
Środowa rozprawa była bardzo krótka. Sędzia Robert Studzienny poinformował tylko, że są już opinie o stanie zdrowia około 70 osób poszkodowanych w pożarze. W przypadku siedmiu kolejnych sąd zrezygnował z tych opinii (sześć przebywa za granicą, a adresu jednej nie udało się ustalić). Brakuje wyników badań jednego poszkodowanego. Dwukrotnie otrzymał on wezwania. Nie było odpowiedzi. Sąd chce ustalić dlaczego, stąd decyzja o odwołaniu dwóch rozpraw.
- Do 7 kwietnia, na kiedy zaplanowana jest kolejna, powinniśmy już wiedzieć, dlaczego świadek się nie stawia - mówi sędzia Studzienny. - Jeżeli się nie uda, zrezygnujemy z tej opinii.
Ponowne badanie ponad 80 ofiar pożaru było konieczne z powodu zmiany przepisów. Biegli musieli teraz ustalić, kto "uległ trwałym i istotnym zeszpeceniom". Dotyczy to czterech osób.
Do pożaru doszło 24 listopada 1994 roku, podczas koncertu zespołu Golden Life. W hali znajdowało się około 800 osób. Ogień wybuchł niemal jednocześnie na widowni, gdzie zapaliły się ławki, oraz na drewnianym dachu. Ludzie w popłochu rzucili się do wyjść. Tylko trzy były otwarte. Akcja wyprowadzenia z budynku uczestników imprezy trwała około 20 minut. Temperatura wewnątrz hali sięgała 1000 stopni.
Na miejscu zginęły dwie osoby, a pięć zmarło w szpitalach. Ponad 300 osób zostało poparzonych.
Według biegłych, przyczyną pożaru było podpalenie. Podpalacza nigdy nie udało się odnaleźć. Śledztwo zakończyło się w 1996 roku. Jana S. (komendanta zakładowej straży pożarnej w Stoczni Gdańskiej), Ryszarda G. (pracownika technicznej obsługi produkcji stoczni) oraz Jarosława K. i Tomasza T. (organizatorów koncertu z Agencji Reklamy FM) prokuratura oskarżyła o niedopełnienie obowiązków przy organizacji i zabezpieczeniu imprezy, przez co mieli się przyczynić do tragedii. Grozi im do 8 lat więzienia.
Proces rozpoczął się w 1997 roku. Po dwóch latach został zawieszony z powodu choroby Ryszarda G. Po raz drugi proces się zaczął w 2000 roku. Został przerwany, bo w listopadzie 2001 roku sędziego Wojciecha O. zawieszono, po tym jak spowodował kolizję, będąc pod wpływem alkoholu.
Od blisko siedmiu lat proces prowadzi sędzia Robert Studzienny. - Zależy mi na jak najszybszym finale tej sprawy - deklaruje.
Grzegorz Popławski{jathumbnail off}
