
- Dwukrotnie w swoim życiu, na Darze Młodzieży i Iskrze - tą ostatnią dowodząc, opłynął pan pod żaglami świat dookoła. Co jest trudniejsze, dwa razy pokonać legendarny przylądek Horn czy kierować Akademią Marynarki Wojennej?
- To są rzeczy nieporównywalne. Przede wszystkim ze względu na skalę. Mówię to bazując na swoim dwudziestoletnim doświadczeniu służby na okrętach, najpierw podwodnym, potem żaglowcu szkolnym. Kierowanie okrętem, którego załogę stanowi 60 osób, nawet w warunkach tak ekstremalnych jak pokonanie przylądka Horn jest jednak, mimo całej swojej trudności, prostsze od rektorowania uczelni, w której pracuje i studiuje 6,5 tysiąca osób. Akademia to takie małe miasteczko, na które składają się studenci wojskowi, cywilni, oficerowie marynarki wojennej i floty handlowej, 250 nauczycieli akademickich, w tym 50 profesorów. Do tego dochodzi jeszcze personel administracyjny, sprzątaczki i kucharki. Na okręcie wystarczy tylko nacisnąć sygnał dzwonka alarmowego i za moment cała załoga jest na pokładzie. W Akademii nie jest to takie proste. Gdyby trzymać się morskiej symboliki, kierowanie Akademią można by porównać do dowodzenia gigantycznym wycieczkowcem. Kapitan takiej jednostki musi się zmierzyć z problemami, których nie ma gdzie indziej. O ciążącej na nim odpowiedzialności nie warto nawet wspominać.
- W trakcie niedawnej dyskusji na temat kształtu wojskowego szkolnictwa wyższego, los Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni wisiał na włosku. Tymczasem dzisiaj słyszymy, że jeszcze w tym roku rozpoczniecie budowę nowej wielkiej biblioteki, na co dostaliście 15 mln zł dofinansowania z Unii Europejskiej. Czy to oznacza, że przyszłość uczelni nie jest już zagrożona?
- Mogę o tym zapewnić. Akademia wyszła bez szwanku ze wszystkich prób reformowania wyższego szkolnictwa wojskowego. A było ich aż piętnaście! I nie zamierzamy poprzestać na samym tylko przetrwaniu. Jesteśmy nastawieni na rozwój. To wymóg czasu. Jeśli chcemy istnieć na rynku edukacyjnym, musimy stawać się coraz lepsi, mieć nie tylko coraz bogatszą ofertę studiów, ale także coraz nowocześniejsze zaplecze. Temu służy budowa nowej biblioteki. Nasz obecny księgozbiór liczy 200 tysięcy woluminów. I choć biblioteka korzysta w swojej pracy z najnowocześniejszych narzędzi, to lokalowo pozostaje na poziomie lat siedemdziesiątych. Zresztą nie będzie to tylko sama biblioteka, także centrum audytoryjno-informacyjne z aulą na 500 osób, której potrzebujemy. Mogę zdradzić, że nasze plany inwestycyjne sięgają jeszcze dalej. W przyszłości chcemy stworzyć własny Akademicki Ośrodek Sportowy, złożony z rozbudowanej sali gimnastycznej, basenu i stadionu z prawdziwego zdarzenia.
- Czy to nie objaw megalomanii? Może Akademia nie potrzebuje tych wszystkich obiektów? Polska armia się zmienia, staje się zawodowa. Marynarka Wojenna stanowić będzie zaledwie jej kilka procent i nie będzie potrzebować tak wielkiej uczelni.
- Jeśli bylibyśmy jedynie uczelnią kształcącą na potrzeby Marynarki Wojennej, to rzeczywiście można by tak powiedzieć. Ale od kilku lat Akademia jest uczelnią wojskowo-cywilną. Przygotowujemy ludzi do pracy na morzu, nie tylko tych w mundurach. W związku z tym musimy mieć nie tylko ciekawą ofertę edukacyjną, ale i odpowiednie zaplecze. Powtórzę to, o czym wspominałem już wyżej: bez tego nie przyciągniemy ludzi. Dlatego musimy inwestować w infrastrukturę. Nie dla niej samej, ale po to aby ułatwić studentom naukę, a pracownikom naukowym prowadzenie badań. I nie jest to objaw megalomanii, tylko zdrowego rozsądku.
- Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy inwestycjach. Podobno Akademia buduje flotyllę okrętów szkolnych.
- Niestety nie mamy jeszcze takiego budżetu, który umożliwiłby nam budowę licznego taboru jednostek szkolnych. Posiadamy dwa nieduże okręty szkolne – Puck i Pomorzanin, oba przejęte dwa lata temu od Marynarki Wojennej. Puck pływa, służąc studentom zarówno wojskowym, jak i cywilnym, głównie na potrzeby praktyk manewrowych. Na Pomorzaninie zaś trwa remont adaptacyjny, ale kiedy się skończy nie wiadomo. Zależy to od finansów. Poza tym mamy też okręt podwodny Jastrząb, typu Kobben. Jednostka ta stoi w Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni. Mamy nadzieję, że już niebawem umieścimy ją na placu przed Akademią. Choć okręt ten nie będzie pływał, ma spełniać wiele zadań. Poprzez to, że będzie to jedyny okręt podwodny w Polsce ustawiony na lądzie, będzie pomnikiem polskich podwodniaków. Będzie także służył za symulator do szkolenia załóg okrętów podwodnych. Do swoich badań wykorzystywać go będą naukowcy. No i pełnić będzie także funkcję promocyjną, bo zamierzamy go udostępnić do zwiedzania.
- A co z okrętami szkolnymi pozostającymi w gestii Marynarki Wojennej – Iskrą i Wodnikiem? Nie chciałby pan ich przejąć na potrzeby Akademii?
- Nie będę ukrywał, że to jedno z moich marzeń. Dotyczy to szczególnie Iskry. Wszystkie znane mi akademie marynarek wojennych na świecie dysponują nie tylko okrętami szkolnymi, ale i żaglowcami. Byłbym bardzo szczęśliwy gdyby było tak również w przypadku naszej uczelni. Nie musimy być od razu właścicielami tych jednostek, wystarczy, że zostaniemy ich armatorami. Zresztą byłby to powrót do starych rozwiązań. Przecież jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych wszystkie okręty szkolne Polskiej Marynarki Wojennej były w gestii naszej uczelni.
- Ostatnio słyszy się o samych sukcesach Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. W tym roku na studia wojskowe zgłosiła się do was rekordowa liczba kandydatów – prawie siedmiu na jedno miejsce. Jako jedyna wojskowa uczelnia wyższa z Polski znaleźliście się w roczniku Unii Europejskiej. Jako drudzy spośród „wojskówek” weszliście do programu międzynarodowej wymiany studentów i nauczycieli akademickich Erasmus. Czy to wynik dobrego PR-u, czy rzeczywistych osiągnięć uczelni?
- Mamy rzeczywiste sukcesy i uczymy się wykorzystywać je do promocji naszej uczelni. Ale przyznam, że dopiero niedawno zaczęliśmy doceniać pożytki płynące z ogłaszania światu naszych osiągnięć. Z chwilą kiedy tu przyszedłem, dwa lata temu, 26 kwietnia 2007 roku, wydawało mi się, że z naszą, ponad 80-letnią tradycją, jesteśmy na tyle znaną uczelnią, że z rekrutacją nie będziemy mieli kłopotu. Nic bardziej mylnego. Akurat przeżywaliśmy kolejną reformę wyższego szkolnictwa wojskowego. Młodzi ludzie bali się do nas przychodzić nie będąc pewni co do naszej przyszłości. A my nie umieliśmy ich przekonać, że nic złego się nie dzieje. W efekcie na jedno miejsce mieliśmy 1,3 kandydata. To była jedna z niższych frekwencji w całej historii naszej uczelni. Zawsze ta liczba oscylowała koło czterech. To był kubeł zimnej wody. Zrozumieliśmy, że musimy być nie tylko świetną szkołą, ale także umieć się świetnie promować. Robimy to w różny sposób. Niedawno stworzyliśmy oficjalne stanowisko rzecznika prasowego, którego do tej pory nie było. Zobowiązaliśmy także naszych podchorążych, aby jadąc na urlopy, w swoich miejscach zamieszkania, organizowali spotkania z młodzieżą, choćby w szkołach, do których wcześniej uczęszczali i opowiadali tam o studiach u nas. Swoją kampanią reklamową, związaną z profesjonalizacją armii, wspomogło nas także Ministerstwo Obrony Narodowej. To wszystko wpływa na nasz wizerunek, buduje markę i potem przekłada się na wyniki rekrutacji.
- Ale jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle. W rankingach polskich szkół wyższych, organizowanych przez różne media, Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni nie zajmuje przecież wysokich miejsc.
- To prawda. Niestety taka jest natura tych rankingów, że my zawsze w nich będziemy gorzej wypadać. Do kogo bowiem nas przyrównać skoro Akademia Marynarki Wojennej jest w Polsce tylko jedna? Trudno nam konkurować z wielkimi, renomowanymi uczelniami, czasem z wielowiekową tradycją. Ale nawet pomijając te aspekty, warto zauważyć, że zrobiliśmy duży postęp. W ciągu ostatniego tylko roku w niektórych rankingach podskoczyliśmy o kilkanaście miejsc zostawiając w tyle kilka naprawdę niezłych uczelni. Mamy też nadzieję, że dzięki niektórym działaniom, jak choćby wejściu w Erasmusa, ten postęp w następnych latach będzie jeszcze większy, bo sporo punktów otrzymuje się w tych rankingach właśnie za wymianę międzynarodową studentów i pracowników naukowych. Do tej pory wymienialiśmy się studentami tylko z uczelniami wojskowymi. Nasz podchorąży wrócił niedawno z Francji, czwórka Francuzów pisała u nas prace magisterskie. Ale mamy także kontakty z innymi marynarkami wojennymi. W tej chwili studiują u nas Łotysze. Przygotowujemy kandydatów na studia do Stanów Zjednoczonych i Niemiec. Chcielibyśmy wymieniać się także z uczelniami cywilnymi.
- Ale obecnie w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni przeważają studenci cywilni. Straciła więc swój pierwotny, wojskowy charakter. Może czas się z tym pogodzić i uczynić z niej uczelnię cywilną z kierunkiem wojskowym?
- Marynarka Wojenna RP, bez względu na to jak będzie w przyszłości wyglądać, musi mieć zapewniony stały dopływ nowej kadry. Dlatego potrzebuje uczelni, która będzie ją dostarczać. W mojej ocenie takiemu zadaniu nie jest w stanie podołać żadna szkoła cywilna. Proszę pamiętać, że Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni nie jest tylko miejscem studiów, ale także jednostką wojskową, w której przez pięć lat kształtuje się charakter przyszłego oficera, przygotowując go w ten sposób do służby na okręcie.
- Mamy w Gdyni dwie wyższe uczelnie o charakterze morskim – poza Akademią Marynarki Wojennej jeszcze Akademię Morską. Gdyby je scalić ze sobą, można by uzyskać efekt, o jakim pan rektor mówi. Mielibyśmy wtedy uczelnię cywilną z wojskowymi studiami na Oksywiu.
- Według mnie to by się nie udało. Podam przykład. W Łodzi istniały dwie wyższe szkoły medyczne, jedna cywilna, druga wojskowa. Mieliśmy więc sytuację podobną do tej w Gdyni. Obie uczelnie połączono. Powstał Uniwersytet Medyczny. I co? Specjalność wojskowa zanikła na nim w krótkim czasie. W efekcie mamy teraz problem z lekarzami wojskowymi. Próbuje się nawet odtwarzać, w ograniczonym zakresie, dawne struktury. W Gdyni byłoby zapewne tak samo.
- Jaka zatem przyszłość czeka Akademię Marynarki Wojennej w Gdyni?
- Na pewno poszerzać będziemy ofertę edukacyjną. Teraz mamy dziewięć kierunków: nawigację, mechanikę i budowę maszyn, informatykę, oceanotechnikę, automatykę i robotykę, pedagogikę, stosunki międzynarodowe, bezpieczeństwo narodowe i historię. Chcemy być dobrą, średniej wielkości uczelnią wyższą. Jesteśmy w stanie przyjąć w naszych progach około 7 tysięcy studentów i będziemy do tego dążyć. Ale pozostaniemy uczelnią wojskowo-cywilną o morskim charakterze. Naszym hasłem jest „Edukacja z przyszłością”. I tego zamierzamy się trzymać.
- Która z akademii marynarek wojennych na świecie jest dla pana wzorem?
- Z każdej z nich można by wziąć coś dobrego dla siebie. Pod względem infrastruktury chciałbym mieć taki komfort jak Akademia Marynarki Wojennej Niemiec w Murwick, posiadająca własne nabrzeże. Chciałbym stworzyć takie warunki do pracy naukowej, jak mają Francuzi w Breście. Niektóre rozwiązania warto by wziąć od Amerykanów z Annapolis. Ale warto też podkreślić, że to działa również w drugą stronę. Spośród tych wszystkich uczelni my mamy największe doświadczenie, jeśli chodzi o prowadzenie studiów wojskowo-cywilnych. W tym względzie naprawdę przodujemy. Wszyscy mogą się uczyć od nas. Wynika to ze specyficznie polskich uwarunkowań prawnych. Dlatego sami dla siebie musimy tworzyć wzorzec. Mam nadzieję, że udany.
Admirał żeglarz
Kontradmirał dr inż. Czesław Dyrcz ma 54 lata. Pochodzi z Przemyśla. Po ukończeniu Liceum Ogólnokształcącego w Gryfinie, w roku 1973, rozpoczął studia w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej w Gdyni (obecna Akademia Marynarki Wojennej). Ukończył także geografię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Doktoryzował się na Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Na swoim koncie ma także studia na Akademii Obrony Narodowej w Warszawie. Służbę w Marynarce Wojennej rozpoczął od okrętu podwodnego Sokół. Potem, przez trzynaście lat, był dowódcą żaglowca szkolnego Marynarki Wojennej Iskra. Pod jego komendą jednostka zwyciężyła regaty Cutty Sark. Pod żaglami – na Darze Młodzieży i Iskrze – dwukrotnie opłynął świat dookoła. W latach 2002 – 2004 był szefem Biura Hydrograficznego MW RP. Potem, już jako kontradmirał, dowodził 9 Flotyllą Obrony Wybrzeża w Helu. Rektorem Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni jest od dwóch lat. Żonaty, ma dwie dorosłe córki.
{jathumbnail off}
