
2008 GDYNIA , STOCZNIA GDYNIA S.A. , WIEC STOCZNIOWCOW W OBRONIE MIEJSC PRACY
fot. Rafa3 Malko / Agencja Gazet
O zwolnieniach w Stoczni Gdynia mówi się już od tygodni. Ale dopiero wczoraj pracę straciła pierwsza grupa osób. - Za porozumieniem stron rozwiązaliśmy umowę o pracę z 75 pracownikami - mówi Mateusz Filipp, prezes Stoczni Gdynia. - To w głównej mierze osoby, które przebywały na długotrwałych zwolnieniach lekarskich i teraz i tak nie przychodziły do pracy w stoczni.
Będą mieli takie same prawa, jak pozostali pracownicy Stoczni Gdynia. Dostaną: • odszkodowania (w zależności od stażu pracy: od 20 do 60 tys. zł), • darmową pomoc w poszukiwaniu pracy (indywidualne konsultacje, szkolenia, pomoc psychologa, pisanie CV i listów motywacyjnych) • 6-miesięczny zasiłek w wysokości ok. 2,5 tys. zł brutto.
Już za dwa tygodnie, w środę 18 marca, pracę - na takich samych zasadach - straci kolejna grupa stoczniowców. Wśród 395 pracowników przewidzianych do zwolnienia tego dnia połowa to pracownicy produkcyjni, połowa - administracyjni.
Daty kolejnych zwolnień nie są jeszcze znane. - Wiadomo tylko, że do końca maja zwolnieni będą musieli być wszyscy pracownicy stoczni, czyli 5200 osób - mówi prezes Filipp.
Zwolnienia nie mogą objąć od razu wszystkich pracowników, bo do końca maja stocznia musi skończyć budowę trzech zakontraktowanych statków: dwóch samochodowców i jednego kontenerowca. Część pracowników administracyjnych potrzebna jest także przy zwalnianiu innych pracowników.
Ale nawet - choć zwalnianie 5200 osób będzie rozłożone na parę miesięcy - to i tak oznacza to największe redukcje zatrudnienia w ostatnich latach w Polsce. By na Pomorzu nie wywołało to poważnego problemu społecznego, państwowa Agencja Rozwoju Przemysłu (odpowiada za likwidację Stoczni Gdynia) wynajęła konsorcjum firm Doradztwo Gospodarcze DGA oraz Work Service, w celu prowadzenia działań szkoleniowo-doradczych.
Obie firmy mają m.in. zaoferować każdemu ze zwalnianych pracowników po dwie oferty pracy "adekwatne do profilu społecznego-zawodowego i miejsca zamieszkania".
To duże wyzwanie, bo w styczniu we wszystkich urzędach pracy w województwie na bezrobotnych czekało jedynie 4,4 tys. ofert pracy (o ponad połowę mniej niż pół roku temu!).
- Byłoby świetnie, gdyby każdy z naszych ludzi dostał dwie oferty pracy. Ale ja w to po prostu nie wierzę, jest kryzys, firmy częściej zwalniają niż szukają nowych ludzi do pracy - mówi Leszek Świętczak, szef związku zawodowego "Stoczniowiec". - Zresztą byłem dzisiaj zobaczyć ten punkt, do którego mają się zgłaszać zwalniane osoby. Myślałem, że są tam już jakieś oferty szkoleń, kursów. Ale nie ma.
- Na razie nie wygląda to najlepiej, ale to nie stocznia za to odpowiada - przyznaje prezes Mateusz Filipp. - Ten punkt mieści się poza stocznią, brak tam konkretnych informacji, pracownicy mają obawy, jak to wszystko będzie pracować.
- Cokolwiek nie deklarują wynajęte przez ARP firmy, nie za bardzo wierzę, że w dzisiejszych czasach każdy zwolnionych pracownik będzie mógł przebierać w ofertach pracy - mówi Dariusz Adamski, szef Solidarności w Stoczni Gdynia. - Zresztą, z tego co wiem, to w umowach z ARP, te firmy zobowiązały się, że pracę znajdzie tylko... co piąty zwolniony. Adamski uważa, że los pracowników zależy nie od firm wynajętych przez ARP, a od tego, czy uda się znaleźć inwestora, który kupi suchy dok i będzie chciał nadal tam produkować statki. - Bo czasy dla takich inwestycji są trudne - mówi szef stoczniowej "S".
O kryzysie, który dotyka armatorów, czyli klientów Stoczni Gdynia, najlepiej świadczy sytuacja na redzie portu Gdynia. Zacumowane są tam dwa samochodowce, wybudowane w Stoczni Gdynia, a należące do izraelskiego armatora Ramiego Ungara. Stoją bezczynnie, bo na rynku przewozów samochodów nastąpił krach i nie ma dla nich pracy.
- W takiej sytuacji zdobycie kontraktu na budowę nowych statków jest szalenie trudne - mówi Adamski. - Ale jeśli rząd będzie zdeterminowany, by stocznia przetrwała, udzieli takich gwarancji, jakie choćby rząd niemiecki daje swoim stoczniom, jest szansa, że w Gdyni nadal będą budowane statki. A ta ciągłość jest ważna, bo jeśli teraz stocznia stanie na dobre, ludzie się rozjadą, to tego nie uda się odbudować nawet wtedy, gdy kryzys minie.
Dlaczego zwalniają?
Stocznia Gdynia od momentu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej nie potrafiła zarabiać na budowie statków i bez przerwy korzystała z pomocy państwa (w postaci pożyczek czy gwarancji kredytowych). Taka pomoc - poza nielicznymi wyjątkami - jest w UE nielegalna. Po trwającym kilka lat śledztwie i nieudanych próbach prywatyzacji firmy, jesienią 2008 r. Komisja Europejska wydała wyrok: pomoc dla stoczni była nielegalna, a taka podlega zwrotowi. Zadłużona stocznia i tak nie miałaby z czego pieniędzy zwrócić, więc Bruksela postanowiła: zwolnić pracowników, podzielić majątek i wystawić wszystko na licytację. Z uzyskanych w ten sposób pieniędzy spłaceni mają być wierzyciele stoczni, a jeśli starczy pieniędzy - do budżetu oddana ma być także część pomocy publicznej.
Mikołaj Chrzan
{jathumbnail off}
