
Oto okazuje się właśnie, że zaczyna się sypać potęga rosyjskiego Gazpromu. Rzecz jasna, że oba te przypadki mają ze sobą niewiele wspólnego. Łączy je jednak to, że oba są dziećmi polityki i to wcale nie polityki gospodarczej.
Stocznia najpierw za zasługi dla budowania socjalizmu, a potem za wiodący wkład w jego zmierzch, traktowana była i jest przez państwo nie jako podmiot gospodarczy, ale jako byt polityczny. Ostoja klasy robotniczej, symbol tego lub tamtego. I kolejne rządy, a także kolejne pokolenia jej pracowników przyjmowały taką sytuację jako oczywistą i nienaruszalną. Wszelkie próby wprowadzenia rachunku ekonomicznego kończyły się fiaskiem. Prywatna firma już pięć razy by upadła, żyjąc tylko mitem. Symbol trwa, bo jest symbolem - polityczną wartością dla przeróżnych partii i ruchów. Obecna sytuacja to produkt wieloletniego strachu państwa i pracowników przed nieuchronną zmianą symbolu na biznes. Piszę o tym bez złośliwości, beznamiętnie obserwując fakty.
Gazprom zbudował swą potęgę na związkach z władzą. Tylko w państwie o takiej tradycji i takim systemie politycznym mogło to się zdarzyć. Strategiczny surowiec - gaz, połączony ze specyficzną scentralizowaną, mającą imperialne ambicje władzą, mógł doprowadzić firmę do takiej pozycji. Gazprom wykorzystywał sytuację monopolistyczną nie tylko na rynku krajowym, ale także swoją dominującą rolę na rynku europejskim. Dzięki temu stał się potężnym i poręcznym narzędziem w rękach kolejnych władców Rosji. I kiedy wydawało się, że znajduje się u szczytu swej potęgi, że może dyktować warunki, nie tyle swoje, ile takie, jakie każe tu dyktować Kreml, nagle zaczyna lecieć w dół.
W rankingu największych firm świata spadł z 3 na 35 pozycję. Kryzys, coraz niższe ceny gazu i odchodzenie klientów. Włosi i Niemcy zredukowali zamówienia o połowę, a szacuje się, że cała Europa Zachodnia zmniejszyła popyt na dostawy z Gazpromu o około 40 proc. A konkurenci okazali się sprytniejsi i efektywniejsi. Ceny gazu norweskiego, a także dostarczanego przez Shella i BP są wyraźnie niższe. Żaden monopol nie trwa wiecznie - kolejna stara ekonomiczna prawda daje o sobie znać. Na dłuższą metę nie ma rozwiązań bezalternatywnych. Rosja szafowała Gazpromem, wykorzystując go jako narzędzie gospodarczego i politycznego szantażu. To się sprawdzało. Po co zatem było myśleć o efektywności, duszeniu kosztów itp. dyrdymałach.
Ważną różnicą w sytuacji stoczni i Gazpromu jest to, że Stocznia Gdańska była od lat na garnuszku budżetu, natomiast w Rosji to budżet państwa żył z Gazpromu. Upadek stoczni, w dłuższym okresie, powinien odciążyć podatników (na krótko pociągnie za sobą spore koszty społeczne). Upadek Gazpromu oznaczałby kolosalne kłopoty całej rosyjskiej państwowej kasy. Pewnie skończy się tym razem tak jak dotąd.
Politycy zrobią wszystko, aby obie firmy, z odmiennych, acz czysto politycznych powodów, utrzymać przy życiu. Jeszcze pewnie się uda. Wszystko jednak do czasu. Gospodarka to fundament, polityka może być kolosem, ale zawsze z czasem okazuje się, że mającym gliniane nogi.
Piotr Dominiak{jathumbnail off}
