Offshore

Rozmowa z Danielem Ozonem, wiceprezesem Stowarzyszenia Polski Wodór, byłym prezesem Jastrzębskiej Spółki Węglowej, o morskiej energetyce wiatrowej.

Polski rząd zadeklarował rozwój branży offshore wind poprzez budowę morskich farm wiatrowych na Bałtyku, z których pierwsza dostawa energii elektrycznej ma nastąpić najpóźniej w 2025 roku. Ile mocy mogą dostarczyć i jaki jest potencjał Bałtyku w tym zakresie?

Potencjał Bałtyku dotyczący możliwości budowy morskich elektrowni wiatrowych szacowany jest do roku 2050 na ponad 50 GW, a nawet 80 GW. Dostawa kilku gigawatów mocy morskich elektrowni wiatrowych to ogromne wyzwanie logistyczne, techniczne i to zarówno z punktu widzenia inwestycji na lądzie, jak i na morzu. To jednocześnie szansa dla wielu polskich firm, które mogą rozpocząć współpracę z koncernami zaangażowanymi w tę część gospodarki od kilku dekad.

Do tej pory energetyka wiatrowa nie miała w Polsce dobrej passy. Takie przynajmniej można było odnieść wrażenie sledząc dotychczasowe tempo prac legislacyjnych...

Dwa tygodnie temu Komitet Stały Rady Ministrów przyjął projekt ustawy regulującej kompleksowo zagadnienia związane z budową i wsparciem morskiej energetyki wiatrowej. To bardzo ważny krok ścieżki legislacyjnej do zbudowania solidnego fundamentu prawnego, niezbędnego do rozpoczęcia realnego rozwoju morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. A pierwsze projekty farm na polskim Bałtyku planowane są na rok 2025.

To ogromna szansa dla polskiej gospodarki. A jak mogłyby na tym skorzystać firmy z Pomorza?

Polski przemysł od dawna nie miał tak dużego "koła zamachowego" jak teraz, przygotowując się i rozpoczynając inwestycje związane z wiatrowymi farmami morskimi. W krajach Morza Północnego, podobny wpływ na gospodarkę miał miejsce po odkryciu złóż ropy naftowej i gazu. To dla polskich firm ogromna szansa zwłaszcza, że wiele z nich już jest obecnych w łańcuchu dostaw dla producentów turbin i konstrukcji fundamentów. Producenci morskich turbin wiatrowych to międzynarodowe koncerny, które przez długie lata budują łańcuch swoich dostawców. Turbiny morskie to wysoce wyspecjalizowane technologicznie urządzenia.

Analizując potencjał samego Bałtyku widzimy, że będzie to duży rynek - dla dostawców turbin, producentów wież, konstrukcji stalowych i fundamentów, na których zainstalowane są turbiny, stacji transformatorowych na lądzie i morzu, kabli, które będą transportować energię z turbin do tych trafostacji i dalej, z trafostacji na ląd.

Rozumiem, że mówimy tu o bezpośrednich dostawcach konstrukcji i urządzeń dla sektora offshore wind. A co mogą zyskać polskie stocznie?

Do budowy i utrzymania morskich farm wiatrowych potrzebna jest cała flota różnych statków. Do instalacji podwodnych fundamentów, elementów przejściowych (TP), wież i turbin niezbędne są statki instalacyjne typu heavy lift - samopodnośne (jack-up) i innego rodzaju. Wartość takiego statku może wynosić ponad 1,5 miliarda złotych, a jego dzienna stawka czarterowa to ponad 300 tysięcy euro. Aktualnie prognozuje się niewystarczającą podaż takiej floty w najbliższej dekadzie, ze względu również na rosnące wymiary i ciężar turbin. Żurawie zainstalowane na takich statkach muszą mieć udźwig 1200 ton i więcej. To wysoce wyspecjalizowane jednostki i jest kilku dużych operatorów w Holandii, Belgii czy w Niemczech, którzy operują taką flotą.

Ale statki takie budują już stocznie azjatyckie, w tym chińskie, w dodatku dla armatorów europejskich. Nie będzie łatwo z nimi konkurować...

Biorąc pod uwagę Plan Odbudowy - tzw. Recovery Plan ogłoszony przez Unię, która chce przyspieszyć z inwestycjami w zakresie instalacji energii odnawialnej, ogromną szkodą byłoby, gdyby dla europejskich farm wiatrowych, niezbędna infrastruktura, w tym statki, budowane były w Azji, a nie w Europie, w Polsce. Środki z Unii powinny trafić do firm europejskich, polskich. Polskie stocznie dostarczały już tego typu jednostki dla zagranicznych armatorów, więc mogłyby je budować na użytek farm morskich, które powstaną na Bałtyku. Nie powinniśmy tej szansy zaprzepaścić. W Polsce wciąż mamy odpowiednie aktywa produkcyjne - doki o wymaganych rozmiarach, a przede wszystkich kompetencje polskich inżynierów, monterów, spawaczy, projektantów i zdolności organizacyjne.

Oprócz statków instalacyjnych potrzebne są kablowce, do układania i serwisowania podmorskich kabli energetycznych, a do obsługi i serwisu farm, już po ich wybudowaniu (a częściowo także jeszcze przy budowie i rozruchu), jednostki przede wszystkim typu SOV (service offshore vessel) i CTV (crew transfer vessel). Krajowe stocznie są w stanie je wykonać, a polscy armatorzy mogą nimi operować. 

Na ile szacuje Pan wielkość rynku offshore wind na Bałtyku i udział w nim polskich firm? Ile jeszcze z tego "tortu" mogłyby wykroić?

Jak wspominałem, polskie firmy dostarczają już pewne komponenty do producentów, bądź ich dostawców, będąc poddostawcami drugiego czy trzeciego rzędu (tzw. tier-2 czy tier-3). Jednakże skala ich zaangażowania nie jest jeszcze tak duża, jak byśmy chcieli.

Sądzę, że na dziś wkład polskiego przemysłu w łańcuchu dostaw wymaganym przy budowie polskich elektrowni wiatrowych na Bałtyku nie przekroczy 10-15 proc. Aby powstało na nim ok. 10 GW energii, trzeba zainwestować ponad 100 miliardów złotych! Z tej kwoty 10-15 proc. to około 10-15 mld zł. Warto powalczyć, by polski przemysł mógł dostarczać 30-40 miliardów, a więc by tzw. "local content" osiągnął z biegiem czasu 30-40 procent. Sama turbina, to wkład rzędu prawie 40 proc.!

To rzeczywiście ogromna kwota... Ale jak krajowe firmy mogłyby o nią powalczyć?

Warto, by w najbliższych latach weszły na listę tzw. kwalifikowanych dostawców, zaproponowały współpracę, przeszły ścieżkę weryfikacji i aprobat po stronie tych odbiorców. Taka procedura może czasami potrwać nawet 2 lata. Część firm będzie musiała zainwestować w park maszynowy, przejść proces certyfikacji, dokonać dostaw partii próbnych, zmierzyć się z wysokimi wymogami jakościowymi, BHP itd. Niejeden polski dostawca już taką ścieżkę przeszedł. Jeśli już rozpocznie się dostawy w ramach "local content" na polski Bałtyk, to taka współpraca może się rozwijać na innych rynkach. Polskie firmy mogłyby wtedy dostarczać komponenty do farm, budowanych od wschodniego wybrzeża USA, po Tajwan. Jak wspomniałem, polska część energetyki morskiej, to może być kilkanaście gigawatów, a cały Bałtyk - może nawet 80 GW.

Jaka jest rola uregulowań typu "local content"?

Inwestorzy będą zobowiązani do przygotowania planu udziału materiałów i usług lokalnych w procesie budowy i eksploatacji morskich elektrowni wiatrowych oraz do przeprowadzenia dialogu technicznego z zainteresowanymi, potencjalnymi dostawcami i podwykonawcami. Taki plan będą musieli przedstawić Urzędowi Regulacji Energetyki, a potem będą zobligowani do składania sprawozdań z realizacji.

Kraje takie, jak np. Wielka Brytania, przyjęły restrykcyjne reguły, twardo określające procent lokalnych dostawców, jaki musi być zapewniony. Polska ustawa również będzie regulować te kwestie, choć w sposób bardziej miękki. Dziś polski przemysł musi nauczyć się tej branży i nie jest jeszcze wciągnięty do końca w jej łańcuch dostaw. Warto, by inwestorzy farm morskich oczekiwali od dostawców rozwiązań technologicznych, aby rozpoczęli dialog z krajowym przemysłem. I to nie tylko na Pomorzu w Gdyni, Gdańsku czy Szczecinie.

Jakie jeszcze krajowe podmioty mogą być beneficjentami rozwoju morskiej energetyki wiatrowej na Bałtyku i powinny włączyć się w jej rozwój? 

Offshore wind to wielka szansa dla polskich portów, nie tylko tych największych, ale i średnich z dobrą lokalizacją, jak np. Władysławowo czy Ustka. Wielkość turbin, sposób zarządzania procesem budowy farm na morzu determinują parametry portów, jako niezbędnego zaplecza projektów instalacyjnych na morzu. Bez odpowiednio przygotowanych portów nie będziemy w stanie skorzystać z szans dla polskiego przemysłu, jaki sektor offshore wind daje. A ich przygotowanie, inwestycje w nabrzeża, prace hydrotechniczne - to podobnie długi okres, jak budowa statków instalacyjnych. Jeśli nie zaczniemy ich wkrótce, skorzystają na tym porty np. w Niemczech.

Morskie elektrownie wiatrowe to również szansa dla nowych inwestycji infrastrukturalnych, sieci przesyłowych, budowy floty dla montażu farm, nie tylko na polskim Bałtyku, ale na innych wodach. Budowy statków do obsługi farm po ich wybudowaniu, ale też i fundamentów i konstrukcji, jak monopale (monopile - fundament z podstawą betonową lub stalową, który jest wbijany lub zagłębiany w inny sposób w dno morskie), to praca spawaczy, monterów. To budowa 25-30 trafostacji. Tylko jedna z nich, to setki milionów złotych.

Takie aktywa, które są do tej pory nie w pełni wykorzystane, jak np. ST3 Offshore w Szczecinie, mają ogromny potencjał dla budowy fundamentów czy trafostacji. Infrastruktura i kompetencje takich firm jak Stocznia Gdańsk, GSG Towers, EPG, Mostostal Pomorze i wielu innych będą wykorzystane w łańcuchu dostaw. Do budowy konstrukcji i fundamentów zużyte zostaną miliony ton stali. Warto by chociaż jej część, pochodziła z Polski.

Jakie wyzwania stoją jeszcze przed polskim przemysłem?

Nie można zapominać, że te inwestycje, środki trwałe, ich budowę i eksploatowanie trzeba sfinansować. Warto, by banki i takie instytucje jak PFR, które od wielu lat aktywnie wspierają polski przemysł, dalej angażowały się w takie przedsięwzięcia.

Zdaję sobie sprawę, że wiele firm boryka się z problemami w świecie "covid" i "post-covid", jednak budowa morskich elektrowni wiatrowych, to część gospodarki, do której płyną duże instytucjonalne środki. Począwszy od banków rozwoju i banków komercyjnych, aż po fundusze emerytalne. Produkcja prądu z tych farm w długiej perspektywie będzie generować stabilne przychody i zyski, a fundusze emerytalne potrzebują takich inwestycji, w szczególności w świecie zerowych lub ujemnych stóp procentowych.

Polskie banki muszą nabyć kompetencje w zakresie finansowania takich projektów, jak np. budowa i operowanie specjalistyczną flotą, podobnie jak polski przemysł musi takie kompetencje nabyć. Warto zaangażować do tego czas i energię już teraz, bo wkrótce może okazać się, że przemysł nie zdążył się przygotować do takich inwestycji.

Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest budowa statku instalacyjnego. Zakładając, że mamy uruchomić pierwsze projekty farm w 2025 roku, zostało nam 4-4,5 roku. Sama budowa statku to 3 lata. Przygotowanie koncepcji, projektu, finansowania to rok. Jest już więc "za pięć dwunasta", by z takim projektem wystartować, bo za 6-9 miesięcy będzie za późno i statek powstanie w Chinach, a operować nim będzie nie polski armator, a ktoś z Europy Zachodniej.

Rozmawiamy dużo o morskiej energetyce wiatrowej. Tymczasem ostatnio coraz większe nadzieje wiąże się z wodorem. Czy te dwa źródła i sposoby pozyskiwania energii, jak się wydaje, raczej odległe, coś jednak łączy?

Wodór nieodzownie jest związany z energetyką. Uważam, że powstanie polskich elektrowni wiatrowych na morzu spowoduje bardzo dynamiczny rozwój infrastruktury do produkcji, przesyłu i magazynowania wodoru. Oczywiście nie oznacza to, że nie będą powstawać do tego czasu instalacje rozproszone do produkcji wodoru, zarówno tego zielonego, jak i niebieskiego, czy turkusowego... Jednak powstanie w skoncentrowanym miejscu dużych instalacji rzędu kilku gigawatów, spowoduje efekty skali w produkcji wodoru z wielkoskalowych elektrolizerów. Pojawi się konieczność magazynowania wodoru, by był wykorzystywany do produkcji energii w momentach, gdy źródła odnawialne jej nie produkują, a potrzebuje jej przemysł i odbiorcy indywidualni np. latem, gdy używane są na dużą skalę klimatyzatory. Może powstanie nawet dedykowana infrastruktura przesyłowa z północy na południe.

Polski przemysł nie produkuje kompletnych rozwiązań, takich jak elektrolizery, czy magazyny energii w oparciu o wodór. Warto, byśmy rozszerzyli metodologię "local content", aby inwestycje realizowane przez właścicieli farm morskich, w skład których wejdą instalacje do produkcji i magazynowania wodoru, też wchodziły w obowiązek "local content". To są zaawansowane technologie i warto, by polski przemysł wspiął się również na tę drabinę i uczestniczył w transferze know-how i łańcucha dostaw.

Z tego, co Pan mówi, transformacja energetyczna jawi się jako wielkie koło zamachowe dla krajowego przemysłu i polskiej gospodarki, w tym także morskiej...

Byłoby wielką stratą, gdyby z tych 100, czy nawet 150 miliardów złotych nie zostało wiele w Polsce i polskim przemyśle. Dlatego warto, by wszyscy interesariusze w tym procesie pomogli, by 40-60 miliardów złotych zostało w polskich stoczniach, portach, firmach produkujących konstrukcje stalowe, trafostacje, a także w polskich hutach dostarczających blachę, koksowniach (koks), czy kopalniach (miedź i węgiel koksujący).

Warto, by polscy spawacze i elektrycy pracowali przy ich budowie, marynarze przy eksploatacji, a montażyści przy instalacji stacji transformatorowych. Ślusarze przy obróbce przekładni do turbin, automatycy przy produkcji elektrolizerów, a polscy informatycy przy programowaniu optymalizacji procesów. A jak już zostanie osiągnięta odpowiednia "masa krytyczna", to może i któraś z polskich firm opatentuje i wykorzysta na skalę globalna jakąś technologię?

Polskie stocznie mają ogromne doświadczenie w budowie statków o napędzie LNG, czy elektrycznym. Myślę, że mogą wyspecjalizować się w budowie statków, barek rzecznych o napędzie wodorowym czy na amoniak.

Eksperci wskazują, że mądrze przeprowadzony proces zadbania o wkład polskiego przemysłu, to kilka miliardów dodatkowych wpływów z VAT i CIT. To kilka tysięcy miejsc pracy. Oczywiście, trzeba znaleźć złoty środek pomiędzy oczekiwaniem inwestorów, dostawców turbin - oni będą wymagać bezpieczeństwa dostaw, terminowości, jakości. Jest jeszcze czas, by to poprawnie przeprowadzić. Trzeba woli inwestorów, cierpliwości dostawców technologii, zaangażowania regulatorów, wsparcia organizacyjnego samorządów, banków - ale korzyści są jasne. Musimy postarać się, by to mądrze wykorzystać!

AL

1 1 1 1

Newsletter