
Najnowsza rzeźba Stanisława Biżka "Ostatni stoczniowcy"
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Jak w szczecińskiej stoczni budowali dla Turków statek, wszędzie musiały wisieć portrety Mustafy Kemala Atatürka. Jak wódz patrzy na Turcję, jak jest ojcem narodu. Najpiękniejszy miał być wielki gobelin w mesie z jego wizerunkiem.
Plastyk dostał zdjęcie. Rozrysował. Utkano tkaninę. Reakcję kapitana ładnie nazwać konsternacją.
- To może wasz Bierut, ale nie nasz Atatürk - syknął.
Turcy zapowiedzieli, że z takim Kemalem Mustafą Atatürkiem nie wypłyną. Bo i dziś w przewodnikach zaznacza się turystom, że nieobyczajne zachowanie wobec wizerunku wodza to przestępstwo.
Wódz na gobelinie miał włosy brązowe. Atatürk był blondynem. Plastyk dostał czarno-białe zdjęcie. Jasne włosy u Turka na fotografii uznał za efekt słonecznego doświetlenia.
- Plastyk daleko, z Gdańska - wspomina Henryk Lisewski. - Pojechałem do sklepu z akcesoriami dla artystów. Rok 1983. Farby akrylowe tylko na legitymację ZPAP. Ale jakoś udało się kupić. Przy współudziale jednego z tureckich załogantów wyduszałem tubki z żółtą w czuprynę na gobelinie.
Dlatego Lisewski śmieje się: - Jak czytamy w kontrakcie, że oprawa plastyczna wnętrza statku to sprawa armatora, jesteśmy najszczęśliwsi na świecie.
Góra jest nasza
Czwarte piętro drugiego czerwonego biurowca przy ul. Firlika w Szczecinie. Tu zaspokaja się gusta całego świata. Szafy pełne katalogów. Próbki w każdych kolorach. Dziś można dostać już wszystko. Producenci nie odmawiają materiałów, gdy zamówienie nie na hektary.
Henryk Lisewski z żoną na tym kolorowym poletku w pracowni architektury i wyposażenia wnętrz stoczni szczecińskiej pracuje od 30 lat. Przyszli po Politechnice Szczecińskiej. Dyplom - projekt statku pasażersko-samochodowego. Pierwszy dyplom okrętowy na architekturze.
Wkraczają już na etapie tworzenia się koncepcji statku.
- Kadłub to wynik prac obliczeniowych - wprowadza Lisewski. - Ale "góra" to już nasza sprawa.
Na podstawie założeń armatorskich rozrysowany zostaje plan ogólny. Wielkość statku, sylwetka, podział przestrzenny: na ładownię, siłownię i te pomieszczenia bytowe. Dalej takie pracownie jak maszynowa, elektryczna, instalacyjna, wypełniają statek treścią. A oni zastanawiają się, jak "upchnąć" te jego techniczne funkcje w bryle, która nie będzie straszyła na morzu, ale cieszyła oko.
Statek towarowy nadbudówkę ma na rufie, a architekt niewiele pola do popisu, ładunek tu najważniejszy. - Chciałoby się tam choć detal rozwinąć, reling, daszek, ale armator mówi zaraz: "A po co mi ta blacha, to zbędny balast" - przyznaje Jolanta Lisewska.
Standard ludzki, ale skromny
Kiedy statek bliżej pasażera, muszą myśleć nawet o meblach. Widzieli armatorów, którzy chcieli ludzki, ale skromny standard. Metalowe krzesła z plastikowym siedzeniem. Przykręcony stolik z plastikowym stołem. Tacy zamawiając statek zakładają, że nie będą go sami eksploatować, tylko puszczą w czarter. Widzieli armatorów, którzy chcieli dla załogi warunków lepszych niż domowe. Raz australijska firma zamawiała statek, w którym kabiny miały nawet 40 m kw. Wyglądało to na dziwactwo, ale armator uważał, że ciasne pomieszczenia, mimo że klimatyzowane, nie gwarantują komfortu w trudnych warunkach tropikalnych. Komfort pomaga utrzymywać załogę w ryzach.
- Przepisy nie pozwalają na zaniżenie standardu, ale z wystrojem wnętrz, jak ze skrzypcami, jedne to stradivariusy, drugie gęśliki, choć i te, i te grają - przyznaje Henryk Lisewski.
- Każdy człowiek ma swój gust - tłumaczy Jolanta Lisewska. - A na statku trzeba stworzyć środowisko uniwersalne, bo przecież mieszkają tu całe załogi, i się zmieniają.
Narodowość odbija się w gustach. Pastelowe, ciepłe kolory (to też odpoczynek dla oczu) w kabinach, lekkie jasne meble, skórzane obicia - to standard skandynawski.
Zupełnie inne podejście mają armatorzy niemieccy. U nich zwycięża solidny mieszczański gust w kierunku starych statków. Pomieszczenia ciemne, ściany drewnopodobne. Ciężkie, masywne meble, kotary, firanki z falbaneczką jak u babuni. Koniecznie kwiatki, mogą być sztuczne, byle kwitnące.
Albo zamawiający życzy sobie, żeby kolorystyka pomieszczeń odpowiadała barwom flagi armatorskiej, i tak kabiny załogowe mają być pomarańczowe, pomieszczenia ogólne w tonacji niebieskiej, a wystrój kabiny kapitana jest czerwony.
Wasze meble brzydkie
Zamówienia bywają bardzo szczegółowe.
- Kiedyś przepisy były obłędnie ścisłe - wspomina Anna Wojsznis, dziś wzięta malarka, która w biurze projektowo-konstrukcyjnym Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego na stanowisku projektanta pracowała od 1972 r. - Przy stoliku kapitańskim przestrzeń dla pasażera metr szerokości, przy zwykłych - 70 cm.
W latach 70. ta piękna absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, gdzie już w 1958 r. doc. Adam Haupt otworzył pracownię projektowania wnętrz okrętowych (znakomite połączenie projektowania architektury okrętów i wzornictwa trafiło w potrzeby społeczne i wiązało program uczelni ze specyfiką regionu nadmorskiego), przekonywała Skandynawów do zawierzenia polskim możliwościom.
- Początkowo Norwegowie nie chcieli naszych mebli - wspomina Anna Wojsznis. - Mówili: "wasze brzydkie". A ja ich czarowałam, pokazywałam, że w naszym Czarnkowie mogą dla nich dodatkowo zaprojektować.
Największą frajdę sprawiało jej projektowanie samych sylwetek statków. Z tej siatki linii teoretycznych nagle krok po kroku wychodził statek. - To było dla mnie jak rodzenie nowego organizmu - wzdycha z zachwytem. - Jakby wychodziło nowe zwierzę, a w środku cały ten jego organizm żyje.
Wymyśliła statki, które piętrzyły się w górę niczym pływające bloki. Zachwyceni maszynkarze (w żargonie stoczniowym - projektanci siłowni) mówili: - Pani Anno, ja tę pani aksonometrię to sobie nad łóżkiem powiesiłem.
W latach 60. nadbudówki statków były w kształcie bardziej opływowe. Ale potem Stocznia chciała budować jak najwięcej, jak najszybciej. - "Udziwnienia" wstrzymywały im robotę - potakuje Henryk Lisewski. - Blachę trzeba było walcować. W obłych kształtach trudniej było rozplanować przestrzeń w środku. No to wyprostowaliśmy nadbudówki. Statki towarowe dziś są "pudełkami".
Fucha, ale na poziomie
Hierarchia jest wyraźnie zaznaczona. Kapitan zwyczajowo musi mieć kabinę na prawej burcie. Jak najbliżej mostka. No i nad kapitanem nikt nie powinien mieszkać.
Zapytaj dziś marynarza mustrującego się na statek w PŻM-ie, co zrobić, żeby mu było na statku ładnie, a odpowie, że koję chciałby wygodną, w miarę szeroką (jeszcze się zdarza, że oficerowie mają szersze), żeby czasem można było sobie rodzinę wziąć. - Choć to coraz rzadsza praktyka, świadomość tej możliwości daje lepsze samopoczucie - śmieje się kpt. ż.w. Leszek Kłoda.
Kiedyś dekoracje na ściany statków projektowali znani szczecińscy artyści: Mazuś, Biżek, Chmielnik, Paszkiewicz.
Rzeźbiarz Stanisław Biżek znajduje jeszcze w pracowni modele gipsowe tamtych prac. Przeniesione na blachę miedzianą płaskorzeźby wisiały oprawione w stołówkach radzieckich statków. Wszystkie prace były zatwierdzane w Moskwie.
Witanie słońca o poranku. Budujemy nowy dom. Traktor na polu. Sputnik w kosmosie. Takie, zgodnie z duchem czasu opowiadanie o potędze, że wszystko doskonale funkcjonuje, a obywatel dla obywatela.
Traktowali to jako fuchę, ale poziom artystyczny też trzymali.
- Kolega Błonka miał namalować na statek panoramę Odessy - mówi Stanisław Biżek. - Powiedział, że na podstawie pocztówki to żadna sztuka. I zawieźli go do Odessy.
Moskwa jest tam, a ja tu
Obrazki na ściany to zresztą cały odrębny temat. Jolanta Lisewska chodzi z armatorem po galeriach i wybierają landszafty. Preferowana banalna lądowa sielanka. Kościółek, w tle najlepiej góry. Tak. Kutry na plaży nad morzem. Nie. Jeśli woda, to co najwyżej strumyczek, bo tematyki marynistycznej marynarze mają w bród.
- Marynarze ciągle widzą wodę, wodę, wodę i ledwie kontury lądów - przypomina kpt. Mirosław Folta. - Brakuje nam tej przyrody, drzew, kwiatków.
Obrazki to konik armatorski, że hej. Ściślej, nie konik. - Marynarze mają swoje przesądy - zdradza Jolanta Lisewska. - Żadnych koni na ścianach.
Nie kwalifikują się też kobiety. W magazynach Stoczni leży portret tancerki flamenco, niby zapiętej po same uszy, ale której zdecydowanie nie przyjął na statek armator holenderski.
U rosyjskiego kapitana nie przeszła mozaika, choć wcześniej zatwierdziło ją ministerstwo w Moskwie. Misternie ułożone z drobnych żółtych kamyczków morze jednoznacznie skojarzyło się z Morzem Żółtym. Więc je skuwali.
- Moskwa jest tam, a ja jestem tu - wybuchnął kapitan statku. Jak Turcy kupili Mazovię, trzeba było wyrżnąć z promu ozdobne drewniane mazowieckie koguty. Nie uważają motywów zwierzęcych.
Jechały pociągi z darami przez Polskę
Danuta Barcikowska, jedyna obecnie kobieta kapitan na statkach PŻM-u, zastanawia się, jak do stoczni w Chinach dowieźć obraz? Jest matką chrzestną statku "Mazowsze", w którym potem zajmie kapitański mostek. W mesie zawiśnie widok na pola i wierzbę. Nazwa statku zobowiązuje.
Najnowsze statki PŻM-u noszą nazwy polskich regionów: "Podlasie", "Pomorze", "Roztocze", "Kaszuby". Na statkach znajdują się związane z ich imionami akcenty plastyczne. O to już dbają matki chrzestne wybierane z tych części Polski.
Kiedyś nazwy z większym rozmachem przekładały się na wyposażenie. Mieć swój statek to było wydarzenie wielkiej rangi. Do PŻM-u o nazwę statku prośby pisały zakłady pracy, kopalnie, środowiska kombatanckie. Były więc np. serie nazw kopalń, choć na takich nazwach jak Kopalnia Moszczenica czy Kopalnia Sośnica łamali sobie język cudzoziemcy.
Patroni czuli się zobowiązani. Statek rodzi się jak człowiek, jak człowiek otrzymuje imię i jak człowiek potrzebuje przyjaźni. Z patronackich kopalń, hut, zakładów pracy jechały więc przez Polskę pociągi z darami: meble, materiały, dekoracje.
"Włókniarza" można było całego spowić w tkaninach jak przyjechał dar z Zakładów Włókienniczych w Łodzi.
Rowery z "Ziemi Bydgoskiej" bardzo się przydawały, jak statek zawijał do portu odległego od miasta.
Na korytarzach "Batalionów Chłopskich" marynarze będą oglądali czarno-białe fotogramy partyzantów z pepeszami. Patronem duchowym statku było Zjednoczone Stronnictwo Ludowe. Kombatanci wizytowali statek. Dowozili pamiątki. Seria kombatancka będzie bardzo długa: "Major Hubal", "Maciej Rataj", "Rodło", "Powstaniec Listopadowy", "Batalion Czwartaków", a potem "Armia Krajowa", "Szare Szeregi", "Orlęta Lwowskie", "Polska Walcząca".
Powstańcy zadbali, żeby w pomieszczeniach masowca "Powstaniec Warszawski" znalazło się jak najwięcej historycznych pamiątek. Obrazy, zdjęcia, książki, medale. Po wodowaniu w 1982 r. w każdym porcie odwiedzała masowiec mieszkająca tam Polonia. Każdego dnia była kolejka zwiedzających i mnóstwo wzruszeń i łez.
Na czwartym piętrze PŻM-u, w małej izbie pamiątkowej wisi trochę drobnych pamiątek z tamtych wystrojów. Miedzioryt. Witraż. Rzeźba z węgla. Takie dekoracje najczęściej giną ze statkiem, który idzie za granicą na złom.
Wystrój będzie kwestią rzutników
Nowa dekoracyjna przygoda ciągnie się w Stoczni Szczecińskiej od 12 lat. Jeden ze skandynawskich armatorów ma taki zwyczaj, że jego statki zdobią malunki dzieci ze szkół w regionie, gdzie był budowany statek.
Przed wodowaniem uczniowie biegają po statku. Szukają swojego rysunku. Na każdy statek maluje inna szkoła. Przedstawiciel armatora osobiście wybiera rysunki. Bo potem jak w portach zwiedzają statek, to ledwie spojrzą do siłowni, tylko te obrazki oglądają - tłumaczył.
Anna Wojsznis chętnie ogląda na Discovery filmy dokumentalne, jak dziś stocznie budują statki. Prof. Adam Haupt opowiadał swoim studentom, że gdy Polska będzie już krajem zaawansowanym technologicznie, to projektowanie wnętrza stanie się kwestią rzutników ze zdjęciami czy filmami i operowaniem światłem. Raz na ścianie będzie pustynia, raz dżungla, innym razem rajski ogród. - On był wspaniałym wizjonerem - wspomina zajęcia studentka Haupta. - Ale ja widzę w telewizji, że i na Zachodzie jeszcze takich statków nie ma.
Lisewscy towarzyszą statkowi od początku do końca. Jola Lisewska jeszcze na koniec firankę umarszczy. Bo stoczniowiec nie upnie, powiesi ją jak prześcieradło po praniu. A przecież jak kto pierwszy raz wchodzi na gotowy statek, to się nie patrzy najpierw, jaki silnik w siłowni, tylko na efekt estetyczny, czy ładnie jest.
***
Anna Wojsznis odeszła ze Stoczni w 1989 r. Dziś jest uznaną malarką. Na jej płótnach jednak nigdy nie pojawiły się majestatyczne statki, ale ostre, zaangażowane społecznie malarstwo.
***
W ostatnich miesiącach coraz trudniej było wyposażać statki. Zaniepokojone widmem upadku i niewypłacalności Stoczni Szczecińskiej kooperujące firmy nie chciały dostarczać zamówionych materiałów. A to kleju nie było, a to tkaniny zabrakło, a to mebli nie dowieźli, bo nie zapłacone.
A od czerwca na Firlika zrobiło się cicho i pusto. - Ja mam cały czas nadzieję, że my tam wrócimy - mówi Jola Lisewska.
Ewa Podgajna{jathumbnail off}
