
Chemikaliowce to drogie, zaawansowane technicznie statki wymagające wykwalifikowanej załogi. Na zdjęciu - jedna wybudowanych w Szczecinie jednostek tego typu
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Marynarzy, dla norweskiego armatora Salhus Shipping AS, zatrudniła agencja Stan Shipping z Gdańska.
- Nie mamy żadnego kontaktu z załogą - mówi Per Hansen, przedstawiciel Salhus Shipping AS. - Piraci wciąż się nie odezwali, nie zażądali okupu. Widzimy na zdjęciach satelitarnych, że statek zmierza na północ. Na razie musimy czekać.
Okolice Somalii są jednym z najniebezpieczniejszych rejonów świata. Przepływa tamtędy rocznie ok. 20 tys. statków. Wiele z nich atakują piraci. Międzynarodowe organizacje od lat nie radzą sobie z tym problemem.
- To dzicy ludzie - mówił miesiąc temu "Gazecie" Marek Niski, kapitan tankowca "Sirius Star" porwanego w listopadzie w tym samym rejonie. - Mieli kłopot z otwieraniem drzwi, z klamkami. Żaden z nich nie mówił w żadnym znanym nam języku. Pewnego dnia pozakładali buty, które były w magazynku. Nie umieli w nich chodzić.
Nie przeszkadza to jednak piratom posługiwać się fachową aparaturą satelitarną i bronią maszynową, z którą się nie rozstają. - Armatorzy robią, co mogą, by chronić swoje statki - mówi Krzysztof Gogol, doradca dyrektora naczelnego Polskiej Żeglugi Morskiej. - Od listopada wielu z nich zdecydowało się puszczać jednostki dookoła Afryki, omijając najniebezpieczniejsze rejony. Wtedy rejs trwa ok. 2 tygodni dłużej i kosztuje 5-6 tys. dolarów dziennie więcej.
Jednak i to nie daje rezultatów.
- Piraci bardzo się wzbogacili przez ostatnie lata - mówi Gogol. - Oczywiście na okupach. Mają najnowocześniejszy sprzęt. Obraz satelitarny wszystkiego, co dzieje się na wodach. Wiedzą, gdzie jest jaki statek. Rozpoznają marynarkę wojenną.
Dodatkowo piraci zmienili taktykę. Nie poruszają się już tylko motorówkami (co ograniczało ich pole działania wyłącznie do ataków przy brzegu).
- Teraz wypływają w głąb oceanu tzw. statkiem matką - wyjaśnia Gogol. - Z niego spuszczają małe łódki, na których podpływają do statków i je przejmują. Załoga nie może mieć broni, więc trudno się przeciwstawić, kiedy dojdzie do ataku. Niektóre załogi obwiązują relingi drutem kolczastym, montują węże strażackie. Ci, którzy mają szczęście, trafiają na okręty marynarki wojennej, wtedy tworzy się konwój. Ale flota wojenna nie ma możliwości konwojować 20 tys. statków rocznie.
Sprawą kolejnego porwania polskich marynarzy zajęła się prokuratura.
- Wszczęliśmy w tej sprawie śledztwo - powiedziała w piątek "Gazecie" prokurator Renata Pietrzak, szefowa szczecińskiego Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej. - Nie zdradzamy żadnych szczegółów.
Jak ustaliliśmy, śledztwo dostał ten sam prokurator, który od kilku miesięcy prowadzi międzynarodowe śledztwo w sprawie porwania w listopadzie na tych samych wodach tankowca "Sirius Star" ze wspomnianym polskim kapitanem (w sprawę zaangażowana jest Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i służby dyplomatyczne).
Statek "Bow Asir", należący do norweskiego armatora Salhus Shipping AS, pływa pod banderą Wysp Bahama. W środę wczesnym rankiem został porwany ok. 470 kilometrów od wybrzeży Somalii, gdy płynął do Kenii z ładunkiem 20 tys. ton chemikaliów. Wśród 27 członków załogi, oprócz pięciu Polaków, jest norweski kapitan, 19 Filipińczyków, Litwin i Rosjanin.
Anna Łukaszuk, Adam Zadworny{jathumbnail off}
