Rosja nie może sobie pozwolić na konwencjonalną wojnę z NATO, ale będzie nasilać działania hybrydowe i dywersyjne poniżej progu wojny; Kreml chciałby w ten sposób sprowokować NATO do uderzenia odwetowego, by w odpowiedzi użyć bądź zagrozić użyciem broni nuklearnej - powiedział PAP Maciej Korowaj, podpułkownik rezerwy, były oficer wywiadu, analityk Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego, specjalizuje się w kwestiach bezpieczeństwa oraz taktyce, operacjach i strategii Rosji, Białorusi i Ukrainy.
PAP: Polskie lotnictwo wojskowe niemal codziennie przechwytuje rosyjskie samoloty w pobliżu granicy. We wtorek był to Ił-20 lecący 30 km od Ustki, w środę para myśliwców Su-30SM2. To są klasyczne działania hybrydowe czy coś więcej?
Maciej Korowaj: Mniej więcej w ciągu ostatniego miesiąca doszło do podobnych prowokacji wobec Finlandii, Szwecji i państw bałtyckich. To nie jest przypadek, tylko konsekwentna rosyjska projekcja agresji poniżej progu wojny. Nie ma powodu do przesadnej paniki, bo Federacja Rosyjska nie jest dziś zdolna do zaatakowania NATO. Żeby to zrobić, musiałaby znacznie podnieść swe zdolności ofensywne. Nie grozi nam więc klasyczny konflikt konwencjonalny z Rosją. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o działania hybrydowe i dywersyjne poniżej progu wojny, ale bardzo kosztowne dla przeciwników Rosji. Te będą się, moim zdaniem, nasilały, bo Rosjan stać w tej dziedzinie na bardzo dużo, a ich zdolności rosną. Poprzez dywersję czy atak hybrydowy prowadzący do masowych strat materialnych, ludzkich lub obu na raz - Rosja chciałaby sprowokować NATO do uderzenia odwetowego. Gdyby to się udało i państwa Sojuszu dałyby się wciągnąć w tę grę, Kreml mógłby użyć bądź zagrozić użyciem broni nuklearnej. Pamiętajmy, że Rosja zmieniła swoją doktrynę nuklearną, radykalnie obniżając próg użycia broni jądrowej. Obowiązujące wytyczne pozwalają jej siłom zbrojnym na sięgnięcie po arsenał atomowy nie tylko w odpowiedzi na atak nuklearny, ale również w przypadku zagrożeń konwencjonalnych. Co więcej, Rosja obniżyła też znacznie próg użycia sił specjalnych poniżej progu wojny. Wiele wskazuje na to, że Putin szykuje się do asymetrycznego konfliktu z NATO.
Rosyjskie samoloty latające nad Bałtykiem niedaleko granicy Polski mają sprowokować NATO do uderzenia?
- Raczej przygotować grunt pod taki rodzaj konfliktu, do jakiego dąży Federacja Rosyjska. Jak już tłumaczyłem, Rosjanie chętnie wykorzystają pretekst, jakim byłoby uderzenie ze strony NATO do balansowania na granicy wojny nuklearnej. W ten sposób Putin chciałby zmusić kraje Zachodu do ustępstw w zasadniczych kwestiach. To dobrze przemyślany scenariusz, w którym wszystkie elementy nachodzą na siebie. Najpierw zwiększanie napięcia poprzez wysyłanie samolotów, potem faza dywersji, a następnie podniesienie poprzeczki eskalacyjnej – podobnie jak to Sowieci zrobili podczas kryzysu kubańskiego.
Szacuje się, że poderwanie pary F-16 do misji bojowej lub patrolowej kosztuje około 155 tysięcy złotych za godzinę. Jeśli przemnożymy to przez te wszystkie akcje, wyjdzie okrągła sumka. Czy Rosji nie chodzi czasem o finansowe wydrenowanie Polski?
- Stać nas na akcje lotnictwa. Jeśli weźmiemy cały budżet obronny Polski, to nie jest znaczący koszt. Sumy, o których pan mówi, robią wrażenie na przeciętnym Kowalskim, ale trzeba na nie patrzeć ze znacznie szerszej perspektywy naszego bezpieczeństwa, a ono jest bezcenne.
W którym z krajów wschodniej flanki Rosja mogłaby przeprowadzić tę dużą prowokację?
- Rosja już próbowała sprowokować NATO rok temu, wypuszczając drony na Polskę. Był to rodzaj testu, bo Rosjanie chcieli zobaczyć, co w razie tego rodzaju akcji gotów jest zrobić Sojusz. Co więcej, od początku 2026 roku nasilają się pomniejsze prowokacje skierowane przeciwko państwom bałtyckich i nordyckim, w szczególności Finlandii. Wygląda na to, że Rosja przygotowuje grunt pod coś poważniejszego. Scenariusze są dwa: albo Zachód się wystraszy i zacznie rozmawiać o tym, o czym chce dyskutować Rosja. Albo dojdzie do eskalacji.
Jak na razie kraje NATO dobrze odczytują strategię Rosji i kierują pod jej adresem jasny przekaz: „Wiemy, co robicie, nie zgadzamy się z tym, ale nie będziemy grać w waszą grę!”. Odpowiadając na pytanie, niestety, takim najbardziej, jak to nazywam, „pociesznym celem” wielkiej prowokacji byłaby Polska. Jesteśmy węzłem logistycznym NATO w tej części Europy, przez nasze terytorium idą szlaki zaopatrzenia na wschód, północ i południe. Na terytorium naszego kraju znajdują się sojusznicze instalacje wojskowe, atak, na które zostałby zinterpretowany jako atak na Stany Zjednoczone czy NATO. Jeśli byłbym rosyjskim generałem i miałbym zrealizować scenariusz, o którym rozmawiamy, na cel wybrałby Polskę albo Niemcy, lub dwa kraje jednocześnie. To gwarantowałoby przejście z konfliktu konwencjonalnego na poziom konfliktu nuklearnego. Podsumowując, Rosji chodzi o to, by doprowadzić do podobnej sytuacji, jak w czasie kryzysu kubańskiego w 1962 roku, kiedy świat znalazł się na krawędzi wojny nuklearnej. Stany Zjednoczone i Rosja cofnęły się o wówczas krok. Federacja Rosyjska nie jest dziś w stanie osiągnąć swych celów politycznych metodami militarnymi, więc dąży do powtórki z 1962 roku. Nazywam to „kryzysem kubańskim 2.0”.
Rozmawiał Jacek Pawlicki

