
- W obronie stoczni wznieście się ponad podziały polityczne - apelował do radnych Mieczysław Jurek
Fot. Dariusz GORAJSKI \ AG
Stoczniowcy mogą od poniedziałku korzystać na terenie zakładu z porad pracowników Agencji Rozwoju Przemysłu, która odpowiada za pomoc w znalezieniu im nowego zajęcia. I to jedyna dobra stoczniowa informacja z poniedziałku. Wciąż nie wiadomo, czy uda się w miarę bezbolesny sposób zakończyć działalność Stoczni Szczecińskiej Nowa. Związkowcy naliczyli ok. 30 pytań, na które nie mają odpowiedzi. Najważniejsze są dwa z nich:
- Czy znajdą się pieniądze na budowę jeszcze dwóch statków i czy uda się załatwić odszkodowania dla kilkuset pracowników sprywatyzowanych kiedyś spółek stoczniowych, których specustawa stoczniowa nie objęła? - zastanawia się Mieczysław Jurek, przewodniczący NSZZ "Solidarność" w Zachodniopomorskiem.
W tej chwili stocznia kończy budowę czterech statków. Jeśli budowa kolejnych dwóch nie będzie kontynuowana, jeszcze w lutym wypowiedzenia dostanie 800 stoczniowców. Automatycznie oznacza to wygaszenie działalności części stoczni - przede wszystkim wydziału kadłubowego i utratę certyfikatów przez część urządzeń. Trudniej będzie też w przyszłości na nowo zebrać ekipę doświadczonych pracowników. Dlatego tak ważne jest utrzymanie stoczni w ruchu aż do sprzedaży majątku. Zgoda na kontynuację produkcji zależy od Agencji Rozwoju Przemysłu. Tyle że znów pojawia się problem pomocy publicznej.
- Jesteśmy gotowi pojechać do Brukseli, by próbować przekonać komisarz Neelie Kroes do takiego rozwiązania - mówił do radnych na poniedziałkowej sesji Mieczysław Jurek.
Szef Solidarności wystąpił przed radnymi, by przedstawić im aktualną sytuację w największym szczecińskim zakładzie. Według Jurka najgroźniejszy będzie taki podział i wyprzedaż stoczniowego majątku, który uniemożliwi odtworzenie przemysłu stoczniowego.
- Na razie mamy tylko obietnice prezesa Agencji Rozwoju Przemysłu, że nie dopuści do tego, by sprzedany został jedynie jakiś mały kąsek, a reszta została bez inwestora - mówił Jurek.
Ostrzegł, że nikt nie znajdzie w Szczecinie i okolicy ponad czterech tysięcy miejsc pracy dla zwalnianych stoczniowców.
- Nie będziemy siedzieć spokojnie i patrzeć, jak stocznia ginie - stwierdził na koniec.
Na sesji o stoczni mówił też prezydent Piotr Krzystek. Przyznał, że miasto niewiele może zrobić. Chociażby dlatego, że stoczniowcy, którzy dostaną odszkodowanie, nie mogą się zarejestrować w Powiatowym Urzędzie Pracy.
- Jest jednak szansa, że przy współpracy z ARP na terenach okołostoczniowych powstanie specjalna strefa ekonomiczna - mówił Krzystek.
Według prezydenta to mogłoby skusić potencjalnych inwestorów do zainteresowania się szczecińską branżą okrętową. Pocieszał też, że wkrótce zaczną się w Szczecinie duże inwestycje (budowa basenu, hali sportowej, remonty torów) i część byłych stoczniowców będzie mogło znaleźć tam zatrudnienie.
Wystąpienie prezydenta przerwał Zbigniew Wysocki, monter rurociągów okrętowych. Krzyczał, że zainteresowanie władz stocznią przychodzi za późno. Sesję trzeba było na kilka minut przerwać.
- Macie państwo przedsmak tego, co może się stać, jeżeli nie uda się uratować stoczni - skomentował to Jurek.
Dziś w stoczni ma dojść do spotkania zarządu kompensacji (kieruje demontażem stoczni) z Mostostalem Chojnice. Spółka chce wydzierżawić część majątku stoczni. Jeśli dojdzie do porozumienia, zwolnienia wśród załogi da się ograniczyć. Jak bardzo? To zależy od tego, jak duży kawałek stoczni znalazłby się w rękach dzierżawcy.
Andrzej Kraśnicki jr
{jathumbnail off}
