzymał nową nazwę Kompas i jeszcze przez 20 lat po powrocie ze Szwecji pływał w Polskiej Marynarce Wojennej. Wycofany został ze służby w 1971 roku. W ostatni rejs popłynął na Hel, gdzie został zezłomowany” – napisał Wojciech Sobecki.
„Tak zakończyła się historia niepokornego okrętu, którego część załogi postanowiła uciec z kraju stalinowskiego terroru i rozpocząć nowe życie po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Ci, którzy wrócili i nadal chcieli służyć socjalistycznej ojczyźnie, strzegąc jej suwerenności, zostali skazani na długoletnie wyroki więzienia. Losy jednych i drugich stanowią ważną kartę polskiej historii” - ocenił.
Paweł Tomczyk
