Z okazji 90-lecia szkolnictwa morskiego w Polsce, z rektorem Akademii Morskiej w Gdyni, prof. Romualdem Cwilewiczem oraz prorektorem tej uczelni ds. nauki, prof. Piotrem Jędrzejowiczem, rozmawiają Tomasz Falba i Czesław Romanowski.

Fot. Czesław Romanowski
- W tym roku obchodzimy 90-lecie powstania polskiego szkolnictwa morskiego. Akademia Morska w Gdyni jest w prostej linii spadkobierczynią pierwszej Szkoły Morskiej w Tczewie, więc to także jej święto. Czy dzisiaj Polska potrzebuje takiej uczelni? Wiadomo przecież, że absolwenci Akademii nie pracują na statkach polskiej bandery.
Romuald Cwilewicz: - Ta uczelnia zawsze kształciła absolwentów na globalny rynek pracy. Tak było w 1920 roku, w okresie międzywojennym i po drugiej wojnie światowej. Z tym, że wówczas nasi absolwenci niezmiernie rzadko pływali na obcych statkach, w tej chwili zaś to norma, tak jest na całym świecie. To po pierwsze, a po drugie: jak rozumiem, w pytaniu chodzi o kwestię – po co wypuszczać absolwentów, którzy niemal na pewno nie będą pracować w naszym kraju? Znakomita ich większość ma w Polsce rodziny, zarobki transferuje do polskich banków. Roczne wpływy od polskich oficerów pływających za granicą wahają się od półtora do dwóch miliardów dolarów. Przyjmując, że przynajmniej połowa wydawana jest w naszym kraju, z samego podatku wpływy do państwowej kasy są trzy, cztery razy większe niż nakłady państwa.
- Czyli za pozostawieniem uczelni morskiej przemawiają tylko kwestie finansowe?
Piotr Jędrzejowicz: - Aspekt ekonomiczny jest doskonałym uzasadnieniem istnienia uczelni morskiej takiej jak Akademia Morska w Gdyni.
- Mamy w kraju dwie wyższe uczelnie morskie, w Gdyni i Szczecinie. Czy to nie za dużo? Wcześniej jedna dostarczała kadry dla PŻM, druga dla PLO. A teraz?
RC: - Gdyby nasi absolwenci nie mieli pracy, byłoby za dużo. Ale oni są na pniu rozrywani. W czasie praktyk zawodowych, które z zasady odbywają u obcych armatorów, zawierają umowy przedwstępne i po dyplomie mają natychmiast dobrze płatną pracę. Dwa i pół tysiąca euro miesięcznie plus wikt i opierunek to chyba niezła stawka dla świeżego absolwenta.
- A może, skoro uczelnie ,,produkują” absolwentów, którzy podejmują pracę prawie wyłącznie u prywatnych przewoźników, same powinny być prywatne?
RC: - Niemal co roku setki, jeżeli nie tysiące absolwentów akademii medycznych wyjeżdża z naszego kraju. Niewielu wraca. Czy z tego powodu mamy sprywatyzować szkoły medyczne? Absurd. Podobnie z wykształconymi przez nasze politechniki inżynierami. Co więcej, wyjeżdżają z rodzinami, w związku z czym państwo polskie nie ma żadnych profitów. W wypadku wykształcenia morskiego jest inaczej, absolwent pracuje wprawdzie na obcym statku, ale pieniądze są wydawane w Polsce.
- Gdyby ukończył prywatną uczelnię, też przecież transferowałby pieniądze do kraju, ale środki przeznaczane do tej pory na jego naukę, moglibyśmy wydać na coś innego.
- PJ: - Nieprawda. Gdyby to było prywatne szkolnictwo, nie działałby rachunek globalny, bo koszty wykształcenia dobrego specjalisty są wysokie, ponosi je państwo i ma za to wpływy w postaci dochodów z vatu. Natomiast prywatna uczelnia musiałaby sama ponosić koszty wysokiej jakości kształcenia. Przypuszczam, że to by się po prostu tej uczelni nie opłacało.
- A nie mają państwo przypadkiem kłopotów z naborem?
RC: - Mamy.
- Może zatem jedna wyższa uczelnia morska w Polsce zagospodarowałaby wszystkich, którzy chcą zajmować się tym fachem? Działa przecież prywatna Szkoła Morska w Gdyni mająca status policealnej, a jej absolwenci nie mają problemu z zatrudnieniem.
PJ: - Konwencja STCW wyraźnie mówi, że oficer powinien mieć wyższe wykształcenie. Dyskutuje się o kolejnym stopniu: elektryka-elektronika, na poziomie starszego oficera. Systemy elektroniczne na statkach są coraz bardziej skomplikowane, potrzebna jest wiedza, którą dają tylko wyższe uczelnie.
- Jaki macie pomysł, żeby przyciągnąć młodych ludzi? Jak ich zachęcacie, by studiowali na specjalnościach typowo morskich? Czy projekt darmowego akademika dla wszystkich, którzy chcieli u was studiować na specjalnościach pływających się sprawdził?
RC: - Nie bardzo. Wiedzą panowie dlaczego znakomita większość naszych studentów pochodzi z miejscowości leżących przy linii kolejowej Tczew-Wejherowo?
- ...bo łatwiej dojechać?
RC: - Tak. 30-40 lat temu gros studentów pochodziło z południa Polski. W tej chwili starają się być jak najbliżej uczelni. Wracając do metod zachęcania, rzeczywiście był taki pomysł, żeby studenci zamiejscowi z pierwszego roku za akademik nie płacili. W praktyce spora część z tych, którzy z tego rozwiązania skorzystali rozpoczynała studia, a po kilku tygodniach sobie odpuszczała. Jednak do końca semestru mieli darmowe mieszkanie.
PJ: - Dodam jeszcze, że problem niedoboru nie dotyczy wszystkich naszych kierunków. Na wydziale nawigacyjnym mamy komplet. Największy problem jest z wydziałem mechanicznym. To w jakimś stopniu konsekwencja obniżania się poziomu nauczania przedmiotów ścisłych, rezygnacja z matury z matematyki. Dotyczy to zresztą również wydziałów mechanicznych czy elektrycznych na politechnice. Zaczynamy jednak obserwować odwrócenie tendencji, już w poprzednim roku było lepiej niż dwa lata temu.
RC: - Niedawno rozpoczęły się wykłady z matematyki i fizyki dla maturzystów, prowadzą je nasi pracownicy. Chcemy przygotować ewentualnych kandydatów do studiów wyższych na kierunkach technicznych, niekoniecznie do naszej uczelni. W październiku i listopadzie po Polsce jeździły grupy studentów w ramach prezentacji uczelni w liceach, szczególnie na ścianie wschodniej i na południu kraju po to, by poinformować maturzystów, że taka uczelnia istnieje. W ich świadomości jesteśmy uczelnią ekskluzywną, gdzie niezwykle trudno się dostać, bo gdy ich ojcowie zdawali na studia, tak rzeczywiście było.
PJ: - Myślę, że głównym problemem jest fakt, że w głębi Polski świadomość morza i gospodarki morskiej jest praktycznie zerowa.
RC: - Dwa lata temu brałem udział w spotkaniach z przyszłymi maturzystami w trzech liceach w Gdyni i pytałem ich, ile w tym mieście jest wyższych uczelni? Nigdy nie wymienili Akademii Morskiej czy Akademii Marynarki Wojennej. Czyli i u nas nie jest z tą świadomością najlepiej.
PJ: - Od 2009 roku wydział nawigacyjny naszej uczelni uruchomił studia w języku angielskim. Obserwujemy ogromne zainteresowanie naszą uczelnią młodzieży z krajów rozwijających się. Organizujemy dla nich kursy pomaturalne, które mają im pomóc w późniejszych studiach.
- A co z pomysłem stworzenia filii uczelni morskiej w Angoli?
RC: - Na zlecenie Navimoru opracowaliśmy technologię nauczania, organizację całej uczelni i programy nauczania dla czterech wydziałów z czternastu specjalności. I przekazaliśmy to stronie angolskiej. W tej chwili tamtejszy kampus się buduje i podobno na wiosnę przewiduje się otwarcie budynku z symulatorem, który dostarczyła firma Navimor. Nabór zacznie się w październiku tego roku.
PJ: - Dla uściślenia, to jest uczelnia angolska, będzie miała swoją kadrę. Do nas, w ramach kontraktu, przybędzie trzydziestu przyszłych wykładowców. Przejdą szkolenie na symulatorach i sprzęcie laboratoryjnym.
- Studenci mają się tam kształcić głównie na kierunku rybołówstwo?
PJ: - Tak, ale będą też wydziały administracji, zarządzania w sferze gospodarki morskiej, wydziały mechaniczne.
- Wizytówką Akademii Morskiej w Gdyni jest oczywiście Dar Młodzieży. Niektórzy jednak nazywają go „Barem Młodzieży”. Jak pan myśli, dlaczego?
RC: - Z tym określeniem spotkałem się jedynie w artykule w jednej z gazet.
- Podobne opinie o żaglowcu można spotkać w komentarzach pod artykułami na jego temat. O tym, że jednostka jest wypożyczana na różnego rodzaju, często mocno zakrapiane, imprezy. A to przecież nie jest jego funkcja.
RC: - Dotacje z ministerstwa na utrzymanie statków szkolnych są niezmiernie małe w stosunku do tego, ile musimy wydać na ich eksploatację. Jeżeli dotacja z budżetu dla wszystkich uczelni jest rzędu 60 procent jej kosztów, to każda z nich musi dorabiać. Ustawodawca zapisał w ustawie o szkolnictwie wyższym, że uczelnie morskie, oprócz dotacji na dydaktykę, pomoc materialną dla studentów, dla niepełnosprawnych, powinna dostać dofinansowanie na utrzymanie statków szkolnych i specjalnych ośrodków szkoleniowych. Ale ministerstwo nie było w stanie tego zapewnić. Żeby jednak spełnić wymóg formalny, wydziela z części dotacji dydaktycznej część środków na utrzymanie statków.
- Ile kosztuje utrzymanie Daru?
RC: - Kilkanaście milionów złotych rocznie. Dotacja z budżetu to trzy, cztery miliony, resztę statek musi zarobić.
- Czyli jakieś dziesięć milionów.
PJ: - Około. Przy czym w tej chwili staramy się pozyskiwać pieniądze poprzez szkolenie ludzi do pracy na morzu. Mamy umowę ze szkołą morską z Antwerpii, w ub. roku jej 140 praktykantów szkoliło się na Darze.
RC: - W marcu na pokład Daru przybędzie kolejna grupa.
PJ: - Kształcimy też studentów afrykańskich uczelni morskich, w ramach współpracy z IMO i Międzynarodowym Uniwersytetem Morskim w Malmö. Wynajmujemy również statek grupom żeglarzy, dziennikarzy, lekarzy, bo to nam zapewnia jego utrzymanie.
RC: - Polskie szkoły średnie ze Szczecina i Kołobrzegu również korzystają z Daru.
- Można też zadać inne pytanie, po co Akademii tak duży żaglowiec, w dodatku obciążający kieszeń podatnika? Przecież ludzie, którzy odbywają na nim praktyki nigdy nie będą pracować pod żaglami.
RC: - Główna funkcja Daru to obycie studenta z pracą na morzu, nauka pracy w zespole, nauka dowodzenia zespołami. Nie myśmy to wymyślili, wymyślili to żeglarze znacznie lepsi od nas...
- ... i wiele lat temu...
RC: - Zgoda. I to cały czas zdaje egzamin, to dobra szkoła dla przyszłego marynarza. Różne są opinie przyszłych starszych mechaników, czy kapitanów o praktyce na Darze. Ale znakomita większość naszych absolwentów, ludzi, którzy osiągnęli najróżniejsze stanowiska, niezwykle mile wspomina praktyki na tym żaglowcu. Twierdzą, że to jest potrzebne. Tym bardziej, że jednostka wyposażona jest w najnowocześniejsze urządzenia, również w siłownia.
- Ale Akademia Morska w Szczecinie nie ma takiego żaglowca. A chyba nie kształci gorszych fachowców.
PJ: - Oczywiście, że nie. Niemniej w tradycji polskiego szkolnictwa morskiego zawsze były żaglowce. Był Lwów, Dar Pomorza, jest Dar Młodzieży. Ci, którzy się liczą w shippingu, mają żaglowce - Stany Zjednoczone, Japonia, Rosja... Oczywiście Polsce nie są potrzebne dwa, jeden dla Szczecina, drugi dla Gdyni, wystarczy jeden, który obsłuży obie uczelnie.
- To dlaczego studenci ze Szczecina nie odbywają praktyk na Darze?
PJ: - To pytanie nie do nas, ale do tamtejszych władz. AM w Szczecinie od czasu do czasu wysyła swoich studentów na żaglowce rosyjskie. Ale co roku otrzymują od nas pytanie, czy chcą skorzystać z praktyk na Darze. I co roku dostajemy odpowiedź odmowną. Był zarzut, że chcemy od nich za dużo. Ale skoro szkoły średnie nie mają problemu z zapłaceniem 140 złotych za osobę za hotel, wyżywienie i obsługę instruktorską na statku szkolnym, na którym mają zapewnioną kompleksową obsługę, dlaczego ma to być za dużo dla Akademii Morskiej? Tym bardziej, że otrzymuje dotacje na utrzymanie statków szkolnych większą niż my.
- Jak już jesteśmy przy Darze, co w tej chwili się dzieje w sprawie jego własności? Miał być pozew cywilny przeciw Ministerstwu Infrastruktury, które chciało, by pozostał własnością Skarbu Państwa. Czyj jest w tej chwili Dar Młodzieży?
RC: - Dobre pytanie. Jak panowie wiedzą, zapis w rejestrze Daru brzmiał, że jego właścicielem jest Skarb Państwa. My uważamy, że statek z kilku różnych powodów jest własnością uczelni, wystąpiliśmy swego czasu do Izby Morskiej o zmianę tego zapisu. Pierwsza instancja przyznała nam rację, druga stwierdziła, że nie będzie się wypowiadała o własności, a ponieważ Ministerstwo ma zastrzeżenia co do notarialnego aktu kupna Daru, w związku z tym uchyliła poprzednie postanowienie i pozostaje tak jak było. W kwestii ustalenia własności właściwy jest sąd powszechny. Zwróciliśmy się tam, ale do dnia dzisiejszego rozprawa nie została wyznaczona.
- Ale nie wycofujecie się ze swoich roszczeń?
RC: - Nie, dlaczego? Uważamy, że ustawa z 1990 roku mówi jasno, że każda wyższa uczelnia w Polsce jest właścicielem swojego majątku. W 1982 roku statek został kupiony przez uczelnię - przelaliśmy z własnego konta pieniądze na konto stoczni, która go budowała. Zawarliśmy umowę kupna-sprzedaży. Niektórzy twierdzą, że przedsiębiorstwa państwowe nie mogły zawierać takich umów, ale np. PLO to robiło. W tymże roku Dar wpisany został do majątku uczelni i płaciliśmy za niego do Skarbu Państwa koszty amortyzacyjne. Uważamy więc, że w 1990 roku była to część majątku uczelni. To logiczne. Ministerstwo zarzuca nam, że chcemy go sprywatyzować, a oni by chcieli, by statek należał do państwa polskiego. Według nas, gdy jednostka stanie się własnością skarbu państwa, może on sprzedać statek dowolnemu kontrahentowi, nikogo nie pytając się o zdanie. Natomiast w sytuacji, gdy właścicielem jest Akademii i gdyby zaszła hipotetyczna sytuacja, że chcielibyśmy go przekazać fundacji, czy komuś innemu, rektor musiałby postawić taką sprawę na senacie uczelni, ten podjąć na ten temat odpowiednią uchwałę, a tę z kolei zatwierdzić minister. Tam żadnej furtki bezpieczeństwa, a tu trzy zabezpieczenia.
- Pan sugeruje, panie rektorze, że ministerstwo chciałoby po cichu sprzedać Dar? To przecież niepoważne.
RC: - Nie, nie sugeruję. Ale postępowanie ministerstwa wobec tego statku jest dziwne. Ministerstwo daje posłuch plotkom o chęci z naszej strony, by sprzedać komuś Dar. Takiego pomysłu nie ma i nie było.
- Przejdźmy do drugiego waszego statku, Horyzontu II. Nie licząc rejsu na Spitsbergen, jego rola sprowadza się do pływania w kółko po Zatoce Gdańskiej ze studentami, którzy odbywają tam praktyki manewrowe. Czy to dobre wykorzystanie jednostki? Co to za praktyka? Nie lepiej wysłać go do Lubeki, czy przez Cieśniny Duńskie, gdzie ruch statków jest większy, a akweny trudniejsze?
RC: - Główną przeszkodą są pieniądze. W sytuacji, kiedy Darem zarabiamy na utrzymanie Horyzontu, staramy się minimalizować koszty. Był kiedyś pomysł, żeby go sprzedać. Ale wydział nawigacyjny bardzo go sobie chwali. Ten statek ma niezwykle nowoczesne wyposażenie nawigacyjne, systemy niezwykle przydatne w nauce tego zawodu. Może ciągłe pływanie na trasie Gdynia-Gdynia jest mało efektowne, ale takie są realia.
- Ale nawet na Spitsbergenie studenci wykorzystywani byli głównie do załadowywania i rozładowywania sprzętu naukowego. To właściwy rodzaj praktyki?
RC: - Dlaczego nie? Spotykają się na Spitsbergenie z warunkami, których nie ma w żadnym innym miejscu. Mają szanse wyładowywać towar na amfibię. Gdzie jeszcze coś takiego poćwiczą?
PJ: - Horyzont był w zamyśle przewidziany do funkcji badawczej. Niestety, w ostatnich latach granty na projekty badawcze zmalały i coraz trudniej je zdobyć. Ta jednostka ma potencjał, staramy się znaleźć dla niego zajęcie, ale nie jest to takie proste.
- A dlaczego istnieją tak duże dysproporcje między zarobkami załogi na Darze i na Horyzoncie? Pensje zasadnicze są na tym drugim statku nawet poniżej średniej krajowej. To jest gorsza jednostka?
RC: - Z punktu widzenia zarabiania, Horyzont jest rzeczywiście statkiem gorszym.
- Ale to przecież nie wina załogi.
RC: - Nikogo tam na siłę nie trzymamy. A poza tym, staramy się wyrównywać te dysproporcje. Ale o ile Dar może dużo zarobić, a zaangażowanie załogi w różnego rodzaju działania jest większe, to już tak jest na tym świecie, więcej pracujesz, więcej przynosisz zysku - dostajesz więcej.
- Ale członkowie załogi nie pójdą szukać grantów, to uczelnia powinna się o nie starać.
RC: - Uczelnia szuka grantów. Nie ma ich jednak tak dużo. Nie popadajmy jednak w skrajność, ci ludzie nie pracują za darmo. Część dostaje np. dodatek dydaktyczny.
- Panie rektorze, wokół pańskiego wyboru na rektora uczelni było sporo kontrowersji. Jeden z wykładowców twierdził, że na uczelni działa Grupa Trzymająca Władzę, swego rodzaju klika. I ludzie z tego towarzystwa są wybierani na najwyższe stanowiska na uczelni. Czy czuje się pan częścią takiej grupy?
RC: - Nie podzielam tego zdania. Wybory były demokratyczne, odbywają się w tym systemie od lat.
- Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego uznało jednak, że wybór elektorów studenckich nie odbył się zgodne z przepisami. Czy, choćby dla jasności i przecięcia wszelkich wątpliwości, nie byłoby lepiej, żeby wybory odbyły się raz jeszcze?
RC: - Sąd ostatecznie stwierdził, że elektorzy byli wybrani zgodnie z prawem. Podobnie z kwestionowaną przez tegoż wykładowcę tajnością wyborów. Nie widzę potrzeby powtarzania wyborów.
- Ilu macie państwo studentów? I jaki procent z nich studiuje specjalności typowo okrętowe?
RC: - Mamy około siedmiu i pół tysiąca studentów. Specjalności morskie studiuje około trzy i pół tysiąca studentów.
- W jakim kierunku będzie zmierzała uczelnia?
PJ: - Zgodnie z tendencjami w Unii Europejskiej, będziemy dążyli do powołania przyzwoitego uniwersytetu morskiego, kształcącego specjalistów wokół szeroko rozumianej gospodarki morskiej. Utrzymywanie tylko i wyłącznie kształcenia morskiego w horyzoncie kilkunastu lat byłoby ograniczeniem. Poczyniliśmy np. kroki, żeby rozbudować naszą uczelnię. Będzie budowane centrum dydaktyczne, z symulatorami, centrum komputerowym.
RC: - Bez gruntowanego przygotowania na wyższym poziomie nie jesteśmy w stanie wyedukować ludzi do obsługi coraz bardziej nowoczesnej techniki w okrętownictwie.
{jathumbnail off}
