W nadmorskich miejscowościach w końcu pojawiło się słońce, a z nim turyści. Ci ostatni jednak nie mają wielu powodów do radości. Zwłaszcza, jeśli na półwysep czy do Władysławowa przyjechali w ciemno. "Brak wolnych miejsc" - ogłaszają kwaterodawcy. W piątek w Hallerowie, dzielnicy Władysławowa położonej nad samym morzem, na ul. Świerkowej byliśmy świadkami finansowej potyczki dwóch rodzin, które właśnie przyjechały na wakacje.
- Daję 150 procent ceny! - zaoferował warszawiak, przebijając rodzinę z Łodzi, która za wolne lokum chciała dać "tylko" 180 zł za dwuosobową klitkę.
200 zł za dobę w małym pokoiku to aktualnie niezbyt wygórowana cena, bo miejsc zaczyna brakować.
Na ulicach Władysławowa czy Jastarni widać mnóstwo tabliczek z napisami "wolne pokoje" - tyle że są przekreślone, zasłonięte czerwonymi lub czarnymi wstążkami, albo wręcz powieszone do góry nogami. Część osób na furtkach i płotkach pisze wprost, że noclegów tutaj nie znajdziemy.
- Wolne pokoje jeszcze mam - powiedziała nam Sylwia Dzikowska, kwaterodawca z Władysławowa. - Ale sama nie wiem, jak długo, bo ludzie dzwonią od siódmej rano do godz. 23. I już nawet nie liczy się to, jak daleko jest od nas do plaży. Monika Piórkowska z jastarnickiego Miejskiego Ośrodka Kultury i Sportu, który latem staje się bazą informacji turystycznych, przyznaje, że dziennie ich biuro odwiedza średnio setka osób. Oczywiście, z pytaniem o wolne pokoje...
- Coraz trudniej znaleźć coś wolnego - przyznaje urzędniczka. - Ale robimy co tylko możemy, by nie odsyłać gości z kwitkiem.
Pracownice MOKSiR wypracowały sobie nawet specjalną metodę; w drodze do pracy spisują numery domów i ulice, gdzie jeszcze są wolne pokoje.
Niemal totalnie zapchane są także popularne Dębki. W turystycznej wiosce karteczki z napisami "jest miejsce" hurtem zaczęły znikać od poniedziałku.
Nie lepiej jest też w Helu, gdzie tłumy gości krążą między dwiema plażami. Turyści w poszukiwaniu miejsc wchodzą nawet do Urzędu Miasta albo wydzwaniają do pracowników magistratu z prośbami, by ci wyszukali "czegoś wolnego".
- Nie zajmujemy się tym, więc odsyłamy do portali internetowych - zastrzega Barbara Tabor z UM Helu.
Mimo że miejsc wolnych jest jak na lekarstwo, nie brakuje turystów, którzy nad morze przyjeżdżają bez rezerwacji. A w nadmorskich domach dochodzi do prawdziwie apokaliptycznych scen.
- Potem jest płacz, dramat i gorączkowe poszukiwania - mówi Jolanta, właścicielka sporego pensjonatu w Dębkach. - Ludzie potrafią przyjść z małym, śpiącym dzieckiem na rękach, płakać i na kolanach prosić o pokój.
Piotr Niemkiewicz, Roman Kościelniak
