Stocznie, Statki
Donald Tusk ma argumenty, żeby wygrać dzisiaj debatę ze stoczniowcami. Tyle że w tej debacie wcale nie chodzi o to, by ktoś ją wygrał

Dziś w Gdańsku Donald Tusk ma się spotkać ze związkowcami ze Stoczni Gdańsk. Publiczna debata to odpowiedź na protesty stoczniowców oskarżających rząd Tuska - a także Komisję Europejską - o dążenie do likwidacji kolebki "Solidarności".

Co może im odpowiedzieć Tusk?

Po pierwsze, że mylą adresy. Faktem jest, że Stocznia Gdańsk ma problemy z Komisją Europejską. Chodzi o pomoc państwa, z której stocznia po przystąpieniu Polski do UE korzystała. Jeśli Bruksela - tak jak w przypadku zakładów w Gdyni i Szczecinie - każe tę pomoc zwrócić, oznaczałoby to upadłość i zwolnienia pracowników.

Tyle że prawdziwym adresatem tych żali jest Serhij Taruta, ukraiński oligarcha, szef giganta metalurgicznego ISD. To ISD, a nie państwo od 2007 r. kontroluje kolebkę "Solidarności". I to ISD odpowiada za przygotowanie planu restrukturyzacyjnego, który spełni wymogi Komisji Europejskiej.

W kwietniu 2009 r. Neelie Kroes, unijna komisarz ds. konkurencji, krytykowała działania Ukraińców m.in. za to, że nie ograniczają rozmiaru pomocy państwa dla stoczni do niezbędnego minimum, nie dostarczają gwarancji zainwestowania w firmę własnych pieniędzy, ociągają się z zamknięciem pochylni (choć to deklarowali). Gdyby te działania zostały podjęte od razu, stoczni nic by nie groziło.

Oczywiście trudno mieć pretensje do Ukraińców, że twardo negocjują z Brukselą. Walczą o swoje prywatne pieniądze: im więcej otrzymają pomocy państwa, tym mniej będą musieli wydać sami. Jednak czy za strategię negocjacyjną prywatnej firmy można oskarżać rząd?

Po drugie, że rząd, wbrew zarzutom, pomaga kolebce "S". Prywatyzacja Stoczni Gdańsk miała na zawsze odciąć jej finansowanie przez państwo. Kiedy jednak okazało się, że ukraiński biznesplan się nie dopina, Ministerstwo Skarbu w grudniu 2008 r. zgodziło się na wieloletnią pożyczkę dla stoczni w wysokości 150 mln zł (jej uruchomienie zależy od zgody Brukseli). Przy okazji udało się załatwić to, czego nie było w podpisanej w czasach PiS umowie prywatyzacyjnej. Ministerstwo zagwarantowało, że firma będzie prowadziła działalność stoczniową na określonym poziomie, a zatrudnienie nie spadnie poniżej 1,9 tys. osób (obecnie w stoczni pracuje ok. 2,3 tys. osób).

Po trzecie, Tusk może przypomnieć stoczniowcom, że nie można wciąż mieszać historii i biznesu. Choć nie sposób przecenić znaczenie Stoczni Gdańskiej dla najnowszej historii Polski, to nie może być tak, że firma z tytułu zasług w przeszłości będzie wiecznie korzystać z przywilejów, pomocy państwa. W promieniu 10 kilometrów od kolebki "Solidarności" działa kilkanaście większych i mniejszych firm produkujących statki lub ich części. Pracuje w nich co najmniej dwa razy więcej ludzi niż w samej Stoczni Gdańsk. Ci stoczniowcy pracują tak samo ciężko jak pracownicy kolebki, ale ich firmy nie otrzymują żadnej pomocy państwa! Związkowcy "S" ze Stoczni Gdańsk, domagając się specjalnego traktowania ich firmy, w istocie zaprzeczają idei solidarności.

Po czwarte, premier może powiedzieć, że nie tylko potrafi debatować o stoczniach, ale i rozwiązywać ich problemy. Pochwali się, że znalazł inwestora, który w ostatnich dniach kupił majątki Stoczni Gdynia i Stoczni Szczecińskiej Nowej, choć opozycja obwołała go już grabarzem stoczni. Politycy PiS i SLD najwyraźniej zapomnieli, że kiedy przez lata obie stocznie pod okiem kolejnych nominowanych przez państwo menedżerów trwoniły pieniądze podatników, wszyscy politycy milczeli. Nie przejmowali się, że polscy podatnicy dopłacają do każdego budowanego w tych stoczniach statku (państwowa Stocznia Gdynia w ostatnich latach przyniosła ponad 1,5 mld zł strat!). Z tej chorej sytuacji zadowoleni byli najbardziej zagraniczni armatorzy: dzięki państwowym dopłatom dostawali nowoczesne statki poniżej kosztów ich produkcji.

Teraz ten łańcuch będzie przerwany.

Im bardziej jednak premier Tusk będzie chciał związkowców pokonać, tym rezultaty będą bardziej opłakane. Bo ta debata to szansa na ważny dialog. Na rozmowę o tym, czy stocznie to przemysł strategiczny i państwo ma do nich dopłacać (i walczyć o to w Brukseli). O roli związków zawodowych w zarządzaniu firmą. I o tym, czy "Solidarność" 4 czerwca powinna świętować, czy wiecować.

Tusk musi pamiętać, że choć stoczniowcy będą chcieli rozmawiać przede wszystkim o swojej stoczni, dla tysięcy Polaków będą oni reprezentować to, co się dzieje w ich firmach, w ich zakładach pracy, nad których przyszłością z powodu kryzysu zawisły czarne chmury.

Czy powie tym Polakom: jestem z wami niezależnie od tego, kogo popieracie? Czy raczej: wy palicie opony, a ja ciężko pracuję, zrobiłem wszystko, więcej się nie da?

Zobaczymy już dzisiaj o godz. 20.15.


Mikołaj Chrzan

Zaloguj się, aby dodać komentarz

Zaloguj się

1 1 1 1

Newsletter