Inne

Do 2000 roku załogi polskich statków handlowych, pływających w rejsach do stref: południowo-amerykańskiej, zachodnio-afrykańskiej i azjatycko-australijskiej, statków szkolnych i naukowo-badawczych w rejsach trwających ponad 90 dni oraz statków - baz rybackich, mogły liczyć w razie zachorowania na pomoc lekarza okrętowego.

Przed ponad 20 laty sytuacja zmieniła się i lekarza z dyplomem zastąpił oficer, przeszkolony w zakresie sprawowania opieki medycznej nad chorym oraz medical radio, udzielające wskazówek, jak postępować w trudniejszych sytuacjach.

Dziś nie ma lekarzy, bo nie ma postojów w portach. Statki do minimum skróciły postoje, niektóre nawet nie zawijają do portów, co m.in. przekłada się na rzadsze występowanie chorób wenerycznych. Zmniejszyła się też liczba członków załogi - tłumaczy dr Andrzej Kolejewski, chirurg, ekspert chorób tropikalnych, podróżnik, autor książek poświęconych gdyńskiej medycynie i były dyrektor pogotowia ratunkowego w Gdyni, który od początku lat 70. do połowy lat 90. kilkakrotnie wypływał, jako lekarz, w dalekie rejsy na statkach handlowych. Był także lekarzem na amerykańsko-norweskim statku pasażerskim Renaissance Six, zabierającym w podróże bardzo bogatych turystów z USA.

Jego wspomnienia warte są książki. A może filmu? Zebraliśmy kilkanaście opowieści doktora o czasach, gdy podróże trwały ponad pół roku, statki cumowały tygodniami w egzotycznych portach, a wyprawa w morze stawała się przygodą. I choć od niektórych zdarzeń minęło już prawie 50 lat, doktor zdecydował, by w części historii - ze względu na drastyczne bądź nieobyczajne szczegóły, nie podawać nazw statków.

Początki, czyli wyprawa do Wietnamu

Na początku swojej kariery zawodowej pracowaliśmy, wraz z żona Danusią, która była stomatologiem, w wiejskim ośrodku zdrowia. Równocześnie w pobliskim szpitalu w Cieplicach robiłem specjalizację z zakresu chirurgii ogólnej. Po uzyskaniu specjalizacji, zdecydowaliśmy przenieść się nad morze, najpierw do Międzyzdrojów, a potem do miasta, w którym się urodziłem - Gdyni.

Szukając pracy zwróciłem się do ówczesnego dyrektora szpitala w Gdyni Redłowie, który obiecał zatrudnienie za pół roku na stanowisku organizatora i kierownika poradni chirurgicznej przy ul. Warszawskiej w Gdyni.

Korzystając z wcześniej ukończonego Studium Afrykanistycznego przy Uniwersytecie Warszawskim, przygotowującego lekarzy ekspertów do pracy w Afryce, zgłosiłem swoje kwalifikacje w Polskich Liniach Oceanicznych.

W tamtym czasie Polskie Linie Oceaniczne i Polska Żegluga Morska stworzyły etaty dla lekarzy. Pływaliśmy za śmieszne pieniądze. Oprócz niewielkiej kwoty wypłacanej w złotówkach, dostawaliśmy 2-3 dolary dziennie. Była to tzw. pensja oficerska. Nawet piwa za to nie można się było napić w porcie...

Ale pieniądze to nie wszystko. Praca na morzu była szansą na poznawanie świata, do niedawna jeszcze zamkniętego dla mieszkańców ówczesnej Polski.

Pyta pani, czy lekarz na statku był potrzebny?

Oprócz wyjątkowych sytuacji - nie. W razie poważnych przypadków należało skierować statek do najbliższego portu, aby przekazać pacjenta służbom medycznym, albo też zalecić transport chorego samolotem do kraju przy chorobach przewlekłych lub powypadkowych (np. złamanie zaopatrzone opatrunkiem gipsowym).

W PLO najpierw spytali o specjalizację. Kiedy powiedziałem im, że jestem chirurgiem, usłyszałem - no to pojedzie pan do Wietnamu. I tak w 1973 roku wyruszyłem w swój pierwszy rejs na pokładzie m/s Sikorski.

Ale w Wietnamie trwała akurat wojna. Nasz statek wiózł do Haiphongu, portu Wietnamu Północnego, wspieranego przez kraje bloku radzieckiego, płyny krwiozastępcze i karetki pogotowia.

Dorota Abramowicz

Cały artykuł w najnowszym, 33. numerze miesięcznika POLSKA NA MORZU dostępnym w punktach Empik i Salonikach Prasowych w centrach handlowych i na dworcach. Miesięcznik można również czytać i prenumerować w wersji cyfrowej na urządzeniach mobilnych, działających pod systemami Android oraz OS. Wejdź na www.polskanamorzu.pl i zamów prenumeratę.

Zaloguj się, aby dodać komentarz

Zaloguj się

1 1 1 1

Newsletter