Żegluga

Był synonimem luksusu i morskich ambicji lat trzydziestych ubiegłego wieku. Podróżowali nim arystokracji, dygnitarze i bogacze. W czasie II wojny światowej zyskał przydomek „lucky ship”, bezpiecznie ewakuując żołnierzy, przewożąc do Australii brytyjskie dzieci, a do Kanady wawelskie arrasy. Po wojnie dla wielu swoich pasażerów był ostatnim kawałkiem Polski, jaki wydzieli przed wieloletnią emigracją. Żył krótko, ale życie miał barwne.

Na początku lat 30. XX wieku pod polską banderą pływały trzy statki pasażerskie, których zadaniem było przewożenie emigrantów do Stanów Zjednoczonych. SS Pułaski, Kościuszko i Polonia były jednak przestarzałe (zbudowano je w 1912 roku), a przede wszystkim - nie spełniały standardów statku pasażerskiego. Może były dobre dla biednych emigrantów, ale na pewno nie dla wymagających pasażerów - turystów, na których nastawiało się w tym czasie Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe (PTTO). Dlatego 27 października 1932 roku rada nadzorcza PTTO podjęła decyzję o budowie nowych jednostek i już miesiąc później podpisano z włoską stocznią Cantieri Riuniti dell’Adriatico w Monfalcone umowę na budowę dwóch bliźniaczych jednostek pasażersko-towarowych.

Za obie polski rząd miał zapłacić 1,9 mln dolarów (co stanowiło równowartość 69 milionów lirów), choć nie od razu. Ustalono bowiem, że 1,25 mln dolarów (60 mln lirów) Polska spłaci dostawami węgla, a resztę kwoty w 12 ratach.

Pierwszym z bliźniaków był MS Piłsudski - rozpoczął służbę w 1935 roku i okazał się „królikiem doświadczalnym” przed budową drugiego statku. Słabo dostosowany do warunków panujących na Północnym Atlantyku, w swoim pierwszym rejsie do Stanów Zjednoczonych doznał poważnych uszkodzeń. Dlatego też w drugiej jednostce projektanci z włoskiej stoczni wprowadzili drobne zmiany techniczne. I w przeciwieństwie do pierwszej jednostki, którą od początku wiedziano, jak nazwać, druga długo nie miała imienia. Amerykańska Polonia proponowała, by nazwać ją Paderewski, armator - by był to Kościuszko. Ostatecznie statek nazwano Batory - bo Stefan Batory „prowadził zaciętą i zwycięską walkę o dostęp Polski do morza” i „rozwój żeglugi handlowej”.

Drugi statek rozpoczął służbę wiosną 1936 roku. 8 kwietnia - dwa miesiące po terminie przewidzianym w kontrakcie, firma Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe (tak od dwóch lat nazywało się już PTTO) przejęła transatlantyk MS Batory. Matką chrzestną została Jadwiga Barthel de Weydenthal, żołnierz I Brygady Legionów.

Statek miał 160 metrów długości i kilka pięter wysokości, siedem pokładów (m.in.: słoneczny - sundeck, łodziowy - boat-deck i spacerowy - promenada-deck) z kabinami, sale jadalne i dansingowe, czytelnię, trzy bary i salę gimnastyczną. Do dyspozycji 760 pasażerów oddano też kino oraz basen.

21 kwietnia 1936 roku Batory wyruszył w swój dziewiczy rejs na trasie: Wenecja - Dubrownik - Barcelona - Casablanka - Funchal - Lizbona - Londyn - Gdynia. „Na dziewiczy rejs najpiękniejszym i najnowocześniejszym transoceanikiem Bałtyku wybrało się 620 burżujów wyładowanych grubszą forsą (...). Wody z takich statków nie widać za wiele i najłatwiej byłoby mi pisać do rubryki „moda i salon” - pisał ironicznie Melchior Wańkowicz. Do Gdyni statek zawinął 11 maja i tam nastąpiła uroczystość podniesienia bandery. A już tydzień później Batory ruszył w swoją pierwszą podróż do Nowego Jorku.

Cały artykuł do przeczytania w najnowszym, 30. numerze miesięcznika POLSKA NA MORZU dostępnym w punktach Empik i Salonikach Prasowych w centrach handlowych i na dworcach. Miesięcznik można również czytać i prenumerować w wersji cyfrowej na urządzeniach mobilnych, działających pod systemami Android oraz OS. Wejdź na www.polskanamorzu.pl i zamów prenumeratę.

Zaloguj się, aby dodać komentarz

Zaloguj się

1 1 1 1

Newsletter