Polski rząd jest kompletnie ślepy i głuchy – taka nauka płynie z lekcji, którą bierzemy ostatnio, dzień po dniu poznając nowe informacje o kulisach przetargu na majątek stoczni.
Jak ta, ujawniona dziś przez "Rz", z której wynika, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji umożliwiło katarskiej firmie udział w przetargu na stoczniowe nieruchomości, nad wyraz łatwo dając wiarę przedstawionym przez nią nieprawdziwym informacjom.
Dlatego na usta ciśnie się pytanie: gdzie, u licha, przez ostatnie miesiące (a może raczej lata) podziewały się wszystkie nasze służby specjalne, w liczbie co najmniej kilku, które – jak jesteśmy zapewniani przez chór rządzących polityków – od rana do wieczora nie zajmowały się niczym innym, tylko dbaniem o właściwy (czyli zgodny z interesem Polski) przebieg takich właśnie procesów, jak sprzedaż majątku stoczni.
Ba, pod koniec 2008 roku premier Donald Tusk powołał do życia coś, co sam określił szumnie mianem tarczy antykorupcyjnej i przedstawił z dumą jako porozumienie "wszystkich służb specjalnych, minister Pitery i ministrów resortowych" na rzecz ochrony przed zjawiskami korupcyjnymi procesów prywatyzacyjnych oraz procedur zamówień publicznych.
A w wypadku stoczni miały obowiązywać w tej materii dodatkowe, nadzwyczajne procedury, jeśli poważnie traktować słowa rzecznika rządu Pawła Grasia, który z marsową miną zapewniał niedawno, że "przetarg stoczniowy otoczony był osłoną kontrwywiadowczą na zlecenie premiera".
Tymczasem, jak się wydaje, żadna z owych osławionych tajnych służb aż do minionego tygodnia nie zasygnalizowała szefowi rządu żadnych nieprawidłowości związanych ze sprzedażą stoczniowego majątku. A w każdym razie przez cały ten czas Donald Tusk sprawiał wrażenie człowieka niezmiernie zadowolonego zarówno z siebie, jak też z pracy podległych sobie ludzi.
Piotr Gabryel
Czytaj więcej w "Rzeczpospolitej"{jathumbnail off}
Stocznie, Statki
Premier na tarczy (antykorupcyjnej)
15 pażdziernika 2009 |
Źródło:
