Inne

Żył, aby żeglować - Zmywałam naczynia i nagle z oczu pociekły mi łzy. Tak same z siebie, bez powodu. Dzisiaj myślę, że to było wtedy, kiedy porwano Krzysztofa – opowiada Barbara Zabłocka. W tym roku mija dziesięć lat, od kiedy jej mąż, wybitny żeglarz, zginął z rąk somalijskich piratów kończąc samotny rejs dookoła świata. Barbara Zabłocka przy symbolicznym grobie męża.
Fot. Tomasz Falba Łzy pociekły Barbarze Zabłockiej krótko po tym, kiedy ostatni raz, 19 września 1999 roku, rozmawiała z mężem. Krzysztof zadzwonił około godz. 7 rano. Rozmawiali za pośrednictwem polskiego statku Pokój. Ten telefon był dla niej sporą niespodzianką. Do tej pory porozumiewali się głównie przy pomocy listów i kaset, które Krzysztof pisał i nagrywał w czasie rejsu. Dlatego bardzo się ucieszyła, że może usłyszeć męża „na żywo”.
Sadyba, jacht na którym żeglował Zabłocki, znajdowała się wtedy u wejścia do Zatoki Adeńskiej, blisko somalijskiego przylądka Raas Cassyr. Płynęła pod pełnymi żaglami, przy wiejącym z południowego wschodu wietrze o sile 4 stopni w skali Beauforta.
Polski żeglarz zamierzał przejść przez Morze Czerwone i Kanał Sueski na Morze Śródziemne. Była to, jak się później okazało, brzemienna w skutki zmiana w jego dotychczasowych planach. Pierwotnie miał wrócić do Europy, płynąc dookoła przylądka Dobrej Nadziei.
Zabłocki zmienił trasę rejsu po rozmowach z holenderskimi żeglarzami, których poznał nieco wcześniej na Wyspach Samoa. Namawiali go, aby wspólnie, w kilka jednostek, przepłynąć niebezpieczne wody, na których zdarzały się ataki piratów na jachty. Przekonywali, że z nimi nic mu nie grozi, bo już wiele razy w ten właśnie sposób pokonywali groźny akwen. Zabłocki dał się namówić, szczególnie, że chciał jak najszybciej wrócić do domu, do ukochanej żony i syna, za którymi bardzo tęsknił.
- W trakcie rozmowy za pośrednictwem Pokoju powiedział mi, że czuje się bardzo dobrze, że ma duży zapas paliwa i słodkiej wody, żebym niczym się nie martwiła - wspomina Barbara Zabłocka. - I jeszcze, że za tydzień, najdalej dziesięć dni dopłynie do Dzibuti, gdzie miał się spotkać z Holendrami i stamtąd się odezwie. Czy coś przeczuwałam? Nie, zupełnie nic. Tylko te łzy.

Kolumb pływa po sadzie Biskupice Melsztyńskie, niewielka miejscowość położona niedaleko Bochni. To właśnie tu, w połowie drogi pomiędzy Bałtykiem a Adriatykiem (co nie jest bez znaczenia dla tej opowieści), znajduje się dom Barbary i Krzysztofa Zabłockich. Sami go zbudowali, z „mazurskiej trzciny”, jak z dumą podkreśla Barbara oprowadzając gości po posiadłości. Dom jest pięknie położony. Z jego okien widać drzewa, za którymi wije się wstęga Dunajca, a na horyzoncie majaczą szczyty Beskidu Wyspowego.
Wszystko w tym domu przypomina o pasji gospodarzy - żeglarstwie. Na ścianach wiszą żeglarskie trofea: dyplomy i błękitne wstęgi, które zdobywali podczas licznych regat. Do tego zdjęcia z wypadów na śródlądzie i morza, obok stoi biblioteczka pełna żeglarskich książek.
Ba! Nawet imiona zwierząt były w tym domu dobierane według żeglarskiego klucza. I tak np. mieszkał tu swego czasu jamnik Knot i Szot, owczarki niemieckie: Bezan, Raksa i Rumpel. Od tej tradycji pani domu odeszła dopiero ostatnio i jej obecna ulubienica, malutka jamniczka, wabi się zwyczajnie Saba. W łazience za to ma swoje królestwo żółw. A jakże – wodny!
Dom w Biskupicach powstał na początku lat siedemdziesiątych, zaraz po ślubie państwa Zabłockich. Chociaż Barbara i Krzysztof poznali się w Warszawie, to Krzysztof wywodzi się z tych właśnie okolic. Do dzisiaj mieszka tu jego rodzina.
I to właśnie rodzinna tradycja przekazuje opowieść o tym jak Krzysztofa, już od najmłodszych lat, wyraźnie ciągnęło na wodę. Z tego powodu nazywany bywał przez rodziców Kolumbem. Pierwsze zaś żeglarskie doświadczenia zdobywał w... sadzie swojej babci w, położonym nieopodal Biskupic, Czchowie, gdzie podczas jednego z wylań Dunajca pływał po rozlewisku w korycie z babcinej obory mając prześcieradło za żagiel.
Bardzo jesteśmy wdzięczni, że pani Barbara Zabłocka zechciała nas ugościć w swoim domu w Biskupicach. Drobna, energiczna kobieta, podzieliła się z nami swoimi wspomnieniami, długo w noc snując opowieść o życiu swojego męża, jego ostatnim rejsie i zaginięciu. To tym bardziej cenne, że dla niej nie była to łatwa rozmowa. I choć nieraz drżał jej ze wzruszenia głos, wyczerpująco odpowiadała na wszystkie nasze, nawet te najboleśniejsze, pytania. Kaktus załogant

Pierwsze kroki pod prawdziwymi żaglami, stawiał Krzysztof Zabłocki w Warszawie, a dokładniej podczas rejsu po Wielkich Jeziorach Mazurskich wraz z warszawską Harcerską Drużyną Wodną. W 1964 roku zdobył patent żeglarza, trzy lata później sternika jachtowego, a w 1972 roku, zdał egzamin na stopień jachtowego sternika morskiego. Wcześniej odbył też kurs instruktora żeglarstwa.
Jeśli o kimś można powiedzieć, że był żeglarzem z prawdziwego zdarzenia, to na pewno o Krzysztofie Zabłockim. Dla niego pływanie pod żaglami było naprawdę wszystkim. Poświęcał temu każdą wolną chwilę, podporządkował całe życie. Nie odciągnęły go nawet studia historyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Zabłocki po prostu żył, aby żeglować.
Swoją pasją zaraził też młodszą o dwa lata, żonę. Barbara wiernie mu towarzyszyła w rejsach. Wspólnie też postanowili, że żeglowanie stanie się treścią ich życia.
Aby móc realizować marzenia, tuż obok domu w Biskupicach Melsztyńskich, postawili jedną z pierwszych w Polsce, pieczarkarni. To był jedyny w czasach PRL-u, w miarę szybki sposób, by zdobyć trochę grosza. Pieniądze, które zarabiali na uprawie grzybów, w całości przeznaczali na żeglarstwo. Pozwalało im to przez dwa-trzy miesiące w roku swobodnie pływać na jachcie o nic się nie martwiąc. Wkrótce też dołączył do nich syn Tomasz.
Początkowo dzielili pływanie na śródlądzie i morze, z czasem przestawili się zupełnie na pływanie morskie, po Bałtyku, Adriatyku i Atlantyku. Odnosili też sukcesy regatowe. W 1984 roku, w regatach jachtów turystycznych w klasie T-2 na jachcie Forta (typ: Conrad 600) Krzysztof zdobył mistrzostwo Warszawy, a rok później Polski.
Zabłocki stał się postacią znaną i lubianą w środowisku żeglarskim. Ujmował swoją bezpośredniością i poczuciem humoru. Wszyscy, którzy znali go osobiście podkreślają, że jego cechą charakterystyczną była niezależność. Sam zarabiał na swoje rejsy i swoje jachty, sam decydował gdzie chciał na nich pływać.
Zabłoccy byli właścicielami kilku jachtów. Jeden z nich, Los jeszcze do niedawna stał pod wiatą ustawioną za domem w Biskupicach Melsztyńskich. Barbara sprzedała go dwa lata temu nie chcąc, aby niszczał. Na pokładach swoich jednostek Krzysztof potrafił sam wszystko zrobić.
Nic dziwnego, że po pewnym czasie zaczęła mu kiełkować w głowie myśl o rejsie dookoła świata. Nie miał to być rejs samotny, ale Barbara nie chciała wypłynąć, żeby nie rozstawać się z 15-letnim wówczas synem, który na ten czas miał być oddany pod opiekę dziadkom. W efekcie Krzysztof wyruszył sam, zabierając ze sobą tylko kaktusa, którego podarowali mu znajomi, a którym troskliwie się w czasie tego rejsu zajmował.
Umówili się też z Barbarą, że potraktuje ten rejs jak rekonesans przed następnym, który odbędą już razem. Bardzo poważnie to traktował. Widać to szczególnie wyraźnie na filmach, które przysyłał do Biskupic z wyprawy. Wiele razy pokazując jakiś ciekawy widok, mówi do kamery: „Tutaj musimy wrócić razem z Basią”. Sadyba bez broni Zamknięcie wielkiej pętli, jak żeglarze mówią o rejsie dookoła świata, to wyzwanie dla najlepszych. Krzysztof Zabłocki był do niego przygotowany. Miał potrzebne kwalifikacje, doświadczenie, odpowiednie cechy charakteru, siłę, pasję no i jacht oczywiście. Specjalnie bowiem z myślą o żeglowaniu wokół ziemi, Zabłoccy kupili jacht o nazwie Sadyba.
Jednostka zbudowana została, jak napisano w świadectwie klasy wydanym przez Polski Rejestr Statków, systemem gospodarczym (czyli po prostu wykonana własnoręcznie przez jej właściciela) w roku 1984. Miała 11,1 m długości, 3,26 m szerokości, 1,9 m zanurzenia. Na dwu masztach nosiła 52 m² żagli, dysponowała też silnikiem stacjonarnym o mocy 18,4 kW.
- Sadyba była bardzo mocnym jachtem, przygotowanym na pływanie po morzach północnych - mówi Barbara Zabłocka. - Można się było na niej czuć naprawdę bezpiecznie.
Krzysztof zamienił jacht w prawdziwy pływający dom. Zadbał, aby jego nazwa odpowiadała wyposażeniu. Niczego tam nie brakowało. Na pokładzie były np. aż trzy GPS-y. Samodzielnie zrobił też samoster, który okazał się niezwykle skuteczny. O tym jak perfekcyjnie od strony technicznej Sadyba była przygotowana do opłynięcia świata, niech świadczy choćby fakt, że ani razu nie zawiodła swojego skipera. W czasie rejsu na jej pokładzie nigdy nie doszło do poważniejszej awarii. Ale na jachcie były też rzeczy, które czyniły z niego po prostu miejsce przyjemne do mieszkania, m.in. spora biblioteczka ulubionych książek Krzysztofa.
- Nie było za to broni - mówi Barbara Zabłocka. - Krzysztof nie widział potrzeby zabierania jej ze sobą. Jedyny strzelający przedmiot na jachcie to była rakietnica sygnalizacyjna, która stanowiła element wyposażenia ratowniczego.
Żeglarz opuścił Polskę 28 sierpnia 1998 roku. Rejs zaplanowany był na dwa lata. Do Lizbony Zabłocki płynął jeszcze z załogą. Potem żeglował już samotnie.
Samotna żegluga nie jest łatwa. Praca na jachcie całkowicie absorbowała Krzysztofa. Pomimo tego czuł się szczęśliwy. Realizował przecież swoje największe marzenie. Wydawało się, że nic nie stanie na przeszkodzie w zamknięciu wielkiej pętli dookoła ziemi. Aż do owego feralnego września 1999 roku, wszystko szło znakomicie.
Krzysztof Zabłocki sprawnie pokonywał kolejne etapy rejsu. Z Lizbony udał się na Wyspy Kanaryjskie. Potem przeszedł Atlantyk, aby w marcu 1999 roku, przez Kanał Panamski wyjść na Ocean Spokojny. 23 marca 1999 roku Sadyba przekroczyła równik. I dalej: Markizy, Bora Bora i cieśnina Torresa, po przejściu której, 30 lipca 1999 roku, Krzysztof obchodził swoje pięćdziesiąte urodziny.
Na koniec był przelot non stop przez Ocean Indyjski. Zabłocki miał się z czego cieszyć. Za plecami zostały już trzy oceany, zamknięcie wielkiej pętli było na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko kawałek i przeszedłby do historii polskiego żeglarstwa jako jeden z nielicznych, którzy okrążyli samotnie świat. Sadyba była mocnym jachtem.
Fot. Archiwum Barbary Zabłockiej

Może się zdrzemnę Barbara Zabłocka bardzo nie lubi, kiedy mówi się o niej „bohaterka”. Ale niewątpliwie to, co zrobiła po zaginięciu męża zasługuje na takie określenie. Przez półtora roku, z nieprawdopodobną determinacją, czasem wbrew wszelkiej nadziei, niezłomnie go poszukiwała.
- To był dla mnie i dla mojego syna czas wielkiego napięcia - wspomina. - Kiedy w końcu otrzymaliśmy informację, że Krzysztof jednak nie żyje, Tomek wstał i z całych sił walnął pięścią w ścianę. Wyładował w ten sposób swoją frustrację. Ja tak nie potrafiłam.
Poszukiwania męża Zabłocka rozpoczęła natychmiast po tym, jak jej mąż nie odezwał się po dziesięciu dniach z Dżibuti, co obiecywał podczas ich ostatniej rozmowy. Zaczęła się niepokoić. Ale nie brała pod uwagę najgorszego. Obdzwoniała wszystkie możliwe porty i przystanie w okolicach Zatoki Adeńskiej, gdzie jej mąż mógłby się znajdować. Niestety, nikt nie widział i nie słyszał niczego o Krzysztofie, ani jego jachcie.
Kobieta nie poddała się. Zrobiła wszystko, co było w jej mocy aby odnaleźć męża. Dzisiaj, kiedy o tym opowiada, nie potrafi ukryć wzruszenia. W akcję zaangażowało się całe mnóstwo ludzi i instytucji. Działań przez nich podejmowanych było tyle, że trudno je nawet spamiętać. Wielką rolę w poszukiwaniach odegrało polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i nasze placówki dyplomatyczne w tej części świata, gdzie zaginął Krzysztof, na czele z ambasadą polską w Sanie w Jemenie. Ogromnym wsparciem była przez cały czas rodzina. Ale pomagali też zupełnie obcy, przypadkowi nieraz ludzie, np. pewien Somalijczyk mieszkający w Skandynawii. Ba! Barbara zaangażowała w poszukiwania nawet jasnowidza i chciała zorganizować wyprawę na wyspę Abd al Kuri w jemeńskim archipelagu Sukutry, wskazaną przez niego jako miejsce rzekomego przetrzymywania Krzysztofa.
Pomimo gigantycznego wysiłku nie udało się go jednak odnaleźć. Nie znaczy to, że poszukiwania zakończyły się całkowitą klęską. Barbarze udało się odzyskać część pamiątek po mężu, a nawet, z dużą dozą prawdopodobieństwa, ustalić co się z nim stało.
Pamiątki pochodzą z Sadyby, której niszczejący wrak został odnaleziony w maju 2000 roku na somalijskim wybrzeżu, kilkadziesiąt kilometrów od portu Bosaso. Z jachtu zabrane zostały dwa albumy z rodzinnymi fotografiami, „Atlas oceanów”, kilka kartek z dziennika jachtowego, a nawet fragment burty.
- Nie mam żadnej wątpliwości, że to część Sadyby – mówi Zabłocka trzymając w ręce kawałek białego laminatu. - Wiem nawet dokładnie, z którego miejsca został wycięty.
Najdroższą pamiątką są kartki wyrwane z dziennika jachtowego. Wśród nich jest ten z ostatnim wpisem dokonanym ręką Krzysztofa. Pochodzi z 19 września 1999 roku a więc z dnia, w którym rozmawiała z nim ostatni raz za pośrednictwem Pokoju. O godz. 23 żeglarz zapisał: „jestem potwornie zmęczony. Może się 2 godz. zdrzemnę”. Pytania z atlasu Najciekawszą jednak, a zarazem najbardziej tajemniczą pamiątką po Krzysztofie, jaka trafiła do rąk Barbary Zabłockiej jest „Atlas oceanów”, książka z opisem mórz i oceanów, używana przez jej męża na pokładzie Sadyby. Publikacja pełna jest niezrozumiałych wpisów, dat, liczb, nazwisk, w większości wykonanych charakterem pisma nie pasującym do jej męża. Nie wiadomo, co one oznaczają. Najdziwniejszym wpisem jest wiersz po somalijsku. Podobno panuje w tym kraju taki zwyczaj, że jak się do kogoś przychodzi w gości, to się mu pozostawia na pamiątkę wiersz. Może on być pozytywny dla gospodarza, negatywny albo obojętny, w zależności od stosunku jaki ma do niego odwiedzający go. Ten ma wydźwięk obojętny.
To nie jedyne, czego Barbara Zabłocka musiała nauczyć się szybko o Somalii. Dzisiaj, kiedy media niemal codziennie donoszą o pirackich atakach dokonywanych przez Somalijczyków, nasza wiedza na temat tego kraju jest znacznie większa niż dziesięć lat temu. Barbara nie mogła liczyć na media. Sama zdobywała wiedzę na ten temat.
Okazało się, że Somalia podzielona jest na kilka mniejszych państewek, których nikt tak naprawdę nie kontroluje. Wśród nich jest też tzw. Puntland, rządzony przez starszyznę plemienną. To właśnie na podstawie informacji od ich przedstawicieli Barbarze udało się ustalić, że na jej męża, spokojnie żeglującego Sadybą, napadli piraci pochodzący z tego kraiku.
- W jakim celu? Nie wiadomo. Dla okupu? Dlaczego zatem nikt nie próbował się skontaktować ze mną albo polskimi władzami? Dla rabunku? Dlaczego zatem potem jacht został porzucony na wybrzeżu? Przecież on sam był sporo wart. A może Sadyba miała stanowić rodzaj wabiku, który miał ściągać do niego kolejne niespodziewające się napadu jednostki? Może w końcu Krzysztof miał pomóc piratom w przetransportowaniu jakiegoś ładunku albo nawet ich samych? - gubi się w domysłach Barbara.
Według oficjalnie przyjętej wersji, potwierdzonej przez Puntlandczyków, Krzysztof Zabłocki został 20 lub 21 września 1999 roku, zastrzelony przez piratów kilkadziesiąt kilometrów od Bosaso. Ciało polskiego żeglarza miało zostać wyrzucone do morza.
- Niewykluczone, że sekwencja wydarzeń wyglądała tak: piraci najpierw zajęli jacht. Potem próbowali się jakoś dogadać z Krzysztofem, o czym mogą świadczyć wpisy w „Atlasie oceanów”. Następnie jacht został ponownie napadnięty przez innych piratów, a w czasie strzelaniny mój mąż zginął - snuje domysły Zabłocka.
Być może tak było, choć wcale niekoniecznie. Całą sprawę otacza bowiem aura tajemnicy. Podobno np. zostały zrobione zdjęcia wraku Sadyby, których nie udało się potem wywołać. Człowiek, który dostarczył najważniejsze pamiątki z jachtu, nagle zniknął i potem nie można go było nigdzie odnaleźć. Wspomniany wyżej Somalijczyk ze Skandynawii, który na własną rękę próbował wyjaśnić sprawę zaginięcia Krzysztofa Zabłockiego, też nagle nabrał wody w usta.
- Dlaczego? Komu zagraża prawda o zaginięciu mojego męża? To są pytania, na które nie znalazłam odpowiedzi. To powoduje, że choć przyjęłam do wiadomości jego śmierć, nadal nie umiem się z nią pogodzić - mówi Barbara Zabłocka. Zapalmy świece Barbara Zabłocka już nie żegluje. Jak mówi, jakoś przestało ją to cieszyć. Na wodę nie ciągnie też jej syna. Dzisiaj ma jeden cel w życiu – upamiętnić swojego męża tak, aby jego ofiara nie poszła na marne. Pozostaje on bowiem jedynym Polakiem zamordowanym przez somalijskich piratów.
Od kiedy stało się o nich głośno, Zabłocka przeżywa każdą informację na ten temat, rozumie dramat rodzin porwanych marynarzy, szczególnie polskich. Z zapartym tchem śledziła losy uprowadzonego w listopadzie ubiegłego roku tankowca Sirius Star. Po uwolnieniu jednostki rozmawiała nawet z jej kapitanem, Markiem Niskim.
„Przerażające wiadomości o tym, że piraci XX wieku atakują coraz częściej, w coraz bardziej przemyślny sposób, w różnych rejonach świata, staje się prawie codziennością (...). Bardzo bym chciała by żeglarze, ludzie morza zaczęli protestować przeciwko temu zjawisku, a nie tylko ujmowali napady pirackie w statystyki. (...) Dlatego wzywam Brać Żeglarską do symbolicznego protestu przeciwko przemocy na wodach świata! Proszę by w dniu 21 września, każdy kto kocha wolność, smak swobodnej żeglugi zapalił symboliczną świecę i rzucił do wody kwiaty by w ten sposób oddać cześć ludziom morza, których rejs został przerwany przez piratów. Oni przegrali spotkanie z człowiekiem, nie z żywiołem.” - napisała w specjalnym apelu, z którym od lat próbuje się przebić do świadomości społecznej Barbara Zabłocka.
Jej propozycja, kiedyś abstrakcyjna, dzisiaj kiedy piracki problem coraz częściej nas dotyka, znajduje odzwierciedlenie w czasie rozgrywanego zwykle jesienią na wodach Zatoki Gdańskiej Memoriału Krzysztofa Zabłockiego, organizowanego przez Jachklub Morski Neptun z Gdańska, z którym czuł się niegdyś związany jej mąż. Na cmentarzu w Czchowie Barbara umieściła pamiątkową tablicę poświęconą mężowi, którą traktuje jak jego symboliczny grób.
- Krzysztof był nie tylko wybitnym żeglarzem, ale po prostu świetnym facetem - mówi Zabłocka. - Nic mi go nie zastąpi. Poczucie straty zostanie już ze mną pewnie do końca życia, ale warto mieć miejsce, gdzie można przyjść i się wypłakać.
Wielką pociechę znajduje w patrzeniu na syna, który bardzo przypomina ojca. Tak samo jak on idzie swoją własną drogą przez życie. Tomasz jest teraz 26-letnim mężczyzną, młodym małżonkiem.
- Tuż przed rejsem dookoła świata wygoniłam ich obu, męża i syna, na takie męskie wakacje nad morzem, w Sobieszewie - wspomina Zabłocka. - Chodzili tam sobie po plaży i długo rozmawiali. Teraz zdarza się, że Tomek wsiada w samochód i jedzie do tego Sobieszewa, aby samotnie pochodzić po tej samej plaży. Nie pytam dlaczego. Tomasz Falba

Barbara ZabłockaSadybaSadyba 2

Komentarze   

0 Link do artykułu 24 czerwiec 2009 : 18:05 Link do artykułu Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś
0
Łzy mi poleciały... Wielki hołd dla całej rodziny!
24 czerwiec 2009 : 18:05 Bartek Odpowiedz | Cytuj | Zgłoś