
O to, by Polska została członkiem Międzynarodowej Komisji Wielorybniczej, od dawna zabiegają organizacje chcące chronić walenie. Zależało na tym też Unii Europejskiej. Nasz głos był potrzebny, bo kraje wielorybnicze takiej jak Korea Południowa, Rosja, Islandia, Norwegia czy też najaktywniejsza Japonia, stają na głowie by znieść wprowadzone w 1982 roku moratorium na komercyjne polowania na wieloryby. I są bardzo blisko osiągnięcia swego celu.
Kiedy po latach wymiany korespondencji między ministerstwem środowiska, spraw zagranicznych oraz Kancelarią Prezydenta RP w końcu się doczekano polskiego członkostwa, okazało się że nasz kraj sam się pozbawia prawa głosu. Po prostu nie wysyłamy delegacji na rozpoczynające się w tym tygodniu spotkanie Komisji na Maderze.
Innymi słowy to co się dzieje z waleniami obchodzi nas tylko teoretycznie. A powinno realnie.
Po pierwsze dlatego, że komisja zajmuje się nie tylko wielorybnictwem, ale także ochroną małych waleni, takich jak żyjący w Bałtyku morświn.
Po drugie, w ten sposób bierzemy część odpowiedzialności za to co się dzieje na morzach, które pokrywają większą część naszej planety. Dlatego nie dziwi mnie aktywny udział w komisji takich mało morskich krajów jak Węgry, Słowacja czy Czechy.
Po trzecie w 2011 roku, gdy obejmiemy prezydencję Unii Europejskiej, będziemy koordynowali i przygotowywali stanowisko całej wspólnoty w tej sprawie. Czy nie warto przedtem zapoznać się z problemem?
Po czwarte i najważniejsze - polowania na wieloryby to draństwo, któremu trzeba się sprzeciwić. Strzelanie do tych wrażliwych i inteligentnych ssaków z szybkich statków wielorybniczych nie ma nic wspólnego ani z tradycją, ani tym bardziej nauką. To właśnie dla rzekomych celów naukowych Japonia zabija do tysiąca dużych wielorybów rocznie. Steki z nich można kupić w supermarketach. Podobnie niczym nieuzasadnione są rzezie urządzane na wodach przybrzeżnych, podczas których zabijane są w okrutny sposób tysiące małych wielorybów i delfinów.
Pamiętajmy, że kraje, które najbardziej lobbują za tym procederem, to kraje bogate, nie mające najmniejszego problemu z wyżywieniem swych obywateli. Utrzymują krwawą fanaberię wielorybniczą by pokazać swym obywatelom jak bardzo są "niezależne i przywiązane do tradycji". To trochę tak jakby rząd polski nagle przywrócił krwawe walki dzikich zwierząt, które jeszcze w XIX w. cieszyły się w naszym kraju wielką popularnością i były tradycją na dworach królewskich, magnackich i szlacheckich.
Niech rząd się zreflektuje i niech polska delegacja wyjedzie na Maderę. I razem z krajami Unii, USA, Nową Zelandią i Australią broni wielorybów. Sytuacja jest krytyczna, bo głosy prowielorybie i prowielorybnicze rozkładają się niemal po połowie. Inaczej pozostanie nam tylko wstyd. I wiara, że nasza nieobecność jest wynikiem polskiego bałaganu, a nie aktywności którejś z wielorybniczych ambasad.
Adam Wajrak{jathumbnail off}
