10 lutego 1906 roku wypadał w sobotę. Dzień nastał chłodny, silny południowo-zachodni wiatr przynosił nad Portsmouth deszczowe szkwały. Przybywające do miasta od samego rana tłumy ciekawskich martwiły się niesprzyjającą aurą, która mogła popsuć uroczystość. Na szczęście przed południem deszcz ustał i zaświeciło słońce.
Bramy Stoczni Marynarki Wojennej były tego dnia otwarte dla wszystkich. Ludzie zdążali na północny skrawek zakładu, gdzie czekał na nich ogromny kadłub nowego pancernika Royal Navy (160 metrów długości i 18 tysięcy ton wyporności). O godzinie 11.30 na miejsce wodowania przybył osobiście król Edward. Po krótkim nabożeństwie monarcha wziął w dłonie butelkę australijskiego wina i, zgodnie ze starym zwyczajem, cisnął nią, zawieszoną na lince, o dziób okrętu. Butelka odbiła się, król uderzył ponownie, wreszcie się udało.
- Nadaję ci imię Dreadnought! - krzyknął król i przy pomocy dłuta i młotka zrobionego z drewna nelsonowskiego Victory przeciął jedyną przytrzymującą jeszcze kadłub linę.
Ten ruszył ku wodzie. Po kilku minutach zakołysał się na falach. Choć większość zgromadzonych obserwatorów miała świadomość wagi wydarzenia, niewielu w pełni zdawało sobie sprawę, że są świadkami historycznej chwili. Wraz z wodowaniem Dreadnoughta wszystkie inne okręty wojenne świata stały się przestarzałe. Budowa tej jednostki otworzyła nową epokę w dziejach okrętownictwa. Od tej pory okręty zbudowane przed nim miały być nazywane predrednotami albo przeddrednotami.
Największe powody do radości miał tego dnia pierwszy lord morski (czyli wojskowy zwierzchnik brytyjskiej floty) admirał John Arbuthnot Fisher, nazywany także Jackym Fisherem. Bez jego wizji i determinacji, nie byłoby Dreadnoughta, nie wiadomo też jak potoczyłyby się losy pierwszej wojny światowej. Tego dnia słusznie zasłużył on sobie na opinię największego po Nelsonie dowódcy brytyjskiej marynarki wojennej.
Nie strzelaj bo się pobrudzisz
Od końca XVII wieku Royal Navy była najpotężniejszą flotą na świecie. To głównie ona zapewniała mocarstwową pozycję Wielkiej Brytanii, pilnując jej szlaków komunikacyjnych i interesów na wszystkich kontynentach. Potęga jednak usypia. Od połowy dziewiętnastego stulecia brytyjska flota utrzymywała swoją pozycję już nie tyle dzięki własnej sile, co raczej słabości potencjalnych wrogów. Mogłoby się to jednak szybko zmienić, gdyby ktoś na poważnie postanowił zagrozić jej dominacji.
Spora część Royal Navy nie przedstawiała bowiem w owym czasie większej wartości bojowej. Główną przeszkodą była mentalność wyższego dowództwa. Admiralicja wykazywała zadziwiającą odporność na wszelkie innowacje, zarówno taktyczne jak i techniczne. Wojnę na morzu ciągle wyobrażano sobie jak za czasów Trafalgaru – o zwycięstwie w bitwie miała decydować salwa burtowa i abordaż. Także okręty niewiele się zmieniły od czasów Nelsona. Nawet po wprowadzeniu na ich pokłady maszyn parowych i przymocowaniu do drewnianych kadłubów żelaznych pancerzy, wciąż największą ufność pokładano w masztach i żaglach. Zdarzało się, że niektórzy starsi wiekiem dowódcy zapominali, że w ogóle mają maszyny pod pokładem!
Żagle zanikły dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku. Wydawało się, że do przełomu powinno dojść w 1889 roku, kiedy to brytyjski parlament przegłosował ustawę o obronie morskiej zobowiązując marynarkę wojenną do budowy ośmiu nowoczesnych stalowych okrętów liniowych o wyporności ponad 14 tysięcy ton i mogących osiągnąć prędkość ponad 16 węzłów. Ustalono też sławny „standard dwóch mocarstw” streszczający się w słowach „Kardynalną (...) polityką tego kraju jest, aby nasza flota była równa sile dwóch następnych najsilniejszych flot Europy razem wziętych”.
Budowa stalowych okrętów niewiele jednak zmieniła. Royal Navy nadal nie była przygotowana do ewentualnej wojny. Co najdziwniejsze, brytyjską flotę opanowała wtedy mania czystości posunięta do granic absurdu. Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale od umiejętności utrzymania okrętu w schludności zależała kariera oficerska.
Czyszczono zatem i malowano wszystko co się dało, nawet pociski armatnie. „Gdy poszedłem na morze w roku 1895 – wspominał jeden z późniejszych wiceadmirałów – śnieżnobiałe pokłady, emalia, błyszczące mosiądze oraz ogólna atmosfera elegancji na tip top stały się kryteriami, podług których oceniano okręty. Na moim pierwszym okręcie krążowniku Hawke, skrobanie, malowanie i polerowanie pochłaniały niezwykłe ilości czasu i energii. Umywalki w łazience należącej do mesy midszypmenów (kandydatów na oficerów – red.) musiały być polerowane tak długo, aż świeciły jak lustra, potem zaś zamykano drzwi do łazienki, aby ich przypadkiem nie używać. Tak więc w słoneczny dzień śródziemnomorski, Hawke błyszczał i migotał na wodach tego starożytnego morza, lecz równocześnie był opanowany przez szczury, które paskudziły do żywności, biegały po hamakach i wdzierały się nocą do mesy midszypmenów. Nie podejmowano żadnych wysiłków, żeby się ich pozbyć, jeśli nie liczyć precyzyjnie używanych sztyletów midszypmenów”.
- Poprzedni artykuł
- Następny artykuł »»
