W życiu rzadko, bo rzadko, ale bywają cudowne zbiegi okoliczności. Ktoś wygrywa w totolotka, ktoś się dowiaduje, że jest jedynym spadkobiercą krewnych z antypodów, jeszcze innemu niespodziewany telefon, dajmy na to z Hollywood, ratuje życie tuż przed samobójczym skokiem.
Tym razem szczęściarzem, i to podwójnym, okazał się polski minister skarbu. Oto zwana żelazną damą unijna komisarz do spraw konkurencji nagle zapowiada pozytywną decyzję w sprawie stoczni nazywanej kolebką “Solidarności”. Dzieje się to nie tylko w przeddzień obchodów najważniejszej rocznicy dla tegoż zasłużonego skądinąd związku, ale i kilka dni przed wyborami do europarlamentu, istotnymi dla partii rządzącej.
Szkoda tylko, że cudowne zrządzenie losu dotknęło akurat najmniej zaawansowaną technologicznie z polskich stoczni, o której fachowcy wyrażali się dotąd z przekąsem, nazywając ją skansenem. Za to dziwnym trafem najbardziej uzwiązkowioną i z tego względu traktowaną jako postrach przez kolejne rządy. Szkoda, że dwa pozostałe zakłady nie miały już takiego szczęścia, choć oczywiście argument, że były bardziej zadłużone i w przeciwieństwie do Gdańska nie udało się im dotąd pozyskać inwestora, brzmi jak najbardziej racjonalnie.
Beata Chomątowska
Czytaj więcej w "Rzeczpospolitej"{jathumbnail off}
Stocznie, Statki
Przedwyborczy tydzień stoczniowych cudów
03 czerwca 2009 |
Źródło:
