Stocznie, Statki

"Nowiny Gliwickie" wspominają statek Politechnika Śląska. Był to duży masowiec Polskiej Żeglugi Morskiej. Autor, Zbigniew Jura dotarł do bezcennego źródła informacji, jakim okazała się matka chrzestna statku - profesor Łucja Cieślak.

- Już wiele lat upłynęło od początków pani związku z M/S Politechnika Śląska. Jak to się zaczęło?

- Był rok 1973. Rektor Politechniki Śląskiej prof. Jerzy Szuba otrzymał pismo od dyrektora Polskiej Żeglugi Morskiej z wiadomością, że minister żeglugi zatwierdził dla statku o nośności 55 000 DWT, budowanego w stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni nazwę Politechnika Śląska. Dyrektor PŻM wyraził głębokie zadowolenie z tego, że statek będzie nosił imię uczelni, której wkład w rozwój nauki polskiej i przemysłu jest szeroko znany. I tak to się zaczęło.

- Jak pani myśli, dlaczego to właśnie panią wybrano na matką chrzestną?

- Na statkach noszących imię uczelni zwyczajowo była nią kobieta – profesor. W tamtym czasie na politechnice pracowało mało kobiet profesorów. Znaną i bardzo cenioną, pełniącą funkcje prorektora i dziekana wydziału chemicznego była prof. Czesława Troszkiewicz, godna tego niecodziennego zaszczytu. Ale w tym roku przeszła na emeryturę. Właściwie nie wiem, dlaczego spotkał mnie ten zaszczyt. Byłam zupełnie młodym profesorem, bo nominację otrzymałam rok wcześniej. Miałam więc szczęście.

- Podniesienie bandery to druga wielka uroczystość po wodowaniu.

- Wodowanie i chrzest statku odbywa się, gdy jest on w stanie surowym. Przez kilka miesięcy trwają prace wykończeniowe. Po ich zakończeniu odbywa się uroczyste poniesienie bandery, polegające na wciągnięciu na dziobowy maszt, przy dźwiękach hymnu, biało-czerwonej flagi z godłem państwowym. Uroczystości towarzyszą także życzenia „dobrych wiatrów” i szczęśliwych powrotów. Statek jest gotowy do załadowania i rejsu.

- A kontakty matki chrzestnej ze swoim „chrześniakiem”? Była pani przecież daleko bardziej związana ze stałym lądem niż morzem?

- Wcześniej nie miałam zbyt wielu kontaktów z morzem. Tylko wczasy rodzinne. Teraz czekało mnie poznanie marynarskiego życia, bardzo liczne kontakty listowne z załogą, rejs na „chrześniaku”, bez którego statek, jak twierdzą marynarze, nie pływa szczęśliwie. Wszystkie kontakty znalazły się w kronice statku, którą spisałam. Drugą prowadzono na statku.

- Gościła pani na pokładzie M/S Politechnika Śląska w czasie jakiegoś rejsu?

- Na rejs „chrześniakiem” wybrałam się dopiero w 1977 roku. Trwał długo, od stycznia do maja. Wypłynęliśmy z Gdańska Bałtykiem, Morzem Północnym na Atlantyk, dalej opłynęliśmy Afrykę i przez ocean Indyjski i Singapur dopłynęliśmy do Japonii, która była naszym celem. Wyładunek miału węglowego odbywał się w dwóch portach: Fukujamie i Sakaide, gdzie potężne dźwigi-czerpaki przenosiły węgiel na taśmociąg, łączący nabrzeże wprost z hutą, którą wybudowano blisko wybrzeża. Wyglądało to imponująco. Wszystko działało, awarii nie było. Wyładunek trwał 2 tygodnie. W podróży powrotnej braliśmy rudę w porcie Paradip w Indiach. Załadunek odbywał się też taśmociągiem i trwał dwa razy dłużej. Taśmociąg był tylko jeden i ładowano nim tylko duże jednostki. Małe ładował „taśmociąg” żywych ludzi, przeważnie kobiet, które nosiły na głowie płaskie kosze z rudą i wysypywały ją wprost do luków towarowych statków. Było to niesamowite, przerażające. Paradip leżał po wschodniej stronie Indii, stąd po okrążeniu tego kraju płynęliśmy przez Morze Czerwone i Kanał Sueski na Morze Śródziemne i dalej przez Gibraltar, Atlantyk, a potem przebytą wcześniej drogą do Świnoujścia, gdzie zakończyliśmy rejs.

- Jak udało się pani przetrwać trudy ponad trzymiesięcznego rejsu we wszystkich strefach klimatycznych?

- Strefy klimatyczne nie były takie straszne. Najtrudniej było przetrwać dwa sztormy i to nie byle jakie – do 10 stopni w skali Beauforta. Pierwszy przeżyliśmy w pobliżu Zatoki Biskajskiej. Cała załoga chorowała. Statek zmieniał swoje położenie z dużą częstotliwością o blisko 70 stopni. Nie mogliśmy ustać bez trzymania się stałej podpory. Sztorm nieźle dał się nam we znaki, nawet stare wilki morskie miały chwile słabości. Takiego rozszalałego żywiołu nie da się opisać ani sobie wyobrazić. To trzeba przeżyć. Drugi sztorm dopadł nas na Oceanie Indyjskim. Dwa cyklony szły prosto na nasz statek z szybkością około 200 km/godz. Kapitan zmienił kurs, co pozwoliło nam przejść pomiędzy nimi. Kołysanie było duże, ale bez sensacji. Z wyjątkiem „stresu metaloznawcy” znającego zjawiska, które mogą zachodzić w materiale i spoinach podczas oddziaływania takimi dużymi siłami. Nigdy tego nie zapomnę.

- Jak z perspektywy czasu wspomina pani chrzest równikowy?

- Przekraczając równik, każdy musi doświadczyć chrztu równikowego. Jest to dzień radości i zabawy. Godni pożałowania są tylko neofici – ci, którzy nigdy na drugiej półkuli nie byli. Dla nich jest to sprawdzian cech i kwalifikacji marynarskich. Marynarze obmyślają różne, czasem bardzo dziwne zadania, które trzeba spełnić. Na przykład napisać rymowane podanie do Neptuna z prośbą o nadanie ładnego imienia. Moje miało 13 czterowierszy zaś ostatni brzmiał:

Potem imię piękne wybierz,
By z wami pływało.
Wenus do mnie skromnie przymierz,
Będzie pasowało.

Neofita musi iść do fryzjera, lekarzy o różnych specjalnościach, dietetyka, kucharza itp. A każdy z nich wymyśla coś, co wywołuje uśmiech na twarzach obserwujących ceremonię. Mnie rozbito na głowie 20 jaj, następnie na lepkie włosy wysypano poduszkę pierza, co uczyniło fryzurę „na łabędzia”. Paznokcie pomalowane farbą nitro trzeba było ratować 3 tygodnie. Na koniec chrztu należy zjeść niejadalną kanapkę i wznieść toast na cześć Neptuna, króla morza, co bardzo rzadko się udawało. Wieczorem jest przyjęcie dla wszystkich, którzy przeżyli. Jest to piękna tradycja morska, niestety, dziś zaniedbywana.

- Czy zawijaliście na dłużej do portów, w końcu załadunek i wyładunek tak wielkiego statku musiał trwać parę dni?

- W sumie odwiedziliśmy trzy porty, z pobytem przez dwa, trzy tygodnie oraz cztery porty z pobytem na redzie i możliwością przepłynięcia na wybrzeże i do miasta. Odwiedziliśmy więc na dłużej Fukujamę, Sakaidę w Japonii i Paradip w w Indiach, zaś z krótkim pobytem - Kapsztad (RPA), Singapur, Suez i Port Said (Egipt).

- Jaką sytuację związaną ze statkiem M/S Politechnika Śląska wspomina pani najmilej?

- Najmilej wspominam rejs oraz spotkania Klubu Matek Chrzestnych, które kiedyś odbywały się w różnych zakątkach naszego kraju, tam, gdzie były zakłady patronackie statków PŻM.

- Jak zakończyła się kariera statku w Polskiej Żegludze Morskiej?

- W czerwcu 1980 roku rektor Politechniki Śląskiej otrzymał od dyrektora PŻM zawiadomienie o sprzedaży statku. Wiadomość nas zaskoczyła, bo statek krótko pływał, był rentowny, ekonomiczny, oszczędny i bezawaryjny. Tłumaczono nam, że tylko za dobre statki można otrzymać duże pieniądze, potrzebne na uregulowanie rat pożyczki wziętej na rozbudowę gospodarki morskiej. Pojawiły się też opinie, że 55-tysięczniki są za duże dla naszych polskich płytkich portów. 18 czerwca 1980 r. odbyła się smutna uroczystość - opuszczenia bandery na statku M/S Politechnika Śląska, w obecności delegacji uczelni z matką chrzestną i przedstawicielami Polskiej Żeglugi Morskiej. Dyrektor PŻM wyraził uznanie dla długoletniej i wzorowej współpracy patronackiej. Obiecał, że jeden z następnych budowanych statków będzie nosił to imię i sławił w świecie Politechnikę Śląską. Przyrzeczenie nie zostało zrealizowane. 9 lipca 1980 r. statek zakończył swoją służbę pod polską banderą i sprzedano go armatorowi z Hongkongu.

M/S Politechnika Śląska charakterystyka podstawowa:

długość 221,4 m,
szerokość 32,3 m,
zanurzenie 12,4 m,
nośność 54609 ton (DWT),
7 ładowni o łącznej objętości 68000 m3
napęd: silnik Sulzer-HCP 6RND90,
moc 17400 KM,
prędkość maksymalna: 15,8 węzła
Zasięg maksymalny 12000 Mm, zbiornik paliwa 3500 ton, spalanie 4 tony na godzinę
Załoga 48-50 osób

Źródło: "Nowiny Gliwickie" 

1 1 1 1