
Premier Donald Tusk po debacie ze stoczniowcami
Fot. Rafal Malko / AG

Związkowcy z Solidarności i prałat Jankowski przed bramą stoczni
Fot. Rafal Malko / AG
Debatę zerwały wczoraj "Solidarność" i OPZZ. Zarzuciły Donaldowi Tuskowi, że zapraszając także dwa mniejsze związki działające w stoczni (Związek Zawodowy Inżynierów i Techników Stoczni Gdańsk oraz Związek Zawodowy "Okrętowiec"), chciał ją rozbić. - Studiowałem socjologię, to typowy socjotechniczny zabieg, manipulacja - zniszczyć przeciwnika przez spowodowanie wewnętrznej kłótni między związkowcami - tłumaczył wczoraj Roman Gałęzewski, szef stoczniowej "S".
Związki inżynierów i Okrętowca nazwał "przybudówkami premiera". A jego zastępca Karol Guzikiewicz -"koniem trojańskim". Mówili, że Tusk to kłamca, a debata to cyrk. Na potwierdzenie, że premier od początku miał złą wolę, Gałęzewski pokazywał SMS-y od rzecznika rządu Pawła Grasia, jak negocjowali w sprawie debaty. Przypadkowo otworzył jednak SMS-a od prezydenckiego ministra Macieja Łopińskiego: "Zadzwoń proszę".
Z propozycją debaty wyszedł premier zaraz po burzliwej manifestacji stoczniowych związkowców w Warszawie 29 kwietnia i zapowiedzi następnej - 4 czerwca -podczas gdańskich obchodów 20. rocznicy pierwszych wolnych wyborów. Tusk mówił, że przyjdzie bez ochrony, że chce rozmawiać o manifestacjach i problemach wszystkich polskich stoczni. - Liczę na spokojną i merytoryczną rozmowę, a nie manifestację polityczną -powtarzał.
Kontrolowana od dwóch lat przez ukraińską firmę ISD Stocznia Gdańsk ma problemy z Komisją Europejską. Brukseli nie podoba się pomoc państwa, z której stocznia korzystała. Jeśli każe ją zwrócić, oznacza to upadłość kolebki "Solidarności" i zwolnienia.
W ubiegłym tygodniu "S" robiła wrażenie, że przyjmuje zaproszenie premiera. Związkowcy zaapelowali do gdańszczan, by przyszli ich wesprzeć pod Filharmonię Bałtycką. Gdy w piątek premier zaproponował politechnikę, wydali drugi apel: "Debata z chemicznym Donaldem na Politechnice". To aluzja do zbrodniarza reżimu Saddama Husajna; chodziło o to, że policja w Warszawie użyła gazu pieprzowego.
W weekend związkowcom się odwidziało. - Nie ma scenariusza, scenografii, moderatora - mówili. I najważniejsze, że w debacie nie powinny brać udziału oba małe związki. Wczoraj związkowców wspierali politycy PiS. - Premier używa stoczniowców jako mięsa armatniego w swoich PR-owskich zagrywkach - mówił Jacek Kurski. -Traktowanie dużych związków na równi z figuranckimi, które są satelitami Tuska, przypomina praktyki komunistów z lat 80.
Marek Bronk, szef Okrętowca: - W piątek rozmawiałem z Romanem Gałęzewskim. Tłumaczył, że najlepiej, jakby on sam poszedł na debatę, bo reprezentuje największy związek. Powiedziałem mu: "Romek, dobra, ja nie idę, mów w naszym imieniu". Następnego dnia słyszę, jak nas w mediach atakuje, że jesteśmy przystawkami PO. Co za bzdury! Wiedzieli, że są na przegranej pozycji w starciu z premierem, więc wymyślili idiotyczny pretekst, że nasz związek będzie rozbijał debatę.
Rzecznik rządu ponawiał wczoraj zaproszenie, ale zamiast przyjść na debatę, "S" i OPZZ zorganizowały wiec pod historyczną bramą stoczni, zapraszając tam Tuska. Premier zgodnie z zapowiedziami o godz. 20 przybył na politechnikę.
Zastał tam przedstawicieli związku inżynierów i Okrętowca. Pytali: ile naprawdę wynosi pomoc publiczna, którą stocznia miałaby zwrócić, co zakłada plan restrukturyzacji stoczni, ilu pracowników trzeba będzie zwolnić? Choć nie byli na manifestacji w Warszawie, zarzucali premierowi zbyt ostrą interwencję policji wobec "S" i OPZZ. -Potraktowano ich jak kibiców! - mówili. - Ja nie mam satysfakcji, że ktoś ucierpiał, ale związki muszą przestrzegać prawa -odpowiadał Tusk.
Premier twierdził, że Bruksela uzna pomoc państwa dla stoczni, jeśli jej ukraińscy właściciele zagwarantują pieniądze na obiecane inwestycje. Sprawa może być pozytywnie rozwiązana w ciągu kilku dni.
Gdy toczyła się debata, pod stocznią trwał wiec "S". Guzikiewicz przyprowadził nawet 73-letniego ks. prałata Henryka Jankowskiego i w telewizorze oglądali debatę na politechnice. Po wiecu wiceszef stoczniowej "Solidarności" wymachiwał pogniecionym ksero kartki, która -jak zapewniał -jest częścią "tajnego" raportu NIK. Ma z niego wynikać, że pomoc publiczna dla stoczni była niższa, niż twierdzi rząd.
Godzinę później rzecznik NIK Paweł Biedziak zaprzeczył rewelacjom Guzikiewicza. - Nie można powiedzieć, że NIK coś twierdzi, bo raport będzie gotowy dopiero w drugiej połowie czerwca -powiedział "Gazecie".
Maciej Sandecki, Gdańsk{jathumbnail off}
