W piątek jeden z jachtów biorących udział w regatach Unity Line utracił sterowność i zaczął dryfować w kierunku główek świnoujskiego portu. Służby ratownicze wezwał inny uczestnik regat, Paweł Hapanowicz płynący na jachcie Bolid, który musiał zakończyć regaty.
Na jednostce było dwóch żeglarzy: z Ueckermünde i Berlina. Na szczęście nic im się nie stało, ale sytuacja była groźna. - Przy silnym wietrze zepsuł się ster i musieliśmy wezwać służby ratownicze - mówi jeden z uratowanych.
- Zdążyliśmy w ostatniej chwili - mówi Jarosław Orłow z Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa SAR w Świnoujściu. - Została uruchomiona nasza jednostka, która zrzuciła szybki ponton. Ten zdążył uchwycić znoszoną jednostkę i podać jej hol. Bezpiecznie dotarli do portu.
Tymczasem żeglarz biorący udział w akcji ratowniczej na Zatoce Pomorskiej skarży się, że nikt nie reagował na wzywanie o pomoc.
Jak nas poinformowano w świnoujskim SAR, z siedziby Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa, nie ma widoku na Zatokę Pomorską. - Z kolei pracownicy wieży obserwacyjnej Urzędu Morskiego przy wejściu do portu niczego nie widzieli - informuje rzecznik Urzędu Ewa Wieczorek. - Nie było żadnego zgłoszenia, że coś jest nie tak w trakcie trwania tych regat.
Dopiero po telefonie do siedziby SAR w Gdańsku, na miejsce przypłynęła łódź ratunkowa. Żeglarzom z niemieckiego jachtu nic się nie stało. Z organizatorami regat nie udało nam się skontaktować.
Sławomir Orlik
