Inne
W lutym w „Naszym MORZU”

O los Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni, jej prezesa Romana Kraińskiego pytają Tomasz Falba i Czesław Romanowski.

Prezes
Roman Kraiński

Panie prezesie, dlaczego zarząd Stoczni Marynarki Wojennej tak usilnie zabiegał o ogłoszenie jej upadłości? W jaki sposób poprawi to jej funkcjonowanie?

- Zarząd nie zabiegał, zarząd nie miał wyboru. Bank wypowiedział nam czterdziestomilionowy kredyt i brak wniosku o upadłość mógłby skutkować tym, że wniosek o upadłość likwidacyjną złożyłby wierzyciel. Dlaczego się z tego cieszymy? Otóż w sytuacji, w której firma nie ma środków na dalsze działanie, jest kilka możliwości. Jedna z nich – najlepsza, najprzyjemniejsza – to znalezienie właściciela, który dokapitalizuje, pokryje długi, przeprowadzi restrukturyzację i tak dalej. Niestety, w naszej sytuacji byłaby to niedozwolona pomoc publiczna. Musieliśmy radzić sobie sami. Z moich rachunków wynikało, że stocznia nie jest w tak złej sytuacji, jak uważała część ludzi. Może wyjść na prostą przy rozłożeniu w czasie zobowiązań i jednocześnie zredukowaniu kosztów. Stocznia wewnętrznie nie jest efektywna, bo rynek wojskowy, z obiektywnych przyczyn się kurczy, taka jest sytuacja budżetowa. Oceniłem wszystkie parametry i doszliśmy do wniosku, że w przypadku złożenia wniosku o upadłość układową, mamy szansę się pozbierać.

Zwalniając ludzi?

- Nie tylko. Zaczęliśmy robić trzy rzeczy. Pierwsza: w naszej stoczni podstawowym składnikiem kosztów, do sześćdziesięciu procent, są koszty osobowe. Stwierdziłem, że mamy olbrzymie przerosty. Tu różnimy się w ocenie z organizacjami związkowymi, ale oni muszą bronić ludzi. Nie do utrzymania jest jednak sytuacja, że pięciuset pracuje, a ośmiuset im pomaga. Uważam, że równie efektywnie wspierać produkcję może mniejsza liczba pracowników. Wyliczyliśmy, że zwolnienie około trzystu osób da nam miesięcznie około półtora miliona złotych oszczędności.

I na tym koniec zwolnień?

- Tak, ale skutek finansowy dla stoczni, z powodu okresu wypowiedzeń, będzie odczuwalny dopiero w drugim kwartale roku. Druga rzecz to zmiana organizacji pracy. Ludzie, którzy pozostaną, muszą pracować z większą efektywnością. Inaczej mówiąc, z tej samej, lub nawet nieco większej, ale liniowo związanej ze sprzedażą kwoty pieniędzy wydanych na pensje, muszę mieć o wiele większą sprzedaż. I trzeci czynnik, najważniejszy – rynek. Bo jak nie będziemy mieli gdzie sprzedawać, możemy się wewnętrznie reorganizować do woli i nic z tego nie wyjdzie.

No właśnie, co teraz będzie się działo w stoczni? Jaką drogą pójdzie?

- Najpierw powiem, w jakiej jesteśmy sytuacji. Ano w takiej, że 22 grudnia sąd wydał postanowienie o upadłości z możliwością zawarcia układu z wierzycielami. To znaczy, że z tym dniem wstrzymuje się coś, co nam bardzo dopiekało, czyli egzekucję zadłużenia. Mieliśmy cały czas na koncie komornika, ciągle nam coś zabierał. To niezwykle kłopotliwe, nie pozwala niczego sensownego zaplanować. To był bardzo długi i zły okres, wszyscy nasi wierzyciele wiedzieli, że będzie upadłość, więc brali, co można. Tak czy inaczej – dzisiaj jesteśmy na początku drogi. Jest to jakiś sukces, sąd podzielił naszą opinię, że mamy szansę na wyjście z kłopotów. A wracając do panów pytania. Co się teraz będzie działo? Ano musimy poczekać trzy miesiące, tak jest w postanowieniu, aż się zgłoszą wszyscy potencjalni wierzyciele. Co prawda mamy ich listę i sami wysyłamy zawiadomienia, ale taka jest procedura. Później zaczniemy indywidualne rozmowy, będziemy sondować i negocjować warunku układu.

 Jak bardzo jesteście zadłużeni?

- Na kilkadziesiąt milionów złotych. Ważne, że jeden z naszych najpoważniejszych wierzycieli, zgodził się na konwersję długu, czyli 40 milionów, na akcje. Nie będziemy musieli tego oddawać, o tyle zostanie natomiast podniesiony kapitał.

Ilu macie wierzycieli?

- Około ośmiuset. To dużo. Ale gdybym dzisiaj zapłacił większości z nich, w sumie półtora miliona, to z tej liczby zrobi się 180, w wielu wypadkach są to bowiem bardzo niewielkie kwoty. W optymistycznym wariancie, do końca roku uda nam się zawrzeć układ. To olbrzymia praca. Jakie mam argumenty wobec wierzycieli? Że zapłacę połowę w kilku ratach, ale zapłacę. Bo jaka jest alternatywa? Wierzyciel się nie godzi, przychodzi syndyk i latami sprzedaje majątek. Drugi argument, myślę że racjonalny - jesteśmy jedną z ostatnich w Polsce dużych stoczni. Głęboko wierzę, że żadnemu z naszych kooperantów nie zależy, by nas dobić. Jeżeli przedstawimy perspektywę, że to jest szansa również dla nich, bo nie tylko mamy z czego spłacić długi, ale też będziemy mieli kontrakty, będzie praca. W tym pokładam dużą nadzieję.

Czyli ten rok to zawarcie układu i reorganizacja stoczni...

- Tak i jeszcze budowa dodatkowego działu. Nasz zakład to typowa stocznia remontowa - względnie dobrze remontuje, natomiast budowa odbywa się tutaj metodą chałupniczą, niejako przy okazji. Remontowiec nigdy nie będzie dobrze produkował. Musimy więc od nowa zbudować nowoczesny i efektywny pion zajmujący się budowami, ponieważ to będzie bardzo istotna część naszego nowego rynku. Nie remonty, a budowy. Do tego zmusza nas sytuacja. Nie mam tak szerokiej i prężnej rzeszy agentów, którzy by ściągali duże remonty. W tej chwili trafiają do nas niewielkie rzeczy, rzędu miliona, dwóch euro. A budowy to duże pieniądze i co istotniejsze, rynek, którego nie dotknął kryzys. Są kraje, które potrzebują nowych jednostek wojskowych, a kryzys ich nie obchodzi.

Stocznia Marynarki Wojennej nie ma jednak dobrej opinii. Może nawet inaczej - nie ma dobrego PR. Mamy wrażenie, że przyczyniają się do tego także pańskie wypowiedzi. Mówi pan na przykład, że ten, który remontuje nie będzie dobrze budował...

- Zgoda co do złego PR. Może nawet nie złego, po prostu go nie było. Zilustruję to na przykładzie Gawrona. Wszyscy piszą, że stocznia „cacka się” z tym okrętem od 2001 roku. A jest tak, że w 2001 roku przyjechał premier Leszek Miller, wbił młotkiem do klocka blaszkę i „rozpoczęła się budowa korwety”. Tylko, że było to tak, jakby panowie zamierzali zbudować dom, kupili działkę i wbili w nią palik, a potem zaczęli się rozglądać za pieniędzmi. Przez trzy lata trwała dyskusja, czy budujemy siedem, pięć, a może trzy korwety. A to oznacza, że nie można ruszyć, bo przy każdym wariancie zmienia się rozłożenie kosztów. W 2006 roku zapadła wreszcie decyzja: są pieniądze, budujemy. I zbudowaliśmy w pełni wyposażony kadłub, w tempie, w jakim buduje się je na świecie. Pisano też, że robimy tego Gawrona najdrożej jak tylko można. Otóż nasza korweta jest tańsza o 20 procent, niż taka sama, a gorzej wyposażona, robiona w Niemczech. Druga sprawa, trzeba zmienić złe nawyki, stocznia nie może sobie pozwolić na opóźnienia, na powiedzenie kontrahentowi - zabrakło trochę farby, ale za trzy miesiące statek będzie skończony jak w banku! Chętnych do budowy jest wielu i jeżeli raz czy drugi nie skończymy pracy na czas, kontrahent powie, że takich samych jak my znajdzie gdzie indziej i tamci zrobią to w dodatku terminowo. Jeśli armator zamawia statek na 15 czerwca, mam prawo myśleć, że na 20 ma zakontraktowany pierwszy fracht.

A kwestia remontowców, którzy, według pańskich słów, nie zbudują statku?

- Remontowiec wstępnie ocenia zakres prac przy statku czy okręcie. Najczęściej sam klient mówi, co należy zrobić. Już na tym etapie trzeba dokładnie się przyjrzeć, jaki jest rzeczywisty zakres robót. Trudno bezwzględnie określić termin zakończenia. Można zadeklarować, że będą to trzy miesiące, ale jeżeli po zdjęciu szalunku okaże się, że jest drugie tyle roboty? A przy budowie można, dzięki sprawnej organizacji i normowaniu, określić termin dokładnie co do dnia. Tam nie ma niespodzianek, zwłaszcza gdy robi się kolejny statek z serii. To nie jest tak, że ja remontowców oceniam gorzej. Więcej, często są oni lepszymi fachowcami, muszą być bardziej uniwersalni. Musimy więc tak przeprowadzić restrukturyzację, żeby zlecone prace przeprowadzić szybciej, lepiej i taniej. Musimy być konkurencyjni, inaczej nie wygramy żadnego przetargu i zmiecie nas „niewidzialna ręka rynku”. Muszę nastawić ludzi na inny rodzaj organizacji, zmienić mentalność. W produkcji, na którą, jak mówiłem, będziemy stawiać, upatruję naszej szansy. Produkując coś od nowa nie musimy doganiać innych, możemy ich od razu przeskoczyć. Robić nowocześnie.

Pozwalnia pan ludzi, zrestrukturyzuje stocznię. Czy ci, którzy zostaną będą mogli liczyć na lepszą płacę?

- To trzecia rzecz, którą zamierzam w tym roku zrobić. Gdy tylko trafi się zamówienie na nowy statek, będziemy stosować nowy system motywacji. Będzie to liniowo związane ze wzrostem produkcji. A niech ludzie nawet po dziesięć tysięcy zarabiają, dlaczego nie?

W tej chwili jaka jest średnia zarobków?

- Około trzech i pół tysiąca brutto. To za mało, wiem. Ludzie muszą zarabiać więcej, ale musi w ich głowach powstać związek między produkcją a płacą.

A pan ile zarabia, panie prezesie?

- To żadna tajemnica, cztery średnie krajowe, około dwunastu tysięcy brutto.

A jakie są pana stosunki ze związkami zawodowymi? Pamiętamy demonstrację pracowników stoczni w Warszawie, były słowa szefa stoczniowej Solidarności o tym, że zwolnienia zagrażają obronności kraju.

- Nasze stosunki ewoluują. Uprzedzono mnie, że moją pierwszą porażką będą stosunki ze związkami. Tak się nie stało. Na początku, to prawda, bardzo walczyliśmy. Ale nasze relacje się cywilizują. Nie słyszałem i nie czytałem wypowiedzi związkowców, którzy by na mnie naskakiwali imiennie. Związki walczą o ludzi, więc dobierają argumenty związane z walką, to oczywiste. W końcu jednak zawarliśmy porozumienie w sprawie zwolnień.

Wróćmy do Gawrona. Co się z nim dzieje?

- Gawron wrócił do hali, trwają na nim prace. Chętnie byśmy już na nim budowali nadbudówkę, ale przedtem musi zapaść decyzja w sprawie systemu walki, co powinno się stać w 2011 roku. Na razie kończymy platformę.

Tracimy duże pieniądze na utrzymanie Gawrona, a gdy wreszcie spłynie na wodę, na większość jego części nie będzie już gwarancji...

- System walki będzie nowy, więc kwestia gwarancji tutaj nie występuje. Natomiast jeżeli chodzi o inne urządzenia, robimy przeglądy, żeby nie utracić gwarancji, a poza tym producenci, wiedząc, że okręt nie pracuje, przedłużają gwarancje. To jednak prawda, samo utrzymanie kosztuje setki tysięcy złotych rocznie. Ale jednostka musi być ubezpieczona i pilnowana. To są koszty, które ponosi państwo. Tego nie przeskoczymy.

Panie prezesie, ile i jakie jednostki są w tej chwili remontowane w stoczni?

- Stoją u nas Iskra, Orzeł i Kościuszko. Miały być skończone w zeszłym roku, ale wynikły dodatkowe prace, na które ministerstwo nie miało pieniędzy i ta część robót przeszła na ten rok. Poza tym jest pusto. Czekamy na modernizację dwóch tarantul, mamy wystartować w przetargu na Nawigatora - to wymarzona dla nas jednostka, bo tam do wymiany jest cała elektronika. Ma wejść też jeden kobben. I to jest wszystko na ten rok.

Jak rozumiemy, w tej chwili zamówienia wojskowe to niemal sto procent waszej działalności. Z niej się jednak nie utrzymacie.

- Około osiemdziesiąt procent. Na rok 2010 planujemy pół na pół. Poczuję, że osiągnąłem cel, gdy będę miał większość zleceń cywilnych, z rynku. A jeżeli wojsko nam coś podrzuci, to będzie niejako działalność dodatkowa. W naszym planie restrukturyzacji założyliśmy stworzenie grupy kapitałowej. Obecna Stocznia Marynarki Wojennej pozostanie zakładem pracującym wyłącznie na rzecz MON. Ponieważ według zapisu w Traktacie Europejskim stocznia pracująca wyłącznie na rzecz obronności kraju, nie ma problemu z niedozwoloną pomocą publiczną, nie obowiązuje jej prawo o zamówieniach publicznych...

No tak, bo w sytuacji rozpisania przetargu, stocznia go przegrywa...

- Tak, zgoda. Ale bycie tylko stocznią MON-owską jest o tyle niebezpieczne, że ewentualne cięcia w budżecie dotkliwie nas doświadczają. Możemy po prostu zniknąć. Jako swego rodzaju amortyzator rynkowo-finansowy stworzymy spółkę-córkę, będącą naszą stuprocentową własnością, stocznię, która roboczo nazywa się stocznią cywilną. W niej będą zatrudnieni wszyscy pracownicy, wypożyczani w razie potrzeby do stoczni wojskowej. Powołujemy jeszcze drugą spółkę-córkę zajmującą się infrastrukturą.

Panie prezesie, a na jakim etapie są rozmowy z Wietnamczykami w sprawie jednostek wojennych, które mielibyście zbudować?

- Była tutaj ich delegacja, stwierdziła, że nasze warunki im odpowiadają. Tyle, że nie wiadomo, czy to my będziemy stroną kontraktu, czy nasz konkurent - Bumar.

Kontraktu jednak nie ma.

- Ale jest kredyt - 262 miliony dolarów. Umowa powinna być podpisana w pierwszym kwartale tego roku. To mnie ustawia na więcej niż rok. Na wstępie miałyby to być 3,4 okręty patrolowe i okręt szkolno-treningowy, dosyć trudny. Ma mieć około 80 metrów i ma na nim pływać 260 ludzi. Widać też, że Wietnam będzie chciał jeszcze więcej.

A żaglowiec dla Indonezji?

- To będzie jednostka konstrukcji inżyniera Zygmunta Chorenia, dłuższa niż Dar Młodzieży. Mamy zapewnienie, że jednostka jest już w budżecie Indonezji i najprawdopodobniej to my będziemy jego wykonawcą. Dlaczego jest on dla nas tak ważny? Przecież to „tylko” żaglowiec.

Prestiż...

- To raz. Ale ja patrzę pięć lat do przodu. Jeżeli chodzi o kadłub z cienkiej blachy, Gawronem możemy chwalić się na całym świecie, jest wzorowo zespawany. Teraz trzeba pokazać, że potrafimy zrobić także coś innego, jednostkę luksusową. Ten żaglowiec ma mieć standard konferencyjny - tak to tam nazywają. Jeśli go zbudujemy, będziemy mogli iść dalej w tym kierunku. Rynek luksusowych jachtów to kolejny, który nie poddaje się kryzysowi. Nie chciałbym permanentnie wyrzucać ludzi.

Gdzieś jeszcze szukacie rynku?

- W Jemenie, Algierii. Tam już nie chodzi o okręty, a o statki bunkierki, tankowce.

W czym chcecie się specjalizować? Okręty logistyczne na przykład, patrolowce?

- Powiem tak, mam upatrzony segment, ale nie chcę w tej chwili o nim mówić. Musimy znaleźć sobie niszę. Remonty się zaraz skończą, a trzeba z czegoś żyć.

Ile jest prawdy w pogłoskach, potwierdzonych także w jakimś stopniu przez ministra obrony narodowej, o inwestorze francuskim, konkretnie koncernie DCNS? Mówiło się także o holenderskim Damenie...

- Holendrzy nie złożyli aplikacji, więc zostaje jedynie DCNS. W tej chwili rozmowy są zawieszone, bo sprzedawanie stoczni w tym momencie byłoby, powiedzmy, przedwczesne.

Z tego co pan mówi, wynika, że przed stocznią otwiera się dosyć konkretna przyszłość. A wydawało się, że stoi nad przepaścią...

- Decyzja sądu o ogłoszeniu upadłości ją otworzyła. Wierzę, że nam się uda.
{jathumbnail off}
1 1 1
Waluta Kupno Sprzedaż
USD 3.6182 3.6912
EUR 4.2232 4.3086
CHF 4.5137 4.6049
GBP 4.8868 4.9856

Newsletter