Inne

 

- Byłam świadoma jednej rzeczy, że tego wyczynu nie dokonała dotąd żadna kobieta i bardzo dobrze się stanie, jeżeli będzie to Polka na jachcie pod polska banderą. Kontekst ideologiczny mało mnie obchodził - mówi nam Krystyna Chojnowska-Liskiewicz.

- Podobno pani znów gdzieś wypływa?

- Tak, chcemy z mężem popłynąć jachtem Mechatek II na północ Bałtyku, tak daleko jak się nam będzie chciało. A potem wynajmiemy samochód i jedziemy w tundrę. Widziałam ją kiedyś, tylko raz z pociągu, gdy jechałam do Świętego Mikołaja do Rovaniemi. Tundra jest niezwykła!

- Więc znowu na morze! Nie ma go pani trochę dosyć?

- Nie, ja się na morzu bardzo dobrze czuję. Umiem na nim mieszkać. Ludzie, którzy nie potrafią mieszkać na jachcie, bardzo szybko się tym nudzą. Bo to, szczerze mówiąc, mało wygodny dom. Ale mnie na nim dobrze. Lubię patrzeć co pływa po morzu. Na Bałtyku jest teraz olbrzymi ruch, tyle statków do podziwiania... Z tym, że najbezpieczniej byłoby, gdyby ich nie było w ogóle.

- Wiosną 1978 roku zakończyła pani swój wielki, samotny rejs dookoła świata. Chwilę potem w kosmos poleciał Mirosław Hermaszewski. W tamtym roku Polska Ludowa miała więc dwoje bohaterów: Hermaszewskiego i panią. Stała się pani, w jakimś sensie, ikoną PRL.

- Nie wiem, chyba nie czuję się ikoną PRL. Na pewno PRL nie wykorzystał tak mego wyczynu, jak np. Związek Radziecki lotu w kosmos Tiereszkowej. Czasami wręcz mi się wydawało, że PRL wstydził się tego, czego dokonałam. Dlaczego? Dlatego, że udało się to kobiecie.

- No właśnie, pani droga życiowa i kariera zawodowa nie była typowa dla kobiet z tamtych czasów. Zaczęła pani żeglować już w szkole średniej, potem na Politechnice Gdańskiej studiowała budownictwo okrętowe, następnie pracowała pani w Stoczni Gdańskiej. A wszystko to w siermiężnych czasach Bieruta, a potem Gomułki. Kobiety wówczas w ogóle nie miały łatwo. Czuła się pani dziwolągiem?

- Nie, nie czułam się dziwolągiem. Wiele kobiet ze mną studiowało i ukończyło studia. Uważałyśmy to za rzecz normalną.

- Ale jednak, chociażby podczas pracy w stoczni, musiała mieć pani więcej samozaparcia, by rywalizować z mężczyznami…

- To prawda. Przychodzi mi teraz do głowy, że mogła to być dobra szkoła do pływania na jachcie. Bo na morzu powinni zostawać najlepsi, ponieważ jest ono nieobliczalne, nieprzewidywalne. Człowiek ciągle dowiaduje się o nim czegoś nowego, a ono i tak wciąż zaskakuje.

- A pamięta pani moment, kiedy pomyślała o rejsie dookoła świata?

- Na pewno nie marzyłam o tym od urodzenia. W ogóle nie przychodziło mi to do głowy.

- Bo wcześniejsze pani rejsy były o wiele krótsze.

- Tak i tam sprawa była prosta: pływało się tyle, ile się miało urlopu. W ciągu miesiąca na jachcie jakoś strasznie daleko przepłynąć nie było można. Zwłaszcza, że trzeba było na odpowiedni dzień wrócić do pracy. Raz zdarzył mi się nieco dłuższy rejs – popłynęłyśmy z koleżankami do Szkocji. Trwało to sześć tygodni. I nawet się spóźniłam dzień czy dwa, i wiem, że mój mąż rozpaczliwie telefonował do mojej pracy, zapewniając, że żyję i że się po prostu spóźnię.

- A jak to się stało, że akurat pani została wybrana do rejsu dookoła świata?

-  Pomysł wyszedł jakieś trzy lata wcześniej od Teresy Remiszewskiej, która miała już na koncie samotne przepłynięcie Atlantyku w regatach. Więc gdy powiedziała, że chce płynąć dookoła świata, to cała machina ruszyła. Ale później okazało się, że Remiszewska poza chęciami niezbyt wiele zrobiła, by wcielić pomysł w życie. Ja zresztą wówczas byłam poza tym wszystkim: płynęłam we wspomnianym rejsie do Szkocji, a potem praca, praca, praca w biurze konstrukcyjnym Stoczni Gdańskiej – tam nie było luzów produkcyjnych, dużo roboty i specjalnie się człowiek takimi pomysłami jak rejs dookoła świata nie zajmował. A dlaczego ja? Myślę, że z jednej strony zadziałali ludzie z Polskiego Związku Żeglarskiego, szczególnie ówczesny prezes, marszałek Benesz i sekretarz generalny Wiesiek Rogala, a  drugiej strony moi starsi koledzy ze studiów, dyrektor techniczny Stoczni Jachtowej Edmund Rejewski i dyrektor generalny Zjednoczenia Przemysłu Okrętowego Stanisław Skrobot. Doszli do wniosku, że ja nie będę się wybierała w tę podróż tyle lat co Remiszewska, która już wówczas zresztą zrezygnowała. Poza tym, zdawali sobie doskonale sprawę, że znam się na jachtach, wiem, jak są zbudowane, na co je stać, że mam doświadczenie morskie, ale co ważniejsze, również techniczne. Co było o tyle istotne, iż wiedziano, że gdy odpłynę od brzegu ileś setek mil, nie będę mogła liczyć na pomoc. Byłam zupełnie świadoma tego, że mogę liczyć tylko na siebie. Uważałam, że dam sobie radę, bo wiem, jak jest zbudowane, czym jest i co się może przydarzyć temu, na czym będę płynąć. Poparcie przemysłu okrętowego gwarantowało szybką budowę jachtu i niezbędny import urządzeń, co było sprawą wówczas niebagatelną. A na ostatnie trzy, czy cztery miesiące przed zwodowaniem jachtu, byłam „oddelegowana” ze Stoczni Gdańskiej do Stoczni Jachtowej, gdzie był budowany, co było genialnym pomysłem, ponieważ mogłam skompletować całe wyposażenie i wszystko inne potrzebne do rejsu.

1 1 1
Waluta Kupno Sprzedaż
USD 3.6182 3.6912
EUR 4.2232 4.3086
CHF 4.5137 4.6049
GBP 4.8868 4.9856

Newsletter