Inne

Według przedwojennej fantazji Polska w 2005 roku miała kolonizować Grenlandię i uruchomić szlak morski przez biegun północny. Port w Gdyni zaś sięgać miał aż do Rozewia!

Ludzie od zawsze chcieli wiedzieć co będzie w przyszłości. I w różny sposób sobie z tym radzili. Aby odpowiedzieć na pytanie co się stanie za lat kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt, sięgali po wróżby, astrologię i jasnowidzów. Swego czasu próbowano nawet podejść do prognozowania przyszłych wydarzeń naukowo i tak narodziła się futurologia.

Generalnie jednak nic z tych prób nie wyszło. No bo jaki jasnowidz np. w roku 1960 był w stanie przewidzieć upadek komunizmu w Europie? Prognozowanie przyszłości pozostaje więc nadal w sferze fantazji i jest bardziej domeną szarlatanów i artystów niż naukowców. Szarlatanami zajmować się tutaj nie będziemy, ale o artystach (szczególnie jednym) warto wspomnieć.

I nie chodzi o Leonarda da Vinci, który już w XV wieku potrafił sobie wyobrazić różne latające machiny, które dzisiaj nazywamy samolotami, czy Juliusza Verna, którego powieść „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” trafnie przewidziała erę atomowych okrętów podwodnych na długo zanim się pojawiły.

Sięgnijmy po skromniejsze, mniej znane nazwisko, Fryderyka Kulleschitza. Chcielibyśmy przypomnieć jego nowelę z 1936 roku, w której opisał, jak będą wyglądały polskie kontakty z morzem w 2005 roku, czyli na niemal siedemdziesiąt lat naprzód. Sprawdźmy jak wyobrażał sobie przyszłość i która z wizji się sprawdziła.

Nowela nauczyciela

Niewątpliwym osiągnięciem II Rzeczypospolitej, przy wszystkich zastrzeżeniach, które można by przy tej okazji wnieść, była budowa Gdyni, zarówno portu, jak i miasta. Oba te twory powstały prawie zupełnie z niczego. Z malutkiej wioski rybackiej, w ciągu zaledwie kilkunastu lat, powstał prężny, nowoczesny ośrodek liczący ponad 120 tysięcy mieszkańców! Port gdyński zaś wyprzedził w przeładunkach port gdański. Tempo realizacji inwestycji było ewenementem w skali światowej i budziło podziw w całej Europie.

alt

Oczywiście wszystko to wymagało podjęcia ogromnego wysiłku, na który z trudem stać było odradzające się po zaborach państwo polskie. Wysiłek ten wspierany był przez, podejmowaną świadomie przez władze polityczne, propagandę morską. Mówiąc najoględniej, jej głównym zadaniem było zmobilizowanie społeczeństwa i wytłumaczenie mu dlaczego powstanie Gdyni jest takie ważne, ważniejsze od wielu innych zadań, których przecież nie brakowało na początku niepodległości.

Trzeba podkreślić, że entuzjazm ten udało się wzbudzić. Wkład w to miała także Liga Morska, wielka i wpływowa organizacja społeczna zajmująca się krzewieniem idei Polski morskiej, która w 1939 roku liczyła niemal milion członków! Mogli oni z dumą patrzeć na bardziej niż dynamiczny rozwój miasta, które szybko stało się autentycznym polskim „oknem na świat”, a którego budowę wspierali.

Liga celebrowała tę dumę podczas różnego rodzaju świąt i uroczystych obchodów kolejnych, „okrągłych” i mniej okrągłych dat. Jedną z nich była szesnasta rocznica zaślubin Polski z Bałtykiem, która wypadła na rok 1936. Była to zarazem dziesiąta rocznica uzyskania przez Gdynię praw miejskich (obie wypadały 10 lutego). Jednym ze sposobów uczczenia tych wydarzeń było przygotowanie okolicznościowych artykułów w „ligowej” prasie, m.in. w „Szkwale”.


Redakcja tego miesięcznika mieściła się w Warszawie. W okresie, o którym tutaj piszemy jego redaktorem naczelnym był Stanisław Zadrożny. Pismo było przez Ligę wydawane w latach 1935-1937. Wiodącym, choć nie jedynym jego tematem było żeglarstwo. Gazeta skierowana była głównie do młodzieży akademickiej. Uważana była wręcz za swoistego ambasadora spraw Ligi wśród polskich studentów.

W numerze 2 „Szkwału”, z lutego 1936 roku, ukazała się nowela pióra Fryderyka Kulleschitza zatytułowana „Gdynia 10 lutego 2005 roku”. Mało kto dzisiaj potrafiłby skojarzyć nazwisko jej twórcy. Kulleschitz był autorem znanej przed wojną książki „Rejs dookoła świata”, w której opisał wokółziemską podróż Daru Pomorza - pierwszego statku pod biało-czerwoną banderą - w latach 1934-1935. Kulleschitz znał ją z autopsji, bo przebywał wtedy na pokładzie żaglowca jako nauczyciel języka angielskiego. Za książkę tę otrzymał nawet prestiżową wówczas, literacką nagrodę marynistyczną im. Jerzego Szareckiego.

Nowela jest skromna, zajmuje dwie strony pisma. Nie ma także wielkich wartości artystycznych. Jest jednak niezwykle ciekawym przykładem tego morskiego entuzjazmu Polaków, o którym wspominaliśmy wyżej. Akcja rozgrywa się wieczorem 9 lutego i rankiem 10 lutego 2005 roku w Gdyni, a więc za prawie siedemdziesiąt lat od czasów, w których żyje Kulleschitz. Bohaterką opowiadania jest młoda dziewczyna Wanda, która z utęsknieniem czeka na swojego narzeczonego, kapitana Jerzego Wątorskiego wracającego z pionierskiego rejsu przez biegun. Uroczyste powitanie dzielnego marynarza i jego statku odbywa się w czasie kolejnej rocznicy zaślubin Polski z morzem.

Polacy na Grenlandię!

Ulice Gdyni w r. 2005 nie wcinały się jak kanjony w skalniana skorupę miasta – ulice wiły się kondygnacjami, tarasami pałaców wgórę i wdół, jak wykute w skale szlaki górskie. Podstawami stykały się gmachy, zazębiały się z sąsiadem, łańcuchami rozfalowywały jak fantastyczny krajobraz górski ku granicy nizin – podmiejskich terenów gęstej sieci autostrad, linij pociągów elektrycznych, które znikały w podziemiach miasta i wypływały znów przy nabrzeżach u stalowych burt okrętów i przed składnicami wielkiego emporjum światowego handlu.

Taką Gdynię widziała, zdaniem Kulleschitza, Wanda z okien swojego mieszkania (przy cytatach z noweli Kulleschitza, w całym artykule, zachowujemy oryginalną pisownię – red.).

W roku 2005 miało to więc być miasto piękne architektonicznie. Pełne kopuł i wieżowców, pomiędzy którymi, jak dalej pisze Kulleschitz „płynęły (…) czerwone żuczki, jak z laki, udoskonalone helikoptery – nowych er autokary”. Takim właśnie helikopterem Wanda dostała się do swojego mieszkania na piętnastym piętrze. Było to lokum nieduże, bo zaledwie dwupokojowe, ale niezwykle komfortowe i z widokiem na morze. Na dodatek miało dźwiękoszczelne ściany. Wanda mogła w nim słuchać muzyki wszechświata (co autor nazywa „ostatniej daty wynalazkiem”) oddając się przy tym ulubionej lekturze.

Ze swojego mieszkania Wanda mogła podziwiać gdyński port. A było czym się delektować. „Port gdyński wkopał się daleko w ląd – za Chylonję – szerokim kanałem, obudowanym z obu stron, jak korkowym tłumikiem przed wyciami syren i hałasem maszyn, magazynami, fabrykami skoncentrowanego przemysłu – zataczał łuk wielkim półkolem poprzez wzgórza i wychodził po kilkudziesięciokilometrowej wędrówce w krajobrazie, któremu przetworzenie techniczne nadało nowy swoisty urok, szerokiem, lejowatem ujściem na Bałtyk – za Helem przy Rozewiu” - pisze Kulleschitz.


Cóż za wspaniała wizja! W 2005 roku Gdynia jest, w oczach autora noweli z 1936 roku, wielkim supernowoczesnym ośrodkiem miejskim, prawdziwym ziszczeniem snu o „szklanych miastach”, jak sam wspomina. Port obsługuje całą centralną Europę i nie tylko. Wanda pracowała bowiem, jak dalej opowiada Kulleschitz, w biurze Kompanjii Handlu z Centralną Azją, które nie nadążało z realizacją zamówień z obszaru „od Dunaju aż po Bajkał”.

Co więcej, Kompanja musiała sprostać obsłudze tranzytu towarów z Azji do Kanado-Grenlandii, nowego tworu na mapie świata. Wyspa przesunęła się była blisko kontynentu amerykańskiego, a oba kraje ociepliły znacznie. Grenlandja zrzuciła z siebie pancerz lodów i stała się terenem polskiego osadnictwa – była dla Polaków tem, czem sto lat temu Australja dla Anglji” - wyjaśnia Kulleschitz.

W 2011 roku, w sześć lat po wizji autora noweli, Gdynia rzeczywiście uchodzi za miasto piękne i nowoczesne, ale aż tak ogromną i ważną metropolią jak chciał Kulleschitz, nie jest. Także port gdyński jest znacznie mniejszy. No i wciąż jeszcze przyjmuje statki tylko od strony Zatoki Gdańskiej, a nie otwartego morza u nasady Półwyspu Helskiego. Co jednak zastanawiające w noweli Kulleschitza, Gdynia nadal jest głównym portem Polski. Autor nie wspomina bowiem o innych miastach nadmorskich. Widać granice RP nad Bałtykiem w 2005 roku miały pozostać takie same jak w 1936.

Wizja przesunięcia się Grenlandii i kolonizacji jej przez Polaków jest oczywiście zupełną fantasmagorią. Być może była to nadzieja rozpalona przez sukcesy pierwszych polskich ekspedycjach polarnych, o których akurat wtedy było głośno. Trzeba jednak przyznać, że w opisie tym pojawia się także prawdziwa intuicja. Kulleschitz zwraca mianowicie uwagę na ocieplenie się klimatu i topnienie lodowców na tej największej wyspie świata. Z treści noweli nie wynika tylko, czy w 2005 roku nadal pozostaje ona w rękach duńskich, czy jest już nasza.

Liczy się tylko miłość

W mieszkaniu Wandy był także telewizor, który w noweli służy do komunikowania się z bliskimi, a nie do oglądania telewizji jak w czasach współczesnych. Dziewczyna skontaktowała się przez niego ze swoim narzeczonym, kapitanem Wątorskim, który odbywał „pierwszą, pionierską podróż na drugą półkulę ziemską kursem przez biegun” - jak pisze Kulleschitz.

Warte zauważenia jest, że statek młodego kapitana był, „pędzony nie śrubami, bo te złamałyby się o lodowce przy biegunie, ale obrotowemi walcami, ukrytemi w kadłubie, pozwalającymi rozwinąć niezwykłą szybkość – coprawda przy bardzo dużym zużytkowaniu energji”, co pozwalało mu pruć morze niczym torpeda. Rzeczywiście musiała to być całkiem niezła prędkość, skoro w ciągu zaledwie półtora dnia statek pokonał trasę z Lofotów do portu w Gdyni. Byłby nawet przybył szybciej, gdyby jego właściciel, Trust Koordynacji Akcji Morskiej i Kolonjalnej, nie nakazał mu specjalnie zwolnienia, tak aby powrót do Gdyni wypadł akurat w czasie uroczystych obchodów jubileuszu zaślubin Polski z morzem 10 lutego.


Czym był ów Trust? „Było to potężne kierownictwo spraw zamorskich i współpracy z Bratniemi Republikami w zakresie migracji i kolonizowania. Był to prawdziwy trust mózgów, równorzędny z najwyższemi Służbami (ministerstwami) Państwa. Wywodził się ze starej, zasłużonej organizacji, założonej prawie przed wiekiem, Ligi Morskiej i Kolonjalnej, która z biegiem czasu podlegała ciągłym przeobrażeniom i wreszcie wraz z rozrostem swych prac wyłoniła z siebie najwyższą władzę pod nazwą Trust'u Koordynacji.” - wyjaśnia Kulleschitz.

Powitanie statku Wątorskiego odbyło się z wielką pompą. Na Zatoce Gdańskiej ustawiła się kolumna statków, która miała przepłynąć przed oczyma zgromadzonych na nabrzeżu i trybunie honorowej gości w tym przed prezydentem Polski. Nad ich głowami rozpościerała się olbrzymia biało-czerwona wstęga rozpięta na niebie, od Helu po Gdynię, przez samoloty.

Największą atrakcją obchodów było oczywiście przybycie statku Wątorskiego. Ten też błysnął iście ułańską fantazją. „Roto-walce pracowały z najwyższą dozwoloną szybkością wytłaczając wzdłużnemi rurami tony wody, wznoszące się za rufą nakształt olbrzymiego wodozwału. Statek pędził jak torpeda, jak ślizgowiec – jak błyskawica! Od dziobnicy leciały dwa rozpryski jak dwie fontanny, jak dwa gejzery! (…) statek znieruchomiał o dwa kable przed trybuną Pierwszego Obywatela.” - pisze Kulleschitz. Było samo południe 10 lutego 2005 roku.

Jak widać, Polacy u progu XXI wieku nie tylko kolonizowali Grenlandię, ale także wytyczali nowe szlaki morskie i to przy pomocy jednostek wyposażonych w silniki o niesamowitych możliwościach. Choć Kulleschitz pomylił się co do polskich możliwości, to jednak intuicja podpowiedziała mu prawdziwie, że w niedalekiej przyszłości arktyczne drogi morskie staną się niezwykle ważne dla światowego handlu. Obserwujemy to dzisiaj. Topniejące lodowce coraz bardziej otwierają Przejście Północno-Zachodnie i Północno-Wschodnie. Udowodniono już również, że trasa przez biegun jest możliwa do pokonania i to zarówno okrętami podwodnymi, jak i statkami.

W noweli są dwie wizje Kulleschitza, co do których możemy naprawdę żałować, że się nie sprawdziły. Po pierwsze, nigdy nie powstała w Polsce organizacja taka jak opisany przez niego Trust. Szczególnie po 1989 roku gospodarka morska pozostawiona została samej sobie. Po drugie, obecna Liga Morska jest zaledwie cieniem dawnej, przedwojennej organizacji. Na tyle słaba, że nie jest w stanie nie tylko wydać z siebie trustu mózgów, ale nawet czegoś znacznie mniej spektakularnego.

Nowela Kulleschitza kończy się zdaniem, że zaraz po spotkaniu z prezydentem Wątorski „powiódł oczyma daleko, po galerjach, szukając rysów twarzy kochanej kobiety”. A więc w ostatecznym rozrachunku i tak liczy się tylko miłość. I w tym się akurat nie pomylił. Od 1936 roku nic się w tej sprawie nie zmieniło.

Tekst i fot.: Tomasz Falba

1 1 1
Waluta Kupno Sprzedaż
USD 3.6182 3.6912
EUR 4.2232 4.3086
CHF 4.5137 4.6049
GBP 4.8868 4.9856

Newsletter