
Uczestnicy przemarszu po pięciu godzinach dotarli do brzegu na rewskim cyplu
(© Roman Kościelniak)
Pokonali ok. 11 kilometrów przede wszystkim idąc. - Płynęliśmy tylko w jednym miejscu, aby pokonać przekop dla łodzi, którym można się dostać do Pucka - tłumaczy Robert Machel z Gdyni, który jako pierwszy ukończył sobotni Marsz Śledzia. - Asekurujące nas łódki ciągnęły wtedy linę, do której się przyczepialiśmy jak narciarze do orczyka.
W tym roku Marsz Śledzia stał się źródłem sporu między organizatorami a ekologami. Przyrodnikom nie spodobała się trasa wyprawy. Biegnie ona bowiem co roku przez tzw. Ryf Mew. To piaszczysta łacha na środku zatoki, gdzie odpoczywają ptaki i ssaki.
- Nie napotkaliśmy na tej wyspie żadnych ptaków - zapewniał nas Marek Sokołowski z Rumi, który jako drugi doszedł do Rewy. - Jedyne, co zastaliśmy, to odchody. I to całkiem duże. Może focze? Gdynianin Radosław Tyślewicz, organizator i pomysłodawca Marszu Śledzia, odpiera zarzuty ekologów. Uważa, że celem imprezy jest właśnie propagowanie ochrony środowiska.
- Ekolodzy to my - twierdzi Tyślewicz. I od razu podaje świeży przykład: - Maszerując, znaleźliśmy na wyspie porzucony stary telewizor, który ktoś tu musiał specjalnie wyrzucić.
- Sygnały o tym telewizorze mieliśmy już wcześniej od rybaków łowiących w pobliżu - dodaje Tyberiusz Narkowicz, burmistrz Jastarni z długim stażem w Marszu Śledzia. - Załadowaliśmy go na łódź i przewieźliśmy na brzeg.
Śledzie wskazują, że to nie ich marsz jest zagrożeniem dla zatokowej przyrody. O wiele większym problemem są łodzie motorowe, które tu pływają i płoszą ssaki i ptaki.
Sami uczestnicy imprezy chcieli się pokazać z jak najlepszej, ekologicznej strony. Gdy wyszli w Rewie na brzeg, niemal każdy z nich miał worek, do którego zbierał śmieci znalezione na plaży.
K. Miśdzioł, R. Kościelniak{jathumbnail off}
