
Nasz czytelnik Igor Skawiński zaproponował (we wczorajszej "Gazecie"), by nieco zapomniany, ale niezwykle oryginalny statek z betonu, osadzony na dnie w północnej części jeziora Dąbie, przeholować w rejon Łasztowni. Według Igora Skawińskiego byłaby to niewątpliwa atrakcja planowanego w tym rejonie muzeum morskiego.
Nie podoba mi się ten pomysł. Ów betonowiec znam dość dobrze. W niedzielę wybrałem się kajakiem, by jeszcze raz przyjrzeć się statkowi. Płynąłem od strony Skolwina. Sylwetka szerokiego kadłuba wyglądała z daleka jak wyspa - fort, strzegący toru wodnego, który przecina jezioro. Długi na prawie 100 m statek robi ogromne wrażenie, nawet jeśli widzi się go po raz kolejny. Ale czy warto przenosić go w inne miejsce?
Trudno mi powiedzieć, czy to technicznie możliwe. Statek jest, niestety, w opłakanym stanie. Zbudowany w 1941 r. "Ulrich Finsterwalde" został uszkodzony podczas jednego z wojennych bombardowań. W 1945 r. wycofujący się Niemcy osadzili go na krawędzi toru wodnego. W latach 60., po prowizorycznych naprawach, jednostkę udało się unieść z dna i przeholować kilkaset metrów w głąb jeziora. Tam betonowiec zaczął tonąć. Osiadł na płyciźnie. Zniszczenia wojenne są świetnie widoczne. Potężne dziury na prawej burcie odsłaniają zbrojenie i wewnętrzny kadłub. Woda w odkrytych ładowniach jest równa poziomowi wody w jeziorze. To oznacza jedno: kadłub jest dziurawy.
Ale nawet gdyby statek udało się podnieść, to czy byłby na Łasztowni atrakcją? Na pewno nie, jako obiekt wyciągnięty na ląd. Statek miałby urodę dużego bunkra. Więc może przy nabrzeżu? Też nie. "Ulrich Finsterwalde" byłby w większości schowany za nabrzeżem, a od strony wody po prostu by się z nim zlewał. W każdym miejscu w porcie będzie wyglądał co najwyżej jak rozpadający się pirs.
Betonowiec robi największe wrażenie tam, gdzie obecnie jest. To niewątpliwa atrakcja jeziora Dąbie i cel wielu weekendowych wypraw wodniaków. Świetnie się składa, że miasto z ambicjami żeglarskiego raju ma pod ręką coś oryginalnego, nawet jeśli nie jest to powszechnie dostępne. To czy potrafimy to w pełni wykorzystać, to już zupełnie inna historia.
Andrzej kraśnicki jr
{jathumbnail off}
