Inne

- Okazało się, że opowiadanie o morzu i urokach pracy na i dla morza, to może być show. I to się potwierdziło także przy moim programie. Po pierwszym odcinku nadeszło 3 tysiące listów z całego kraju!- wspomina Bohdan Siekiewicz.

- Zaczynam tak jak zwykle (red. Sienkiewicz pochyla się nad dyktafonem). Dostrojenie głosu: pięć, cztery, trzy, dwa, jeden… Poszły konie po betonie!

- Widzę, że pan ciągle w dobrej formie panie redaktorze. Jak za dawnych czasów. Wtedy był pan, obok Jerzego Pertka (słyszę głośne westchnięcie red. Sienkiewicza) i Karola Olgierda Borchardta (kolejne westchnięcie), jednym z tych, którzy jeśli chodzi o sprawy morskie, wywarli największy wpływ na wyobraźnię Polaków... Co pan tak wzdycha przy każdym nazwisku?

- No, bo ja się za takiego giganta jak oni nie uważam. Poza tym trzeba by tę listę uzupełnić o nazwisko np. Jerzego Micińskiego, wieloletniego redaktora naczelnego miesięcznika „Morze”. Ja też czytałem to pismo i „Żeglarza” od najmłodszych lat, a później spotykałem bardzo wielu ludzi, którzy dzięki nim trafili na morze. Warto też wspomnieć redaktora Wydawnictwa Morskiego Stanisława Ludwiga, pływającego, jeszcze przed wojną, jako pierwszy oficer na Zawiszy Czarnym pod komendą gen. Mariusza Zaruskiego. Stasiu Ludwig był współtwórcą i dobrym duchem jedynej w historii Polski instytucji, która się przyzwoicie zajmowała wychowaniem morskim młodzieży, to jest Państwowego Centrum Wychowania Morskiego. Teraz można tylko pomarzyć o takiej instytucji.

- O sprawach morskich we współczesnej Polsce będziemy rozmawiać za chwilę. Teraz proszę jednak powiedzieć jak to się stało, że pojawił się „Latający Holender”? Przecież ten program nie wyskoczył jak Filip z konopi. Pamięta pan moment, w którym pojawił się pomysł?

- Od dzieciństwa miałem morskie ciągoty. Nie udało mi się jednak trafić do Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni. Kiedy miałem tam iść, wymagano tzw. „małej matury”, której nie miałem. A kiedy ją zrobiłem, szkoła zaczęła wymagać „dużej matury”. Kiedy i ją zdobyłem, szkołę znowu zreorganizowano. Utworzono Technikum Morskie Nawigacyjne i przyjmowano kandydatów po szkole podstawowej. Ostatecznie więc trafiłem na studia do Wyższej Szkoły Handlu Morskiego w Sopocie.

- Który to był rok?

- 1951. Spotkałem tam wielu wspaniałych wykładowców: prof. prof. Tadeusza Ocioszyńskiego, Stanisława Darskiego, Bolesława Kasprowicza, Józefa Kulikowskiego, którzy ugruntowali moją miłość do morza i uświadomili mi potrzebę jego uprawy dla Polski. Jednocześnie ciągnęło mnie do dziennikarstwa. Działałem w mediach studenckich na macierzystej uczelni. W tym czasie pojawiła się w Gdańsku Telewizja Polska. Zacząłem robić dla niej różne materiały przede wszystkim o gospodarce morskiej. Byłem w tym okresie także redaktorem, sekretarzem, zastępcą, a w końcu i naczelnym „Polish Maritime News” wydawanego przez Polska Izbę Handlu Zagranicznego, co mi dało otwarcie na świat, bo z tej redakcji można było wyjeżdżać za granicę. Dzięki zaś znajomości języka angielskiego poznałem wielu dziennikarzy z branży, a nawet w „Fairplay” robiłem wkładkę o polskiej gospodarce morskiej! Po kilku latach, kiedy telewizja okrzepła, zaproponowano mi tam etat. To było w 1965 roku. Pomyślałem wówczas, że dobrze by było stworzyć program, który przybliżałby młodym ludziom w naszym kraju sprawy morskie. Marzyła mi się telewizyjna uprawa morza. Wystartowaliśmy z „Latającym Holendrem” 10 stycznia 1967 roku. I już po kilku programach, biorąc pod uwagę odzew widzów, okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Wtedy nie było takich możliwości mierzenia poziomu oglądalności jak dzisiaj, ale oblicza się, że każdy odcinek oglądało około miliona, przede wszystkim młodych, ludzi.

- Trudno było telewizję przekonać do takiego programu?

- I tak, i nie. Były zaczątki pod postacią „Gawęd Wilków Morskich” Jurka Ringera czy „Bryzy” Zdzisława Pietrasa. One troszkę przetarły szlak w umysłach ludzi odpowiedzialnych w tamtym czasie za telewizję. Okazało się, że opowiadanie o morzu i urokach pracy na i dla morza, to może być show. I to się potwierdziło także przy moim programie. Po pierwszym odcinku nadeszło 3 tysiące listów z całego kraju! Dzięki poparciu i rozumieniu przez Macieja Zimińskiego, animatora i szefa Naczelnej Redakcji Programów Dla Dzieci i Młodzieży, wyjątkowej roli morza w wychowaniu młodych obywateli, mogłem spokojnie robić kolejne odcinki „Latającego Holendra”. I tak przez kolejne 26 lat.

- Jest pan w czepku urodzony. Pierwszy program i od razu sukces. To marzenie każdego dziennikarza...

- Taki był głód morza w naszym społeczeństwie. Poza tym miałem zaplecze w postaci tych wszystkich wspaniałych ludzi – Bolesława Romanowskiego, Karola Borchardta, Juliana Czerwińskiego i innych przedwojennych, i współczesnych „urzeczywistniaczy” Polski Morskiej. Wielu z nich już niestety nie żyje. Nigdy, przez cały czas nadawania „Latającego Holendra” nie zdarzyło mi się, aby ktoś odmówił rozmowy na antenie, spotkania czy przyjścia do studia, chociaż niektórzy z zapraszanych ludzi z zasady nie udzielali wywiadów. Do „Latającego Holendra” jednak zawsze przychodzili. Myślę także, że udało mi się przekonać widzów, że ja nie robię programu dla własnej kariery, że jestem po prostu pasjonatem zwariowanym na punkcie morza. Młodzi ludzie widzieli, że my ich nie indoktrynujemy. Nie ma żadnego Marksa, Lenina, Stalina, jest tradycja morska – polska i międzynarodowa. Jest otwarcie na świat, odkrywanie oceanów. To musiało pociągać i pociągało. Była też konkretna korzyść. Publikowaliśmy zadania, za których rozwiązywanie można było trafić na morze. Po roku realizowania na antenie ogólnopolskiej TV „Latającego Holendra”, dostałem doroczną nagrodę prezesa Radiokomitetu. To mi otworzyło kolejne drzwi. Mogłem zrobić jeszcze więcej.

1 1 1