Wyciek ropy z odwiertu na dnie Zatoki Meksykańskiej grozi zagładą roślin i zwierząt zarówno w wodach Zatoki, jak też w nadbrzeżnych stanach Ameryki. W przeszłości to właśnie wielkie katastrofy zmieniały politykę władz USA i myślenie zwykłych Amerykanów o środowisku. Co zmieni się dziś?
Żyjemy w przedziwnym zawieszeniu” – mówi dziennikarzowi „Wall Street Journal” admirał Thad Allen, dowódca straży przybrzeżnej, który z ramienia rządu USA kieruje akcją ratunkową w Zatoce Meksykańskiej. Jest środa, 5 maja. Od chwili, gdy pojawiły się pierwsze wiadomości o awarii, a potem o zatonięciu platformy wiertniczej koncernu BP (zaginęło 11 jej pracowników), minęły dwa tygodnie. Nikt nie umie powiedzieć, ile ropy wycieka codziennie z oddalonego o 70 km od brzegu i położonego na głębokości 1500 metrów odwiertu. Wedle optymistycznych szacunków 5 tys. baryłek dziennie. Pesymiści – jak Ian MacDonald, biolog z Florida State University – podejrzewają, że wyciek może być pięciokrotnie większy.
Wędrująca plama
A przede wszystkim nie wiadomo, kiedy i jak uda się go zatrzymać. Optymistyczny wariant przewiduje, że nad wyciekami umieszczone zostaną przypominające lejek betonowo-stalowe kopuły, a z nich ropę będzie można odprowadzać rurociągiem. Dotąd powiódł się montaż jednej takiej kopuły (ważyła 94 tony), ponieważ jednak dotyczył najmniejszego z trzech wycieków, nie poprawiło to znacząco sytuacji.
W chwili, gdy zamykamy to wydanie „Tygodnika”, podejmowane są kolejne próby. Ratownikom, którzy korzystają ze zdalnie sterowanych podwodnych robotów, pracę utrudniają bardzo niskie temperatury na dnie morza. Coraz częściej mówi się o wariancie pesymistycznym: budowie nowego odwiertu z tego samego złoża. Doprowadziłoby to do obniżenia ciśnienia i pozwoliło przekierować ropę do bezpiecznej instalacji. Ale taka operacja może potrwać nawet trzy miesiące.
Pod koniec minionego tygodnia nie było też jasne, kiedy zajmująca obecnie ponad 5 tys. kilometrów kwadratowych plama ropy dotrze do wybrzeży, ani które tereny powinny przygotować się na najgorsze. W Luizjanie i kilku hrabstwach Florydy ogłoszono stan wyjątkowy, w podwyższonej gotowości są też Alabama i Missisipi. Niektórzy przypuszczają, że ropa może pojawić się nawet na plażach Wschodniego Wybrzeża.
Wszystko zależy od wiatru i morskich prądów. „Nie wiem, co mam ze sobą zrobić” – mówi dziennikarzowi „New York Timesa” Shannon Powell, muzyk z Nowego Orleanu. Mieszkańcy miasta mają poczucie déj? vu. Są tak samo bezsilni jak pięć lat temu, gdy w Zatoce Meksykańskiej szalał huragan „Katrina”, oni zaś czekali na nadejście fali powodziowej. Kiedy pękły wały ochronne, „Katrina” okazała się znacznie groźniejsza, niż ktokolwiek przewidywał. Dziś jeden po drugim powtarzają, że najgorsza jest niepewność i bezczynność. W mieście, które po trosze jest francuskie, po trosze karaibskie, rozbrzmiewa więc jazz. W barach, restauracjach, przy ulicznych straganach kto może, je krewetki i ostrygi. Na zapas.
(...)
Magdalena Rittenhouse z Nowego Jorku
Źródło: Tygodnik Powszechny{jathumbnail off}
Żegluga
Ostatnie krewetki w Nowym Orleanie
13 maja 2010 |
