
Cała polska strefa Morza Bałtyckiego, ponad 30 tys. km kw. morskiego dna, została dokładnie przebadana przez polskich i norweskich naukowców. Geolodzy, botanicy, zoolodzy, fizycy nanieśli swoje odkrycia na mapę, tworząc "Atlas siedlisk dna polskich obszarów morskich". Właśnie został opublikowany - jako książka, na CD i w internecie.
- Niewielu Polaków zdaje sobie sprawę, że 11 proc. powierzchni Polski zajmuje morze - zaczyna opowieść o historii powstania "Atlasu" prof. Jan Marcin Węsławski z sopockiego Instytutu Oceanologii PAN, koordynator projektu. - I choć traktujemy je jak miejsce, gdzie można odpocząć, popływać i łowić ryby, trzeba się liczyć z tym, co Europa już przeżywa, z ekspansją inwestycji ze stałego lądu na morze.
Potencjalni inwestorzy chcą wśród fal budować farmy wiatrowe, kłaść kable i rurociągi, czerpać z dna żwir i zajmować plaże pod luksusowe hotele. Pozwolić im? Żeby instytucje państwowe i doradzający im eksperci mogli racjonalnie odpowiedzieć na to pytanie, potrzebne są dane, a tych do tej pory nie było. Nasi urzędnicy zrobili za to rzecz kuriozalną - wpisali na listę obszarów chronionych Natura 2000 całe wybrzeże. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, który tak uczynił.
- Znam anegdotyczną wersję tego, jak to się stało - uśmiecha się prof. Węsławski. - Podobno pod koniec ustalania obszarów Natura 2000 w Polsce, gdy zabrakło nam odpowiedniego procentu powierzchni kraju zgłoszonego do ochrony, lekką ręką zepchnięto brakujący obszar na morze. W ten sposób niemal cały polski kawałek Bałtyku został uznany za bezcenny, godzien bardzo silnego, unijnego systemu ochrony. Jako ekolog morski powinienem cieszyć się z tego, ale raczej się tym martwię, ponieważ to prosta droga do obniżenia powagi problemu ochrony przyrody.
Na szczęście ta sama Unia Europejska nałożyła na kraje członkowskie inny obowiązek. W ramach dyrektyw UE i konwencji o zapobieganiu utracie bioróżnorodności muszą one dokonać inwentaryzacji oraz stworzenia map środowisk morskich i lądowych. Jesteśmy jednymi z pierwszych, którzy takie mapy dla morza mają. Wyprzedziły nas tylko Wielka Brytania, Irlandia i Norwegia.
- Projekt "Mapy siedlisk morskich", którego jednym z efektów jest "Atlas", został ufundowany przez Norweski Mechanizm Finansowy, a więc z pieniędzy norweskich podatników - wyjaśnia prof. Węsławski. - W gronie sześciu instytucji polskich i jednej norweskiej przeprowadziliśmy szczegółowe badania dna morskiego w całej strefie odpowiedzialności polskiej na Bałtyku. Poza seriami map prezentującymi występowanie poszczególnych gatunków zwierząt i roślin, warunków fizycznych środowiska, jest też mapa podsumowująca całą naszą pracę - mapa waloryzacji biologicznej polskiego morza.
Waloryzacja biologiczna to ocena znaczenia jakiegoś fragmentu środowiska pod względem jego unikalności, zasobności w chronione i rzadkie gatunki, miejsca rozrodu i rozwoju ważnych gatunków. Na mapie można zobaczyć w 12-stopniowej skali obszary od mniej do najbardziej cennych przyrodniczo. Wyniki są zaskakujące.
Przyrodniczo najcenniejszy okazał się obszar Zatoki Puckiej, uznawany za najbardziej zdegradowany i zniszczony. Choć to cień zatoki sprzed półwiecza, kiedy jej dno porastały gęstwy glonów: morszczynu i widlika, nadal kwitnie tam bogate i ciekawe życie. Wśród podwodnych łąk trawy morskiej i zarośli nitkowatych brunatnic można spotkać m.in. śledzie, szczupaki, stornie, belony i węgorzycę. Szczególnie ta ostatnia to ciekawa ryba - jest domatorką, co nieczęsto zdarza się wśród morskich ryb skłonnych raczej do wędrówki, po trwającej cztery miesiące "ciąży" rodzi nawet 400 młodych, a jej ości po ugotowaniu zielenieją.
Najczystsze i najmniej zmienione przez człowieka obszary wybrzeża środkowego, omywanego przez otwarty Bałtyk, okazują się dość nudne pod względem biologicznym. Składają się na nie głównie ruchome piaski zasiedlone przez niewiele gatunków. Ale mamy też wysepkę bogactwa - Ławicę Słupską. To bałtycki odpowiednik rafy koralowej. Znajduje się 25 mil morskich od brzegu (nie dotykają więc jej bezpośrednio zanieczyszczenia), zajmuje powierzchnię ponad 120 km kw. i zbudowana jest z pozostawionych przez lodowce pól kamieni i głazów, których średnica dochodzi do kilku metrów. Stosunkowo niewielka głębokość (8-17 metrów) i przejrzysta woda sprawiają, że dochodzą tam promienie słońca zapewniające energię do rozwoju kilkunastu gatunków sporych, często jaskrawych glonów. Rolę koralowców odgrywają tu omułki. Małże siedzą przyczepione do dna jeden obok drugiego tak gęsto, że na metrze kwadratowym można ich naliczyć nawet 3000! Zimą zapełniają brzuchy rzadkich ptaków: nurników, lodówek i nurów. Za miniaturowe krewetki robią zaś piaszczyki - sześciomilimetrowej długości skorupiaki, których jest aż 1000 na m kw. Są wrażliwe na niedobór tlenu, uważa się je więc za doskonałe wskaźniki jakości wody. Są też jednym z najważniejszych przysmaków dorszy, węgorzyc, babek piaskowych i turbotów. Bogactwo gatunkowe Ławicy Słupskiej sprawia, że jest traktowana jak rezerwat i rodzaj żłobka umożliwiającego zachowanie zagrożonych gatunków w strefie przybrzeżnej.
Marzenna Nowakowska
Czytaj więcej w "Gazecie Wyborczej"{jathumbnail off}
